O tym, że amerykański serial o czwórce naukowcach-gikach i ich seksownej przyjaciółce jest zrobiony doskonale, nie muszę nikogo przekonywać. Nie byłoby to też żadnym odkryciem, gdybym napisał, że oferuje dawkę humoru najwyższych lotów. Teoria Wielkiego Podrywu przedstawia bogactwo wątków, które dotąd były poruszane na ekranie rzadko albo wcale. W niniejszej pracy chcę się skupić tylko na jednym z nich. Nie reprezentuje on głównego przesłania dzieła, ale mówi o naturze ludzkiej coś, co dotychczas nie zostało powiedziane. Nie jestem też pewien, czy ten wątek historii został należycie doceniony przez publiczność. A przynajmniej, o ile mi wiadomo, nie za to został doceniony ów serial. Chcę dziś pogawędzić na temat: dlaczego Howardowi nie podobało się w kosmosie, a mimo to chciał tam wrócić?
Howard w kosmosie, fotos z serialu Teoria Wielkiego Podrywu. Źródło: Space.com .
O samym serialu pozwolę sobie powiedzieć tylko tyle, ile jest to niezbędne dla zrozumienia ogólnego kontekstu treści artykułu. W końcu nie jest to żadna recenzja ani omówienie. Zainteresowanych szczegółami odsyłam wszędzie tam, gdzie znajdują się opisy i ciekawostki z dziedziny kinematografii.
Teoria Wielkiego Podrywu (ang. The Bing Bang Theory) jest to amerykański serial komediowy, wyprodukowany w latach 2007-2019 przez Warner Bros. Television na zlecenie telewizji CBS. W Polsce dystrybuowany jest przez stację Comedy Central. Pomysłodawcami i głównymi twórcami serialu, a także jego scenarzystami są Chuck Lorre i Bill Prady. Ten pierwszy wydaje się być liderem projektu, o czym mogą świadczyć np. tzw. karty próżności emitowane na koniec niektórych odcinków, a podpisywane wyłącznie przez niego. Należy przy tym podkreślić, że nie jest on reżyserem poszczególnych odcinków, tych bowiem najwięcej wyreżyserował Mark Cendrowski. Chuck Lorre był znany już wcześniej za sprawą serialu Dwóch i pół, w którego to przypadku był zarówno producentem, scenarzystą jak i jednym z reżyserów. Głównymi bohaterami Teorii Wielkiego Podrywu jest czwórka naukowców zatrudnionych na Kalifornijskim Instytucie Technologicznym (prestiżowy CalTech). Są to dwaj fizycy: cierpiący na kompleks niższości Leonard Hofstadter (Johnny Galecki) i zdradzający wszelkie symptomy Zespołu Aspergera Sheldon Cooper (Jim Parsons), a także astronom indyjskiego pochodzenia Rajesh Koothrappali (Kumal Nayyar) oraz stłamszony przez nadopiekuńczą matkę inżynier Howard Wolowitz. W zamyśle twórców to Leonard miał być kluczową postacią dla fabuły, jemu też przypisano główny wątek miłosny serialu – wyboistą miłość do pięknej, acz nieco infantylnej sąsiadki Penny (Kaley Cuoco). Serce widzów skradł jednak ekscentryczny Sheldon, stając się przykładem typowego breakout character. To jemu po latach poświęcony zostanie spin-off pt. Młody Sheldon. Źródłem poczucia humoru w serialu są kontrasty. Choć każdy z czwórki przyjaciół ma iloraz inteligencji na poziomie geniuszu, to wyzwania dnia codziennego sprawiają im nie lada trudności. Ujawnia się to zwłaszcza na tle mniej rozgarniętej, acz bardziej zaradnej Penny.
Nauka w serialu Teoria Wielkiego Podrywu jest jedną z głównych bohaterek pozytywnych. Kariera naukowa jest porywającą przygodą. Zdaje się, że twórcy produkcji postawili sobie za cel ukazanie jej bogactwa w całej rozciągłości. Makiaweliczne eksperymenty na szczurach to dopiero początek. Mamy tu roboty, lasery i wszelkie zdobycze najnowszej technologii. Główni bohaterowie pracują na CalTech. Leonard jest absolwentem Princeton, Wolowitz ukończył MiT. Na co dzień obcują, lub choćby polemizują z gwiazdami współczesnej nauki, z profesorem Stephen Hawkingiem na czele. Inwigiluje ich FBI, bo w zakamarkach uniwersytetu realizują ściśle tajny projekt rządowy. Autorzy serialu nie boją się przesady, bo ich bohaterowie są do granic autentyczni. Wspinają się na same szczyty kariery naukowej. Leonard wyrusza na morską wyprawę badawczą na biegun północny, a przy tym świetnie się bawi na pokładowej potańcówce. Sheldon i Amy (Mayim Bialik) rywalizują o Nagrodę Nobla. Wydawałoby się, że lot Howarda w kosmos będzie apogeum tego, jak bardzo nauka może być cool. A jednak – tak się nie stało. Dlaczego więc coś, co dla miliardów wydaje się być szczytem ludzkiego sukcesu, dla Howarda okazało się koszmarem?
Melanż do rana na biegunie północnym? Nauka jest cool! Źródło: YouTube.
Wielu ludzi deklaruje, że chciałoby być astronautami. Myślę, że i Howard nie raz w dzieciństwie o tym marzył, choć wcale nie wierzył, że kiedykolwiek będzie mu to dane. W dorosłym życiu został inżynierem lotnictwa. Był żywotnie zainteresowany tematyką eksplorowania kosmosu. Ponieważ jednak nigdy nie brał na poważnie możliwości, że zostanie astronautą, to nie miał potrzeby uczciwego przeanalizowania wszystkich wad i zalet takiej kariery. Wręcz przeciwnie. Marzenia mają to do siebie, że ich projekcja musi być dla nas przyjemna. W końcu jeśli nie służą nam one do szukania inspiracji dla naszych planów, to ich jedynym celem staje się umilenie nam naszego czasu. Howard Wolowitz, mimo że jego kariera faktycznie umożliwiła mu lot w kosmos, niewiele różnił się pod względem swoich wyobrażeń od nas wszystkich. Pozwolę więc sobie uogólnić tę cześć moich rozważań. Pośród milionów ludzi, którzy deklarują, że „chcieliby polecieć w kosmos”, niewielu jest inżynierami, fizykami czy astronomami. Coś takiego mógłby nam powiedzieć chociażby i wuefista albo licealista z klasy o profilu językowym. Osoby te nie są wcale zainteresowane zbieraniem danych do prowadzenia badań nad kosmosem, czyli istotą pracy astronauty. I wcale nie chodzi o to, że astronomia jest jakąś ich niespełnioną pasją, bo tak naprawdę większość z nich nigdy się tym nie interesowała. Gdyby ktoś dał im możliwość odbycia kursu z astronautyki, to większość z nich by się go nie podjęła. Gdyby ktoś wysłał ich w kosmos na siłę, to ich praca byłaby bezproduktywna. Oczywistym jest, że nie patrzą oni pod kątem tego, jak naprawdę wygląda pracy astronauty. Wydaje się im, że praca ta byłaby dla nich bardzo ciekawa. Tymczasem po przeminięciu pierwszego wrażenia okazałoby się, że jest ona dla nich śmiertelnie nudna. Nawet Wolowitz, który powinien mieć bardziej rzeczywiste wyobrażenie na temat lotów w kosmos, dał się porwać tej fantazji. Dali się jej ponieść wszyscy jego przyjaciele. Obserwowali start rakiety w kosmos jakby to był finałowy pojedynek Robin Hooda z Szeryfem z Nottingham. Tymczasem prawda okazała się nie dostawać do oczekiwań. Ze startem rakiety wiązało się przerażenie. Chyba nie była to dla Howarda żadna rozrywka, skoro ze strachu narobił w pampers. Owszem, stan nieważkości był dla niego frajdą. Tylko że ciężko się tak bawić przez cały czas. Po kilku tygodniach okazuje się, że życie w kosmosie niewiele oferuje poza tym rozrywek. Bardzo szybko pojawia się ból rozłąki. Dopiero w takiej sytuacji pojmujemy, jak bardzo ważni są dla nas nasi bliscy. Zwłaszcza, gdy wokół nie ma nikogo, z kim moglibyśmy się zaprzyjaźnić. Każdy fan pamięta, jak Howard wielokrotnie się skarżył, że astronauci się z niego śmieją. Bycie skazanym na nieustanne towarzystwo tych samych osób okazuje się być większym dyskomfortem, niż jesteśmy to sobie w stanie na lądzie wyobrazić. Z prestiżu też zostało niewiele, gdy uświadomimy sobie, że praca Howarda polegała na montażu kosmicznego kibla. Całe te odkrywanie kosmosu okazuje się być dla niego żmudnym dłubaniem w elektrotechnice.
Dlaczego tylu osobom wydaje się, że praca astronauty byłaby spełnieniem ich marzeń? Z pewnością występuje tu mechanizm, który moja koleżanka Anna nazwałaby „romantyzowaniem”. Można by to określić jako idealizowanie, połączone z poczuciem „zubożenia” naszego życiorysu na skutek niespróbowania swoich sił w danym zawodzie, przy czym obydwa odczucia wzajemnie na siebie oddziałują i się potęgują. Przebywanie w kosmosie wiąże się z oglądaniem widoków niedostępnych ogółowi ludzkości. My, ludzie, kochamy piękne widoki. Kojarzą się nam z przygodą i poczuciem wolności, spełniają drzemiącą w nas ambicję odkrywania. Dobudza w nas to tego astronoma, o którym pisał Antoine de Saint-Exupéry. W taki sam sposób patrzymy na inne zawody związane z podróżowaniem – lotnika, marynarza. Natomiast rzadko kiedy ktoś dostrzega piękno w pracy kierowcy, bo drogi są dostępne tak naprawdę dla każdego. Romantyczne wyobrażenia podsycają podsuwane nam obrazy kulturowe. Żegluga wykształciła całą gałąź literatury, jaką jest literatura marynistyczna. O pięknie latania pisał wspomniany już Saint-Exupéry. Nie zrozumcie mnie źle, francuski lotnik jest jednym z dziesięciu najważniejszych pisarzy mojego życia. Ale mówiąc uczciwie, to on to już kompletnie romantyzował ten zawód. Tak samo i loty w kosmos doczekały się swojego romantycznego miejsca w naszej kulturze. Mamy obsypany Oscarami dramat filmowy Apollo 13. Nie zadajemy sobie pytania, na ile te wyobrażenia o pięknie morza czy nieba są zgodne z rzeczywistością. Może ci poszczególni autorzy patrzyli na świat inaczej niż większość ludzi? A może zwyczajnie kłamali, idealizując coś, co tak naprawdę jest nudne i monotonne? Wyciągali ze swojej pracy piękno, a przemilczali długie godziny szarej rutyny? Nie chcemy tej prawdy przyjąć do wiadomości. Uwierzylibyście mi, gdybym powiedział, że ocean jest brzydki i monotonny? Wielu z was nie, bo tak silnie zakorzenione są w nas te obrazy kultury. Właśnie tę prawdę poznał – kosztem bólu, stresu i rozłąki – Wolowitz w kosmosie. Odkrył, że po kilku dniach nawet najbardziej zapierające dech w piersiach widoki powszednieją, a cała jego praca sprowadza się do egzystowania w ciasnym kadłubie rakiety i dłubaniu przy toalecie. Że jest ona najzwyczajniej w świecie nudna. Tu należy się wielki ukłon w stronę Chucke’a Lorrego i twórców Teorii Wielkiego Podrywu. Po raz kolejny obnażają oni rzeczywistość i pokazują ją taką, jaką jest – bez znieczulenia fałszywymi wyobrażeniami.
Jest to jedno z najnudniejszych zdjęć oceanu, jakie znalazłem. A i tak nie oddaje tego, jak bardzo woda jest monotonna. Ale wy widzicie to inaczej, prawda? Źródło: Guardian Offshore.
Równie ciekawe jest zachowanie Howarda już po powrocie z kosmosu. Po pewnym czasie przestaje wspominać swój lot jako coś traumatycznego. Z dumą prezentuje swoją oficjalną fotografię w skafandrze NASA. Prowadzi pogadanki dla dzieci, udziela się na mitingach. Z chęcią opowie o tym każdemu, kto zechce go wysłuchać – albo nawet jeśli i nie zechce. Zaczyna opowiadać o tym jako o wspaniałej przygodzie. Pomija przy tym to, co okazało się niegodne bohatera. Co więcej, z czasem sam zaczyna w to wierzyć. Wyidealizowany obraz, który podsuwa innym, zaczyna traktować jako rzeczywisty. Postaci przedstawione w Teorii Wielkiego Podrywu są realistyczne pod kątem psychologicznym. Howard nie mógł zachować się inaczej, ponieważ ma niską samoocenę. Wykształciła się ona u niego m. in. na skutek braku uwagi ze strony ojca, ale przede wszystkim przez nadopiekuńczą postawę matki. Miłość pani Wolowitz do jedynego syna była toksyczna. Osaczyła go, ubezwłasnowolniła i pozbawiła jakiejkolwiek samodzielności. W ten sposób nieświadomie zniszczyła jego wiarę we własne możliwości. W dorosłym życiu, Howard kompensował sobie niską samoocenę kompleksem wyższości. Inaczej niż Leonard, który wydawał się przepraszać za to, że w ogóle żyje. Od początku obserwujemy, jak Howard serwuje sobie strzał na poprawę humoru ciągłymi drwinami z Rajesha – jedynej osoby w jego otoczeniu, która jest bardziej nieporadna od niego. Lot w kosmos ujawnia to w postaci skrajnej. Howard zrobi wszystko, by poczuć się docenionym – nawet przez grupę dzieciaków zbierających cukierki w Halloween. W jednym z odcinków wyznaje, że dopiero w kosmosie po raz pierwszy poczuł, że jest kimś. Jak niską trzeba mieć samoocenę, by dopiero lot w kosmos mógł udowodnić nam naszą wartość? A to i tak tylko – na chwilę. Potrzeba udowodnienia własnej wartości pozostaje ciągle niezaspokojona. W kilka lat po swojej pierwszej misji, Howard chce wsiąść w rakietę po raz drugi. Ignoruje wszystkie nieprzyjemności jakie spotkały go, gdy leciał po raz pierwszy. Wszystko po to, by jeszcze raz poczuć się bohaterem. W jego przypadku dochodzi wręcz do zatracenia własnej osobowości. Swoje własne odczucia wyrzuca do kosza, zamiast tego dopasowuje się do wyobrażeń innych. Howard sam nie wyrwałby się z tego błędnego koła, gdyby nie jego urocza żona Bernadette (Melissa Rauch). Ona z troską przypomina mu, jak bardzo źle zniósł swoją pierwszą misję. Docenia jego odwagę, gdy poleciał w kosmos po raz pierwszy. Zauważa jednak, że nie musi niczego udowadniać po raz drugi. Co więcej, dla niej w ogóle nie musi niczego udowadniać. Mówi coś, co Howardowi nie mieściło się do tej pory w głowie – że kocha go takim jakim jest, po prostu. Nie za jego zalety i osiągnięcia. Postawa Bernadette jest piękną apoteozą bezinteresownej miłości.
Tak jak się rzekło, autorzy Teorii Wielkiego Podrywu pod każdym względem szli na całość. Sprawa lotu w kosmos jest wielka, dlatego osobowość astronauty Howarda jest odpowiednio skomplikowana. W rzeczywistości, nie trzeba mieć poważnych zaburzeń, by dać się złapać w tę samą pułapkę co on. Niewielu z nas czuje się na tyle dobrze z samym sobą, że nigdy nie chciało nikomu zaimponować. Staramy się wyjść przed innymi na lepszych niż jesteśmy. Ściślej mówiąc, staramy się dopasować nasz wizerunek do ich wyobrażeń o sukcesie. Robimy to pomimo, że subiektywnie wyobrażenia o sukcesie mogą być różne. Jeśli zastanowimy się nad tym jeszcze głębiej, to dojdziemy do wniosku, że dopasowujemy się do wyobrażeń, które my sami przypisujemy innym. Nie muszą one odzwierciedlać rzeczywistego toku myślenia tych osób. Koniec końców, stosujemy się pod dyktat wyobrażeń, które podsuwa nam nasze ego, łaknące dowartościowania. Najłatwiej jest koloryzować swój życiorys. Mówić o sobie tak, jakby się było bogatszym niż w rzeczywistości. Opowiadać o swojej pracy jak o czymś bardziej prestiżowym niż jest naprawdę. Niektórzy brną dalej i przemieniają słowa w czyn. Biorą kredyt na drogi samochód, wydają ostatnie oszczędności na ekskluzywne wakacje – tylko po to, by zaimponować innym. Nawet jeśli ten samochód wcale nie był ich najpilniejszą potrzebą, a na wakacjach bawili się średnio. Jeszcze innych potrzeba zaimponowania uwikła tak, że wpłynie na całe ich życie. Na przykład gdy weźmiemy kredyt z 30-letnim okresem spłaty, bo wszyscy mówili nam, że głupio by było nie mieć własnego mieszkania. Albo gdy szukamy partnera na siłę, lub co gorsza – decydujemy się na dziecko, tylko po to, by spełnić oczekiwania otoczenia. Historia Howarda jest tylko innym wariantem tej samej reakcji. Jest to przykład kogoś, kto żeby zachować prestiż i wysoką pozycję w społeczeństwie jest gotów wykonywać pracę, której nie lubi, a wręcz nienawidzi. Sam byłbym gotów popłynąć na morze jeszcze raz, tylko po to, żeby zobaczyć jak się zachwycacie marynarzem. Morał tego wątku jest oczywisty. Rób w życiu to, na co masz ochotę, a nie to czego oczekują od ciebie inni.
Howard Wolowitz w skafandrze NASA. Źródło: Wyczarovane .
Nie ujmuję Howardowi jego bohaterstwa. Wierzę, że trzeba mieć wielką odwagę, by wyruszyć na tego typu misję. Owszem, dla niego było to zadanie ponad siłę. Był tym wszystkim przerażony i przybity. A mimo to mu podołał. Myślę, że istotą bohaterstwa jest sama zdolność podjęcia się trudnego tudzież ryzykownego zadania. Odwaga pomaga tylko zredukować strach. Niejeden żołnierz płakał przed bitwą. A mimo to, następnego dnia z brawurą szedł na armię nieprzyjaciela. Niejeden mąż stanu drżał pod ciężarem odpowiedzialności, a jednak nie zaniechał podjęcia trudnej decyzji. Często jest wręcz odwrotnie. Ktoś, kogo cechuje pogarda śmierci, nie zawsze zostaje nowym Kmicicem. Czasem woli spalić swój potencjał na osiedlowych burdach. Myślę, że Teoria Wielkiego Podrywu uczy nas w tym wątku szacunku do bohaterstwa, okupionego lękiem i zwątpieniem. Owszem, pozostali astronauci lecący razem z Howardem byli lepiej predysponowani do tej pracy od niego. Nie imał się ich lęk, jeden z nich miał wręcz nieziemską frajdę ze startu rakiety. Koniec końców, ich dokonania są jednak równe. Bohaterem zostaje ten, kto czegoś dokonał, a nie ten, kto był do tego najlepiej przysposobiony. Czasem zostaje nim ktoś, kto stanął przed tym wyzwaniem z przypadku. Niekiedy do heroizmu pchają nas nasze niezaspokojone ambicje czy zaburzenia. Ostatecznie, życie stawia przed niektórymi takie wyzwania, na które nikt nie odpowie niewzruszony. Lot w kosmos przemienił Howarda Wolowitza z postaci charakterystycznej w bohatera ikonicznego. Z jego ambiwalentną postawą może utożsamiać się niezliczona rzesza ludzi. Przygoda w kosmosie ilustruje coś, co do tej pory było przemilczane. A mianowicie, że bohaterowie też się boją. Nieraz wręcz sikają ze strachu. Prawda ta wcale nie była ukryta gdzieś głęboko. Na przestrzeni dziejów musiały ją poznać miliony, dziesiątki milionów. Mam wrażenie, że geniusz często objawia się w tym, że ktoś mówi głośno to, co innym broni powiedzieć duma i lęk przed okazaniem słabości. Czyli że geniusz to tak naprawdę dystans do siebie i odrobina wulgarności. Jest to trop, na który natrafił już kiedyś Miloš Forman w filmie Amadeusz.
Myślę, że sam autor serialu, Chuck Lorre musiał być świadomy, jak bardzo symboliczna była podróż Howarda w kosmos. Dowodem tego może być fakt, że wątek ten jest upamiętniany już w ramach samego serialu. W pewnym momencie Bernadette przetwarza „autentyczną” historię swojego męża na pouczającą bajkę dla dzieci. W moim odczuciu, motyw ten miał też duże znaczenie dla samego odbioru serialu. Od początku zanosił się on na dobrze zrobiony, bazujący na ciekawym pomyśle sitcom. Ten i kilka innych wątków, tak bardzo odkrywczych i moralizatorskich, podniosły go do rangi arcydzieła. O tym, że Teoria Wielkiego Podrywu stała się czymś więcej niż tylko świetnym serialem, może świadczyć fakt, że Chuck Lorre, a także Jim Parsons i Kaley Cuoco, zostali uhonorowani gwiazdami w Hollywood Walk of Fame. Pracę przy serialu Teoria Wielkiego Podrywu wskazywano przy tym jako ich największe osiągnięcie zawodowe. Uzupełnieniem serialu, wyemitowanym po jego zakończeniu jest program pod tytułem Teoria Wielkiego Podrywu w Praktyce. Pożegnanie (ang. The Unraveling the Mystery: A Bing Bang Farewell). Odtwórcy głównych ról, Johnny Galecki i Kaley Cuoco opowiadają w nich o kulisach powstawania serialu. Dowiadujemy się z niego, że Studio 25 w kompleksie Warner Bros. Studio w Hollywood zostało nazwane imieniem produkcji, która to była tu nagrywana. Jako argumenty o sukcesie sitcomu można wymienić liczne nagrody, którymi był obsypany – między innymi nagroda Emmy i Złoty Glob.
Stuart (Kevin Sussman), Howard i Bernadette prezentują komiks o Małym Przerażonym Astronaucie (ang. The Frightened Little Astronaut). Źródło: Pinterest.
Kto by się spodziewał, że sitcom może nieść ze sobą tyle treści moralizatorskich. A może właśnie jest na odwrót. Chuck Lorre i Bill Prady odkryli, że to sitcom może być szczególnie życiowy i pouczający. Odbywa się to na zupełnie innej zasadzie, niż niegdyś w komediach Moliera. Teoria Wielkiego Podrywu obnaża wady swoich bohaterów w całej rozciągłości, ale wcale nie wystawia ich na pośmiewisko. Serial komediowy nie może nas zasmucać, dlatego wszystko w nim znajduje happy end. Nie jest przy tym ani trochę naiwny czy nierzeczywisty. Lot Howarda w kosmos, tak jak i wiele innych wątków ukazanych w serialu, napełnia nas nadzieją, że życie – pomimo ograniczających nas wad i przeszkód – może być piękne i satysfakcjonujące.
Lojalnie uprzedzam – niniejszy wpis jest rozprawką, nie recenzją. Zawiera spoilery.
Prezentowane we wpisie fragmenty przytaczane są na prawie cytatu i służą za podstawę do wyjaśnienia i analizy treści utworu. Wszystkie cytaty pochodzą z książki: Heather Morris, Tatuażysta z Auschwitz. Warszawa: Marginesy, 2018. Wyd. I. ISBN: 978-83-65973-31-3 (miękka oprawa) i 978-83-66140-36-3 (twarda oprawa). W nawiasach po cytowanych fragmentach i informacjach zawarto adres odpowiadających im stron.
Ta książka trafiła do mnie przez przypadek. Już samo to powinno mnie zaalarmować, żebym jej lekceważył. Wierzę, że wiele ze spotykających nas przypadków jest nam przeznaczonych. Tak było u mnie z S@motnością w sieci czy Niebezpiecznymi związkami. Skoro więc miałem już ją w ręku, to jakby to powiedział Kubuś – napisane było w górze, że ją przeczytam. Choć z drugiej strony, jakiejkolwiek książki bym nie przeczytał, czy nie będzie to dziełem przypadku? Jaki wpływ miałem na to, że epopeją mojego narodu jest Pan Tadeusz, najpopularniejszą serią mojego pokolenia Harry Potter, albo że Shantaram ma tak przyciągającą okładkę? Cóż, zostawmy jednak te dywagacje, bo zaburzają one tylko płynność mojego eseju.
Lale Sokołow, główny bohater powieści Tatuażysta z Auschwitz, a zarazem ofiarodawca jej historii. Źródło: New York Post .
A jednak przysiadłem do Tatuażysty z Auschwitz z lekceważeniem. Pierwszą przyczyną, dla której tak zrobiłem, była moja zarozumiałość. Z natury jestem ekscentrykiem i indywidualistą, dlatego intuicyjnie odrzucam to, co podoba się ogółowi. Nie raz się później z tymi dziełami przepraszam, tak było np. z albumem My World 2.0 Justina Biebera. W każdym razie, dzisiejszy rynek wydawniczy zawalony jest książkami osadzonymi w realiach między belle epoque a drugą wojną światową, publicystyką o nazwijmy to dość kreatywnym podejściu do faktów oraz prześcigających się w abstrakcyjności powieściach z gatunku political fiction. Przez nie zmuszany jestem prowadzić rozmowy, w których tłumaczę, że wcale nie byłoby to fajne, gdybyśmy razem z Trzecią Rzeszą napadli w 1939 roku na ZSRR. Krótko mówiąc, utożsamiam to co modne z tandetą, choć wiem, że nie zawsze słusznie. Tandetą, a często też z marnym naśladownictwem, czy może bardziej nieuświadomionym echem tego, co zostało powiedziane już dawno temu. Czy w trylogii o Greyu powiedziano cokolwiek, czego nie ośmieliliby się już napisać Boccacio, de Sade czy choćby Anne Rice? Na tylnej stronie okładki Tatuażysty widnieje pogrubiony napis zachwalający jego treść: Niesamowita historia miłosna niezwykłego człowieka i apoteoza człowieczeństwa – „The Australian”. Swoją drogą, jakże kampowe są już te nieodzowne cytaty z recenzji na okładce. A przecież Marek Edelman – co z dumą podkreślam, mój wielki autorytet bodaj odkąd tylko mam internet – już lata temu mówił: I była miłość w getcie. Czemu mam się zachwycać jakąś Heather Morris z Australii, skoro miałem tu w Polsce Marka Edelmana? W jakże wielki błąd wpędziła mnie moja zarozumiałość.
Brnąc dalej w swojej pyszałkowatości, ośmieliłem się kwestionować wartość książki, pytając co nowego można powiedzieć o wojnie w siedemdziesiąt lat po jej zakończeniu? I tu wpływ miało na mnie zniechęcenie po coraz bardziej odbiegającej od realiów historycznych beletrystyce. Tymczasem książka już na wstępie uprzedza te wątpliwości. Pani Graeme Simsion, podpisana jako autor Projektu „Rosie”, Efektu „Rosie”, Listy przebojów Adama Sharpa oraz Two Steps Forward w niezatytułowanej przedmowie pisze: Tautażysta z Auschwitz to fascynująca opowieść, wydana ponad siedemdziesiąt lat po opisywanych w niej wydarzeniach. (…) To opowieść niezwykła, nawet na tle innych historii z czasów Zagłady (…). Polecam tę powieść wszystkim bez wyjątku, niezależnie od tego, czy przeczytali już setki historii o Zagładzie, czy też stykają się z tematem po raz pierwszy (s. 6). Nawiasem mówiąc, w pierwszym zdaniu przedmowy w pierwszym polskim wydaniu stoi jakże irytujące powtórzenie to to. Sama autorka usprawiedliwia się i uprzedza zarzuty, pisząc w rozdziale Od autorki: Istnieje wiele relacji, w których opisano te straszliwe czasy w znacznie bardziej szczegółowy sposób, niż byłoby to uzasadnione w powieści i gorąco zachęcam zainteresowanych czytelników do tego, żeby po nie sięgnęli (s. 7). Widocznie mój zarzut nie był tak błyskotliwy, jak pewnie mi się to wydawało.
Okładka też mnie nie porwała. Nie patrzcie na mnie tak karcąco. Jestem nieodrodnym synem swoich czasów, podatnym na marketing. W czasach, gdy więcej osób pisze książki niż je czyta, okładka jest równie dobrym kryterium wyboru co patetyczny cytat z tyłu okładki czy silący się na zaintrygowanie tytuł. Koniec końców jestem zdania, że najpewniejszą gwarancją jakości jest czytanie klasyków i noblistów. Dominującym motywem okładki są niebiesko-białe pasy, które od czasów Chłopca w pasiastej piżamie urastają do rangi jakiegoś popkulturowego symbolu zagłady. Na dole znalazł się jej najbardziej oczywisty symbol, brama główna. Tytuł i nazwisko autorki przegradzane są jakże modną folią, układającą się rzecz jasna w drut kolczasty. Jedynym ciekawym elementem tej okładki są dwie zacienione sylwetki w rogu. Staromodnie ubrani mężczyzna i kobieta wydają się jakby nie być częścią tego samego obrazu, choć wszak należą do tej samej okładki. Nie twierdzę, że pani Anna Pol z Wydawnictwa Marginesy wykonała przy tej okładce złą robotę. Z marketingowego punktu widzenia jest ona pewnie jak najbardziej poprawna. Całość układa się nader estetycznie. Nie brak jej też kreatywności, czego dowodzą owe tajemnicze sylwetki w rogu. Na mój gust jest ona po prostu zbyt oczywista.
Okładkę pierwszego polskiego wydania Tatuażysty z Auschwitz zaprojektowała pani Anna Pol z Wydawnictwa Marginesy. Źródło: lubimyczytać.pl .
W końcu był jeszcze jeden powód, dla którego sam z siebie bym po tę książkę nie sięgnął. Przepraszam za prywatę. Choć urodziłem się w 50 lat po wojnie, to czuję, że dość blisko mnie ona jeszcze dotyczy. Druga wojna światowa była rzecz jasna kluczowym doświadczeniem pokolenia, które ją przeżyło. Niejako upozycjonowała też losy całego następnego pokolenia. Tego, które mnie wychowało. I wszystkich tych, którzy kreowali moją rzeczywistość – nauczycieli, polityków, dziennikarzy. Oddawaliśmy cześć żyjącym jeszcze weteranom, szacunek ostatnim ocalałym, śledziliśmy procesy ostatnich hitlerowców. Ja i wielu innych moich rówieśników znało dobrze niejednego kombatanta, słuchaliśmy tych historii z pierwszej ręki. W moim przypadku wiele dobrego zrobił ks. Prałat Zbigniew Szygenda, nie miejsce tu jednak na takie podsumowania. O księdzu proboszczu można przeczytać już na Wikipedii. Dzięki jego patronacie miałem zaszczyt poznać włocławskich weteranów Armii Krajowej i towarzyszyć im w ostatnich latach życia, niekiedy aż po pogrzeb. Wreszcie, gdy byłem mały, poznałem dwie byłe więźniarki Auschwitz osobiście. Obie były moimi sąsiadkami, koleżankami mojej babci. Pani Feliksy Barańskiej to właściwie wcale nie pamiętam. Zmarła jak miałem pięć lat. Jedyne co pamiętam, to wyblakły, jasnoniebieski numer wytatuowany na przedramieniu. Zapamiętałem wyraźnie ten numer, choć nie pamiętam nawet jej twarzy. Musiałem mieć nie więcej niż cztery lata, nie mogłem mieć na ten czas żadnego pojęcia o tym, czym było Auschwitz. Domyślam się, że pani Barańska, jak i moja babcia musiały na mnie bardzo naciskać, bym ten tatuaż zapamiętał. Musiało to być dla nich coś niezmiernie ważnego. I ten szacunek chciały mi przekazać. Takie to było moje pierwsze zetknięcie się z tematyką zagłady. Już wtedy zostałem obarczony dziedzictwem pamięci i szacunku. O Feliksie Barańskiej zdążę wam jeszcze kiedyś opowiedzieć. Później babcia prowadziła mnie do drugiej sąsiadki, także pani Barańskiej. Ta zmarła gdy miałem lat trzynaście, pamiętam więc ją bardzo dobrze. Babcia sama prosiła panią Barańską, by zechciała pokazać mi swój tatuaż, taki sam jak miała pani Feliksa. Myślę, że do samego końca tych odwiedzin nie byłem w pełni świadomy, co ten numer oznaczał. Jednakże do samego końca ukradkiem spoglądałem na tatuaż, odsłaniający się pod obsuwającym się rękawem obszernej koszuli. Dowód istnienia piekła na ziemi, którego potworności nigdy nie będziemy w stanie sobie wyobrazić. Zatem wychowano mnie w bojaźni do wojny i szacunku do jej ofiar. Mnie to boli. Nie mogę traktować tematyki wojny i Auschwitz jako historycznej ciekawostki. I nie podoba mi się te niezdrowe zainteresowanie wojną wśród młodzieży. Rozpatrywanie Hitlera i Stalina jako męża stanu bądź taktycznego geniuszu. O wszystkim można rozmawiać, ale pod jednym warunkiem, żeby pamiętać: najważniejszym przesłaniem pokolenia drugiej wojny światowej było, aby nie powtórzyła się ona nigdy więcej.
Numer wytatuowany na przedramieniu więźnia Auschwitz-Birkenau, tu: Jerzego Kamienieckiego (ur. 1920). Numer obozowy Lalego to 32407, zaś Gity – 4562 lub 34902. Autor: Jacek Proszyk. Źródło: WikiMedia Commons.
Powieść Tatuażysta z Auschwitz (ang. The Tattooist of Auschwitz) ukazała się po raz pierwszy nakładem brytyjskiego wydawnictwa Bonnier Zaffre w 2018 roku (s. 4). Nad jej powstaniem pracowano w australijskim wydawnictwie Echo, działającym pod egidą Bonnier Publishing Australia, filii Bonnier Zaffre (s. 329). Jak dowiadujemy się z noty biograficznej autorki na okładce, stała się bestsellerem wszędzie, gdzie się ukazała. Pierwsze polskie wydanie ukazało się jeszcze w tym samym roku nakładem Wydawnictwa Marginesy. Jej tłumaczenie zawdzięczamy pani Kai Gucio.
Dzieje powstania tej książki są powieścią w powieści. Autorka, pochodząca z Nowej Zelandii Heather Morris, nie jest zawodową powieściopisarką. Co więcej, nigdy nie chciała nią być. Historia Tatuażysty z Auschwitz rozpoczyna się na początku lat 2000. Pani Morris pracuje wówczas w szpitalu państwowym w australijskim Melbourne. Jej pasją, której oddaje się w wolnych chwilach jest czytanie i pisanie scenariuszy filmowych (patrz: nota biograficzna na okładce). Pisałem ten esej bez dostępu do internetu, dlatego nie podam wam teraz, jakie osiągnęła w tym sukcesy, zajrzyjcie na własną rękę do IMDb. W tym czasie, w wieku 78 lat zmarła w Melbourne niejaka Gita Sokołow. Po jej śmierci, o 9 lat starszy od niej wdowiec imieniem Lale decyduje się upublicznić historię ich miłości, która zrodziła się w samym środku piekła – niemieckim obozie zagłady Auschwitz-Birkenau (patrz: nota biograficzna na okładce). Nie mając dość talentu, a przede wszystkim niewiele czasu przed sobą, decyduje się ją powierzyć osobie trzeciej. Dla swego celu wybiera właśnie Heather Morris. Z postscriptum dowiadujemy się, że wybrał ją dlatego, że nie była ona osobiście związana z historią zagłady. Nie była Żydówką i nie za wiele o Żydach wiedziała. Dzięki temu mogła podejść do swego zadania bez żadnych założeń i fałszywych wyobrażeń. Lalemu, który całe życie obawiał się oskarżenia o kolaborację, bardzo na tym zależało (s. 316-319). Lale Sokołow zmarł w 2006 roku. Przez kolejnych 12 lat, Heather Morris pracowała nad scenariuszem do filmu na podstawie losów Lalego i Gity. Jak widać po rozbudowanym dziale podziękowań, już wtedy w powstanie dzieła zaangażowanych było mnóstwo osób, od prawników po szefową Oddziału Opieki Społecznej Centrum Medycznego Monash. Powstanie filmu musiało być bliskie urzeczywistnienia, skoro organizacja Film Victoria finansowała prace nad jego scenariuszem. Mimo to, w 2015 roku autorka odmieniła swój zamysł i przekształciła scenariusz w powieść. I tym razem w jej powstanie zaangażowało się gro osób, a środki na jej wydanie zebrano za pośrednictwem portalu internetowego Kickstarter (s. 327-329).
Heather Morris. Źródło: Wydawnictwo Marginesy.
Intencją autorki było, aby na podstawie prawdziwych wydarzeń stworzyć fabułę, mieszczącą się w granicach fikcji literackiej (s. 7). Mimo to prawdziwość historii pozostaje jej największym atutem. Gdyby ta powieść była wyłącznie fikcją, to nazwałbym ją niewydarzonym, a jednocześnie banalnym, nazwijmy to, romansem historycznym. Choć określenie te jakoś dziwnie brzmi w odniesieniu do powieści, której akcja toczy się w Auschwitz. Tak jak pewnie wszystkie relacje z czasów wojny, Tatuażysta z Auschwitz jest o tym, że bycie człowiekiem może być piękne albo potworne. Lale Sokołow pokazuje, że tylko od nas zależy jaką ta nasza egzystencja będzie. Po tym, jak poznałem jego historię, poprzez zamieszczone fotografie mogę spojrzeć mu prosto w twarz (s. 315). Z postscriptum zaś wiem, że wszystkie podane przez niego informacje zostały potwierdzone w niezależnych źródłach (s. 320). Dzięki temu nadzieja na piękną egzystencję, jaką Lale daje, jawi się jako coś realnego do osiągnięcia, a nie tylko piękne marzenie.
Lale i Gita w wieku podeszłym, fotografia zamieszczona w książce Tatuażysta z Auschwitz. Źródło: Wiadomości – Dziennik.pl .
Cechą fabuły Tatuażysty z Auschwitz jest brak płynności. Umyślnie nie nazywam jej wadą. Domniemywam, że wynika ona stąd, że autorka specjalizuje się w pisaniu scenariuszy filmowych, nie książek. Tedy traktuję to jako unikalny ślad stylu autorki. Niech będzie to taki podpis Heather Morris w intertekście, jak realizm magiczny w filmach Davida Lyncha. Mam poczucie, że po części jest za to odpowiedzialny sam Lale, który musiał obarczyć Morris ogromnym ciężarem własnych wspomnień jak i przemyśleń na temat własnego dzieciństwa, okresu dojrzewania i wczesnej dorosłości. I tak mamy wplecione w fabułę, pojawiające się bez żadnej określonej częstotliwości reminiscencje z życia Lalego przed Holocaustem. Świetnie sprawdziłyby się one w filmie, ale nie wnoszą nic do rozwoju akcji powieści. Może autorka liczyła na to, że usprawiedliwi owe wtręty jako budowanie kontrastu między wygodnym życiem głównego bohatera przed Holocaustem do marnych pociech egzystencji w Oświęcimiu. Na pewno czynią one postać głównego bohatera bardziej unikalną i żywą. Prawdziwym motywem ich umieszczenia mogła być według mnie chęć ukazania pięknej, czułej relacji Lalego z jego mamą. Nie zrozumcie mnie źle. Same w sobie fragmenty te są piękne. Są może nawet jednymi z najbardziej artystycznych oraz odkrywczych części tej książki. Może i powieść i same fragmenty skorzystałyby na tym, gdyby ukazały się w osobnym studium czy suplemencie. Po prostu zaburzają one kompozycję tekstu. Zwracają uwagę na rzadko poruszany temat, to jest miłosnej relacji matki z synem oraz tego, jaki ona ma wpływ na życie obojga. Być może po prostu się tego krępujemy. Wychowani w dość purytańskim społeczeństwie, nie przyjmujemy do wiadomości, że relacja matki z synem to także rodzaj związku. Jest to dla nas temat tabu, obruszamy się na to tak samo jak wtedy, gdy np. mężczyzna ocenia innego mężczyznę pod kątem urody.
– Jestem twoim ulubieńcem, prawda, mamusiu? – przymila się Lale. Gdy byli w domu sami, matka mocno go przytulała.
– Tak kochanie, jesteś.
Jeśli jego brat lub siostra byli obecni, mówiła: „Wszyscy jesteście moimi ulubieńcami.” Lale nigdy nie słyszał, aby jego brat lub siostra zadawali to pytanie, choć przecież mogli to robić, gdy go nie było. Jako mały chłopiec często oznajmiał rodzinie, że poślubi matkę, gdy dorośnie. Ojciec udawał, że nie słyszy, a rodzeństwo kłóciło się z Lalem, wykrzykując, że matka jest już mężatką. Kiedy wreszcie udało si rozdzielić dzieci, matka zabierała go na bok i wyjaśniała, że pewnego dnia znajdzie kogoś, kogo będzie kochał i o kogo będzie się troszczył. Nie chciał jej wtedy uwierzyć.
Kiedy dorósł, każdego dnia biegł do domu, żeby uścisnąć matkę na powitanie, poczuć ciepło jej ciała, jej miękką skórę, pocałunek w czoło.
– W czym mogę ci pomóc? – pytał.
– Jesteś takim dobrym chłopcem. Pewnego dnia jakaś kobieta znajdzie w tobie wspaniałego męża.
– Powiedz mi co robić, żeby być dobrym mężem. Nie chcę być jak tata. On nie sprawia, że się uśmiechasz. W niczym ci nie pomaga.
– Twój tata bardzo ciężko pracuje, aby zarobić pieniądze na życie.
– Wiem, ale czy nie może robić jednego i drugiego? Zarabiać pieniędzy i sprawiać, żebyś się uśmiechała?
– Musisz się jeszcze wiele nauczyć, zanim dorośniesz, młody człowieku.
– Więc naucz mnie. Chcę, żeby dziewczyna, którą poślubię, była ze mną szczęśliwa.
Matka siada, a on zajmuje miejsce naprzeciwko niej.
– Przede wszystkim musisz nauczyć się jej słuchać. Nawet jeśli jesteś zmęczony, musisz wysłuchać tego, co ma do powiedzenia. Dowiedz się, co lubi, a przede wszystkim, co jej się nie podoba. Ilekroć możesz, dawaj jej jakiś drobiazg, kwiaty, czekoladki, kobiety lubią takie rzeczy.
– Kiedy ostatni raz tata coś ci przyniósł?
– To nie ma znaczenia. Dla ciebie jest ważne, czego chcą dziewczyny, a nie co ja dostaję.
– Kiedy zarobię pieniądze, przyniosę ci kwiaty i czekoladki, obiecuję.
– Lepiej oszczędzaj pieniądze dla dziewczyny, która skradnie ci serce.
– A jak rozpoznam, że to właśnie ona?
– Och, na pewno rozpoznasz.
Matka mocno go obejmuje: głaszcze po włosach swojego synka, swojego młodego mężczyznę.
•
Obraz jej twarzy rozmywa się, gdy pod powiekami zbierają mu się zły. Mruga więc i wyobraża sobie, że teraz to on trzyma w objęciach Gitę i gładzi jej włosy.
– Miałaś rację, mamusiu. Rozpoznałem ją od razu. (s. 216-218).
To od matki uczył się sztuki flirtu. Jest pewien, że nie była tego świadoma, ale on dobrze wiedział, co robi. Uczył się, jakie sztuczki na nią działają, a jakie nie, i na tej podstawie wyciągał wnioski, co uchodzi w relacjach między mężczyzną a kobietą, a czego robić nie wypada. Podejrzewał, że przechodzili przez to wszyscy młodzi mężczyźni, chociaż często zastanawiał się, czy zdają sobie z tego spraw. (…) Uczuciowa więź z matką ukształtowała jego stosunek do kobiet i dziewcząt. Pociągały go wszystkie kobiety, nie tylko fizycznie, lecz również emocjonalnie. Uwielbiał z nimi rozmawiać, uwielbiał sprawiać im przyjemność. W jego oczach wszystkie kobiety były piękne i wierzył, że powinien im o tym mówić. Od matki i siostry nauczył się też mimochodem, czego kobieta oczekuje od mężczyzny, i zawsze starał się, by nauka nie poszła w las. „Bądź uważny, Lale, pamiętaj o drobiazgach, a wielkie sprawe same się rozwiążą”, mówiła mu słodkim głosem matka. (s. 146-147).
Psują styl nierzadkie powtórzenia i błędy językowe. Ich charakter wskazuje, że mogą być one winą raczej tłumacza (tu: Kai Gucio) niż autorki. Jestem wyrozumiały. Wyobrażam sobie, że pani Gucio musiała pracować pod presją czasu. Marginesom pewnie zależało, żeby ów bestseller, który szturmem podbija księgarnie na całym świecie, dostarczyć polskim czytelnikom jak najszybciej, jeszcze w tym samym roku. Z podziękowań wynika, że wydawnictwo Bonnier Zaffre zaangażowało niemałe środki w jej promocję, osobliwie zaś niejaka p. Kate Parkin. To ona niezmordowanie zabiegała o to, żeby moja powieść dotarła do wszystkich zakątków świata (s. 330). Przez to czytamy na przykład: Lale zabiera się do tego, „co do niego należy”. Lale stara się nie podnosić wzroku. W ogóle ciągle ten Lale i Lale. Powieść pisana jest lub tłumaczona według schematu: 1. zdanie: podmiot gramatyczny; 2. zdanie: podmiot domyślny; 3. zdanie: podmiot gramatyczny. Może w tych niektórych przypadkach powtórzeń po prostu usunięto jakieś zdanie pomiędzy.
Jak już zostało powiedziane, Heather Morris nie nosiła się z zamiarem napisania książki o tym, jak wyglądało codzienne życie w Auschwitz. Bo i po co miałaby to robić, skoro powstało na ten temat już tyle opracowań naukowych, dokumentów, wystaw muzealnych, których rzeczowością nie byłaby w stanie dorównać. To, co chciała uzyskać, to studium nad granicami ludzkiego człowieczeństwa. Przyznaje to w słowach: Nie chciałam kolejnej lekcji historii, zależało mi raczej na tym, żeby była to wyjątkowa lekcja człowieczeństwa (s. 320). Jednakże choćby dla zbudowania atmosfery miejsca akcji, musiała zawrzeć w niej kilka opisów z życia codziennego Auschwitz jak i mordów w nim dokonywanych. Dla mnie, podobnie jak dla samego Sokołowa, najbardziej wstrząsająca była eksterminacja mieszkańców obozu cygańskiego. Żegnaj przyjacielu, to było… (s. 245) – brzmią ostatnie, niedokończone słowa Nadii, romskiej przyjaciółki Lalego, idącej na śmierć w komorze gazowej. Tak jakby nieuchronność śmierci odebrała jej całą powagę. Jakby życie było niczym więcej niż spotkaniem, które za szybko się skończyło. Pierwszej nocy spędzonej w obozie Sokołow jest świadkiem, jak wartownicy zastrzelili trzech Żydów, którzy udali się nocą do latryny na tyłach baraku. Zginęli tylko dlatego, że jako pierwsi złamali irracjonalną zasadę, o której istnieniu nawet nikt im nie powiedział.
Na zewnątrz jest jeszcze ciemno, kiedy Lalego budzi parcie na pęcherz. Czołga się po ciałach śpiących towarzyszy, schodzi na dół i po omacku kieruje na tyły bloku, zakładając, że to będzie najbezpieczniejsze miejsce, żeby się wysikać. Kiedy się zbliża, dobiega go dźwięk głosów mówiących po niemiecku i słowacku. Z ulgą widzi, że urządzono dla nich latrynę, nieważne, że prymitywną. Za budynkiem wykopano długie rowy i ułożono nad nimi deski z drewna. Nad rowem kuca trzech mężczyzn, wypróżniają się i cicho rozmawiają. W półmroku Lale widzi, że z drugiego końca budynku zmierzają ku nim dwaj roześmiani esesmani z papierosami w rękach i z karabinami przewieszonymi swobodnie przez plecy. W migających światłach reflektorów wież wartowniczych ich sylwetki rzucają dziwne, niepokojące cienie, ale Lale nie słyszy, co mówią. Pęcherz niemal mu pęka, ale nie jest pewien, czy może się ruszyć.
Wartownicy jednocześnie podrzucają niedopałki w powietrze, ściągają z pleców karabiny i otwierają ogień. Ciała trzech ludzi, którzy wyszli za potrzebą, wpadają do rowu. Lale nie może oddychać. Kiedy esesmani go mijają, z całej siły przyciska się do ściany budynku. Przez chwilę patrzy na profil jednego z nich – to młody chłopak, jeszcze dzieciak. (s. 29-30).
Innego razu Baretzki, wartownik, czuł się podle z powodu kaca – wywołanego wszak niczym innym jak nadużywaniem przez siebie alkoholu. Próbuje złagodzić ból głowy mordujących trzech Żydów, i tak osłabionych już na tyle, że nie są w stanie się podnieść.
Po drodze Lale i Baretzki mijają kilkuosobowe grupy robotników, najpewniej odesłanych do pracy w niedzielę za karę. Pilnujący ich esesmani pozdrawiają Baretzkiego, ale on nie zwraca na nich uwagi. Jest dzisiaj w wyjątkowo złym nastroju. Zazwyczaj usta mu się nie zamykają, ale teraz jest spięty i milczący. Lale widzi przed sobą trzech więźniów siedzących na ziemi plecami do siebie, podpierających się nawzajem, wyraźnie wyczerpanych. Podnoszę oczy na Lalego i Baretzkiego, ale nawet nie próbują się ruszyć. Nie zwalniając kroku, Baretzki wyciąga broń i oddaje w ich kierunku kilka strzałów. (s. 126).
Opisanych mordów w tej książce jest więcej. Powyższe wybrałem dlatego, że wydały mi się najbardziej bezsensowne. Wszystkie te opisy wzbudzają grozę i bezsilne poczucie niesprawiedliwości. I tak właśnie powinniśmy się czuć czytając o Zagładzie. Podejrzewam, że daje to namiastkę rzeczywistych odczuć więźniów obozu. Czytając je, mamy ochotę wydać za Lalem ów zduszony okrzyk: Wy bestie, wy pieprzone bestie! (s. 246).
Niekonsekwencją w przeprowadzeniu akcji jest to, że w drugiej części książki narracja toczy się zbyt szybko. Pozbawiona jest owej grozy, kosztem dramaturgii miłosnych perypetii dwojga głównych bohaterów. W pewnym momencie życie w obozie zaczyna nam się jawić niemal jako sielanka. Lale spędza długie, ciepłe, letni dni z Gitą lub na myśleniu o niej. (s. 242). Eksterminacja obozu cygańskiego i uwięzienie Sokołowa sprowadzają nas na ziemię.
Pisząc na blogu, nie podlegam regułom pisania recenzji czy traktatu. Przeto na temat dwóch kolejnych dominujących w powieści wątków, pozwolę sobie napisać nieproporcjonalnie mało co do ich znaczenia dla fabuły. A to dlatego, że nie mam na ich temat szczególnie odkrywczych przemyśleń. Głupotą byłoby jednak pominąć je w ogóle. Są to pojęcia bohaterstwa i namiętności. W obu przypadkach czuć patronat ducha Lalego nad pisarką. Zwłaszcza studium bohaterstwa było dla niego szczególnie ważne. Sokołow całe życie spędził w obawie, że oskarżą go o kolaborację. Podkreślono to zarówno na kartach powieści (Nowa praca dodatkowo komplikuje i tak już złożony problem: jak przeżyć. Lale jest pewien, że wychodząc z bloku, gdzie na pryczach leżeli zgnębieni mężczyźni, słyszał, jak ktoś pod nosem mówi „kolaborant”. s. 68) jak i w postscriptum (Staliśmy się przyjaciółmi – nie, więcej niż przyjaciółmi: nasze losy splotły się na zawsze, kiedy zrzucał przy mnie ciężar winy, którą nosił na własnych barkach przez ponad pół wieku, i obawę, że ktoś uzna jego i Gitę za nazistowskich kolaborantów. s. 319). Czytając postscriptum odnosi się wrażenie, że właśnie to skłoniło go do upublicznienia jego opowieści. Nie tyle chęć podzielenia się niezwykłą historią własnej miłości, co pragnienie by ludzkość zrozumiała motywy ich postępowania. Przyznaje to zresztą sama autorka słowami: Tatuażysta z Auschwitz to opowieść o dwójce zwykłych ludzi, którym przyszło żyć w szczególnych czasach (…). To świadectwo Lalego o tym, co musieli zrobić, by przeżyć. (s. 320). Przesłaniem książki, wyrażonym ustami Lalego – zarówno tego powieściowego jak i udokumentowanego w postscriptum – jest, że bohaterstwem jest zrobić wszystko co możliwe, aby przeżyć. Ileż w tym miłości i szacunku do życia Żebym ja miał go tyle, to jakże piękne mogłyby być ostatnie dziesięć lat mojego życia. Blisko mu w tym do wspomnianego już Marka Edelmana. Jeśli budzisz się rano, to znaczy, że jest dobry dzień – mawiał ów autentyczny Lale Sokołow (s. 320).
Bohaterem Tatużysty z Auschwitz jest między innymi olbrzym Jakub, który aby przeżyć torturuje w imieniu esesmanów więźniów przesłuchiwanych na bloku nr 11. Robię, co muszę zrobić, żeby przeżyć, tak samo jak ty, Tätowierer. (s. 213). Jeżeli muszę zabić jednego Żyda, żeby uratować dziesięciu innych, to tak zrobię. (s. 214). Jest nią też, a może nawet przede wszystkim, Cilka, jedyna dziewczyna, której udaje się w obozie zachować swoje włosy (s. 117-118). Żeby nie dać się zabić, nie broni się przed gwałtem. Na wiele miesięcy zostaje zabawką (s. 193) zbydlęciałego niemieckiego oficera Schwarzhubera.
(…) Powiedz jej, że moim zdaniem jest bohaterką i jestem dumny, że ją znam.
– Co masz na myśli? Ona nie jest żadną bohaterką. – W głosie Gity słychać nutę rozdrażnienia. – Po prostu chce żyć.
– Na tym właśnie polega bohaterstwo. Ty też jesteś bohaterką, kochanie. To, że obie postanowiłyście przeżyć, to przecież rodzaj oporu wobec tych hitlerowskich bestii. Wybranie życia jest aktem buntu, formą heroizmu.
– W takim razie kim ty jesteś?
– Dano mi wybór, mogłem przyłożyć rękę do zagłady naszych rodaków i postanowiłem to zrobić, żeby przeżyć. Mogę tylko mieć nadzieję, że pewnego dnia nie uznają mnie za kata lub kolaboranta.
Gita pochyla się nad nim i całuje go.
– Dla mnie jesteś bohaterem. (s. 193-194).
Cilka odważa się wykorzystać swoją poufną relację dla uratowania życia Lalemu.
– Jesteś najodważniejszą osobą, jaką kiedykolwiek spotkałem – mówi Cilce. – Nie ponosisz żadnej winy za to, co się tu wydarzyło. Jesteś niewinna, pamiętaj.
– Robiłam, co musiałam, żeby przeżyć – odpowiada mu dziewczyna, szlochając. – Poza tym gdybym mu się sprzeciwiła, jakas inna kobieta ucierpiałaby z rąk tej świni.
– Zawdzięczam ci życie, Cilka, i nigdy o tym nie zapomnę. (s. 257-258).
Bohaterstwo Cilki jest heroiczne, przekracza wyobrażenia nas, żyjących w czasach pokoju. Pouczające w tym fragmencie jest może nie tyle zdefiniowane w ten sposób bohaterstwo, co głęboki humanizm Sokołowa. To co teraz powiem to banał, ale groza tego jest tak wielka, że ciężko to pojąć – takie rzeczy działy się naprawdę. Kiedy byłem w szkole średniej, koleżanka opowiedziała mi i mojemu koledze historię swojej babci. Będąc więźniarką obozu koncentracyjnego, prostytuowała się ona, aby przetrwać. Była jej bohaterką. My mieliśmy w sobie dość taktu, by wyrazić wobec tego zrozumienie. W myślach buntowałem się jednak przeciwko tak pojmowanemu bohaterstwu. W swojej głupocie i pogardzie dla życia wydawało mi się, że jedyną słuszną postawą byłoby dać się zabić niż zgwałcić. Cóż, miałem wtedy jeszcze dużo z myślenia zakapturzonego cepa z Marszu Niepodległości. Tak naprawdę nie da się tu wskazać jaka decyzja byłaby słuszna, a wszystko to są najbardziej tragiczne dylematy, jakie mogą spotkać człowieka. Tatuażysta z Auschwitz musi być błogosławieństwem dla potomków owych bohaterów życia, którzy dziedziczą tak trudne, a często pozbawione zrozumienia wspomnienia. Jest to na pewno wielka wartość tej książki, jak i przepiękne dziedzictwo samego Lalego Sokołowa.
Cilka, wł. Cecília Kováčová, bohaterka życia z Auschwitz-Birkenau. W 2020 roku Heather Morris wydała sequel do Tatuażysty z Auschwitz pod tytułem Podróż Cilki, której główną bohaterką jest właśnie Cecília Kováčová. Źródło: We All Deserve Better, wealldeservebetter.wordpress.com .
Bohaterem jest wreszcie sam Lale. Wykorzystuje wpływy i swobody wynikające z pracy tätowierera by przetrwać, a nawet pomagać innym. Kiedy może dodaje im otuchy. Jest nim nawet wtedy, gdy stręczy nieopierające się temu dziewczyny dla radzieckich żołnierzy. Powieściowy Sokołow nie jest bohaterem w całości pełnokrwistym. Choć jest on postacią autentyczną, to na kartach powieści urasta do rangi symbolu. Uosabia wszystko to, co piękne w naszym człowieczeństwie, w kontraście do jałowości podłego życia nazistów. Najpełniej uosabia się to w tej o to scenie:
– Pan widzi odbicie swojego świata w zwierciadle, ale ja mam inne lustro – mówi Lale.
Baretzki zatrzymuje się i patrzy na niego, a Lale wytrzymuje spojrzenie.
– Kiedy w nie zaglądam – mówi – widzę świat, który zatryumfuje nad pańskim.
Usta Baretzkiego rozciągają się w uśmiechu.
– I myślisz, że tego dożyjesz?
– Owszem.
Baretzki kładzie dłoń na zawieszonym u pasa pistolecie.
– Mogę rozbić to twoje lustro tu i teraz.
– Ale pan tego nie zrobi. (s. 254-255).
Żal mi Stefana Baretzkiego. Wartownik z Auschwitz jest postacią historyczną, choć jednocześnie również i on jest symbolem, owym bydlęciem kontrastującym z humanistą Sokołowem. Zapewne to o nim Heather Morris pisze, że stanowi amalgamat całego szeregu osób… (s. 7). Rzecz jasna go nie usprawiedliwiam. Autorka pokazuje nam na przykładzie Baretzkiego, jak żałosne jest życie głupca. A także jak łatwo jest sobie te życie zniszczyć, podejmując zbyt pochopne decyzje. Stefan Baretzki nigdy nie wziął odpowiedzialności za swoje życie. Pochodził z patologicznej rodziny w Rumunii, stamtąd uciekł do Niemiec. Tam jego życiem pokierowało Hitlerjugend i SS (s. 78). Choć jest tylko (w powieści) rok młodszy od Sokołowa, to wciąż zachowuje się jak nastolatek (s. 76). Odnosi się wrażenie, że nie żyje on pełnią życia, tak jak Lale potrafił – choćby w samym sercu piekła. Jego stosunek do kobiet jest wprost żenujący (s. 76-77). Zdaje się, że on sam nie potrafi się wyzbyć pewnego szacunku dla Lalego (s. 197-198). Oto jest miara jego porażki – choć ma władzę nad jego życiem, to nie potrafi wyzbyć się wrażenia, że tak naprawdę to więzień góruje nad nim. Jak bardzo żałosne jest życie zbrodniarza, w mistrzowskim kontraście pokazuje choćby ta scena:
Tej nocy Lale leży w łóżku szczęśliwszy niż kiedykolwiek.
Gita, skulona na swojej pryczy obok pogrążonej we śnie Dany, leży, wpatrując się w ciemność szeroko otwartymi oczami, wciąż na nowo przeżywając chwile, które spędziła z Lalem, jego pocałunki, to jak bardzo chciała, żeby nie przestawał, żeby poczynał sobie jeszcze śmielej. Jej twarz płonie rumieńcem na myśl o kolejnych spotkaniach. (…)
Pijany jak bela Baretzki wpada do swojego pokoju w koszarach w Auschwitz. Kopnięciem zamyka drzwi i pada na łóżko. Z trudem odpina pas z pistoletem i wiesza go przy wezgłowiu. Rozciąga się na materacu, lecz w oczy świeci mu niewyłączona lampa. Próbuje wstać, ale po chwili się poddaje. Maca dłonią w poszukiwaniu broni i niezgrabnie wyciąga pistolet z kabury. Drugi strzał trafia w krnąbrną żarówkę. Broń spada na podłogę. Baretzki usypia. (s. 158-159).
Nie warto jest iść przez życie po najniższej linii oporu, gdyż wtedy nie niesie ono ze sobą żadnego piękna. Jakże przerażający musiał być moment, gdy ten żałosny człowiek, który nigdy tak naprawdę nie dorósł, skazany za zbrodnie wojenne na dożywotnią karę więzienia, w końcu uświadamia sobie, że przegrał życie. Nie dziwię się, że kończy się ono samobójstwem (s. 322).
Stefan Baretzki (1919-1988), lato 1944 roku. Źródło: WikiMedia Commons.
Istnieje pewien rozdźwięk między Lalem Sokołowem powieściowym, a tym, którego zapamiętała Heather Morris i Gary Sokołow. Niemożliwym jest dla mnie do rozstrzygnięcia, czy w opinii Morris, a świadectwie Sokołowa, jego rysy charakteru zmieniły się na przestrzeni lat, czy też został on w powieści wyidealizowany. Młody Lale pozbawiony jest na przykład sarkastycznego humoru, którym odznaczał się później (s. 326). Nie mniej obaj Lale pasjonują się kobietami. Sokołow udokumentowany na zdjęciach, w posłowiu i epilogu jawi się nam jako dandys. Można go nazwać amantem. Bez cienia wątpliwości uwielbiał Gitę, miał ją za najwspanialszą kobietę na świecie. Jednak jak przyznaje to sama Gita we wspomnieniach Gary’ego: Nikt nie jest doskonały Twój ojciec zawsze się o mnie troszczył od pierwszego dnia w Birkenau. Wiem, że nie jest doskonały, ale wiem również, że dla niego zawsze będę na pierwszym miejscu, (s. 324). O ile autentyczny Sokołowe jest kobieciarzem, to młody Lale wyrywa dziewczyny z czułością, jakby zrywał kwiatki. Tatuażystę z Auschwitz można czytać jako dobry podręcznik obchodzenia się z kobietami. Nie wiem tylko na ile jest to wkład wspomnień Lalego, na ile wpływ postawy jego matki, a na ile są to rady przemycone od samej autorki. Część z nich pokazały cytowane już wyżej fragmenty rozmów bohatera z matką. Powieściowy Lale nawet jadąc w bydlęcym wagonie zastanawia się, jak dużo czasu upłynie, zanim będzie mógł podarować jakiejś dziewczynie kwiatki? (s. 14). Wie, że kobiety lubią czuć się piękne, a także że lubią mężczyzn, którzy noszą się elegancko (s. 11). Zaskakuje Gitę swoją wiedzę, gdy odkrywa przed nią, że czekolada smakuje lepiej, kiedy ktoś cię nią karmi (s. 124). Nie uważa pociągu dziewczyn do biżuterii za fanaberię i niegospodarność (s. 125). Tak uwieczniony Sokołow pokazuje nam, że obcowanie z kobietami może być niewyczerpanym źródłem satysfakcji i czynić nasze życie ciekawym. W naszych czasach mężczyźni są często zestresowani kontaktem z kobietami. Z nie do końca zrozumiałych dla mnie powodów, przybierają postawę buca. Może jest im łatwiej, bo czują się zwolnieni z obowiązku uprzejmości wobec kobiet? Nie trzeba traktować każdej dziewczyny jako kumpla, nie trzeba w niby to towarzyskich żartach wypominać jej na każdym kroku, że jest gruba albo brzydka. Przerażające jest to, że coraz więcej dziewczyn zaczyna traktować to jako coś normalnego. Nie znają już innej rzeczywistości. Lale uczy nas, że nie trzeba się bać. Bycie dżentelmenem uczyni życie przyjemniejszym i tobie i tym dziewczynom.
Postać Baretzkiego i tym razem służy za kontrast dla głównego bohatera. Jego niewiedza o dziewczynach jest na tle Lalego po prostu porażająca. Przeciwieństwo te buduje skutecznie element humoru powieści. Lale sam nie wie, dlaczego miałby go obchodzić ten potwór obok i to, czy kiedykolwiek nauczy się traktować dziewczynę z szacunkiem?, a jednak mimo chodem zaczyna udzielać mu rad (s. 84). Po ponad dwóch latach Baretzki dorasta na tyle, że nawet chce kupić dziewczynie parę nylonowych pończoch! (s. 198)..
– Czy przyniósł pan kiedyś dziewczynie kwiaty? – pyta Lale.
– Nie, a po co?
– Bo one lubią, jak mężczyzna przynosi im kwiaty. Najlepiej, jak sam je zerwie.
– Nie ma mowy. Wyśmialiby mnie.
– Kto?
– Koledzy.
– Czyli inni mężczyźni?
– No tak, pomyśleliby, że jestem mięczak.
– A co, pana zdaniem, pomyślałaby dziewczyna, gdyby dostała kwiaty?
– A co mnie to obchodzi, co by pomyślała? – Baretzki uśmiecha się szeroko i łapie za krocze. – Tylko do tego są mi potrzebne i tylko do tego one potrzebują mnie. Takie rzeczy się wie.
Lale idzie dalej. Baretzki podbiega do niego.
– Co? Coś źle powiedziałem?
– Naprawdę chce pan, żebym panu odpowiedział?
– Jasne.
Lale zatrzymuje się i staje z nim twarzą w twarz.
– Ma pan siostrę?
– Mam – odpowiada Baretzki. – Dwie.
– Czy chciałby pan, żeby inni mężczyźni traktowali pana siostry tak, jak pan traktuje kobiety?
– Jakby ktoś zrobił coś takiego mojej siostrzyczce, tobym go ubił. – Baretzki wyciąga pistolet z kabury i strzela kilkakrotnie w powietrze. – Ubiłbym jak psa.
Lale uskakuje. Echo wystrzałów rozchodzi się po okolicy. Baretzki dyszy ciężko, twarz ma czerwoną, oczy pociemniałe.
Lale podnosi ręce.
– Jasne. Po prostu coś do przemyślenia.
– Nie chce mi się już o tym dłużej gadać. (s. 77-78).
Baretzki zaczyna żartować z Lalego i jego listu, mówi, że pewnie zapomniał, jak postępować z kobietami. Lale ignoruje żarty i pyta go, czy czytał ostatnio jakąś dobrą książkę.
– Książkę? Ja nie czytam książek – mamrocze Baretzki.
– Powinien pan.
– A po co? Na co niby mi książki?
– Można się z nich dużo nauczyć, a dziewczyny lubią, jak się im cytuje fragment albo recytuje wiersz.
– Ja nie muszę cytować książek. Chodzę w mundurze, na dziewczyny nic innego nie potrzeba. One uwielbiają mundury. Wiem, bo mam dziewczynę – przechwala się esesman.
Lale pierwsze słyszy.
– Jak miło. I podoba jej się pana mundur?
– No pewnie! Czasem nawet go zakłada, maszeruje w kółko i salutuje. Wydaje jej się, że jest Hitlerem. – Baretzki pęka ze śmiechu, naśladując swoją dziewczynę, drepcząc z uniesionym ramieniem i pokrzykując „Heil Hitler! Heil Hitler!”.
– To, że podoba jej się mundur, nie znaczy wcale, że to pan jej się podoba – wypala Lale. (s. 82-83).
Rzecz jasna, Tatuażysta z Auschwitz to nie tylko flirt, miłość, ale i namiętność. Będziemy się kochać, gdzie tylko i kiedy tylko będziemy chcieli (s. 169), powtarza Lale swojej narzeczonej. Nie chcę, żeby to zabrzmiało naiwnie. Życie jest piękne wtedy, kiedy jest bogate w doznania. Nie mniej powieść Tatuażysta z Auschwitz, ukazująca życie obdarte z wszelkich przyjemności, odsłania to, co w tym życiu jest najpiękniejsze – miłość. A jest to coś, czego naprawdę na co dzień nie doceniamy. Rzecz jasna, seks w powieści jest też aktem oporu wobec nazizmu. Bo nawet tu, w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau, te bestie nie są w stanie odebrać im miłości. Kochać, kiedy tylko i gdzie tylko będziemy chcieli. Wprawdzie nie jesteśmy wolni, ale wybieram teraz i wybieram tutaj (s. 241). Tak właśnie Lale i Gita zwyciężyli nad hitleryzmem. Ich życie na moment stało się piękniejsze, niż kiedykolwiek było życie takiego Baretzkiego czy Schwarzhubera. Myślę, że właśnie to chciał powiedzieć Marek Edelman, a co nie zostało nigdy do końca zrozumiane. Patrzymy na Zagładę jako na potworną zbrodnię, ale nie doceniamy tego, że ze strony więźniów było także zwycięstwo naszego człowieczeństwa.
Wszystko to co powiedziałem do tej pory jest dla analizy utworu bardzo ważne. Jednak to co najbardziej odkrywcze, dlaczego w ogóle zdecydowałem się napisać ten esej, zostawiłem na koniec. Bo i w treści książki pojawia się to na samym końcu. Dla mnie bowiem najbardziej inspirujący, jest rozdział ostatni – epilog. Jestem zachwycony tym, jak Sokołow, po ponad trzech latach spędzonych w niewoli, buduje swoje życie od nowa. Wchodzi w nie bez żadnych obaw. Wie, że nie ma dla niego trudności, z którymi by sobie nie poradził. Porażka jest częścią życia, a spełniając marzenia niczego nie ryzykuje. W życiu trzeba robić to, na co się ma ochotę.
W październiku 1945 roku wziął ślub z Gitą i zamieszkał z nią w Bratysławie. Zaczął importować tkaniny wysokiej jakości – len, jedwab, bawełnę – z całej Europy i Azji. (…) Interesy szły świetnia; Lale przyjął partnera i zyski wzrosły jeszcze bardziej. Znowu zaczął nosić stylowe ubrania. Razem z Gitą jadali w najlepszych restauracjach i wyjeżdżali na wczasy do kurortów w Związku Radzieckim. (s. 310-311).
Lale i Gita żyli pięknie. Choć wbrew pozorom, życie nie było dla nich łaskawsze niż dla innych, wręcz przeciwnie. Już po wojnie Sokołow trafił do więzienia ponownie, tym razem komunistycznego. Zmuszeni byli emigrować. Ich firma zbankrutowała. Brak lęku przed porażką – oto ta wielka wartość, której uczą nas Lale i Gita. Piękny tego przykład daje ich syn Gary w posłowiu:
Postaram się opisać, jak te lata wpłynęły na nich oboje. Kiedy miałem szesnaście lat, ojciec musiał zamknąć firmę. Pamiętam, że wróciłem do domu i zobaczyłem, że nasz samochód jest odholowywany, a przed domem ktoś stawia ogłoszenie o licytacji. W środku Mama pakowała nasze rzeczy. Śpiewała. „Jak to”, pomyślałem wtedy, „właśnie stracili wszystko, a Mama śpiewa?” Posadziła mnie wówczas i powiedziała, co się dzieje, a ja zapytałem: „Jak możesz tak po prostu pakować się ze śpiewem na ustach?”. Uśmiechając się szeroko, odpowiedziała, że kiedy człowiek przez całe lata nie wie, czy za pięć minut nie zginie, to niewiele rzeczy może go wyprowadzić z równowagi. Powiedziała: „Dopóki żyjemy i jesteśmy zdrowi, wszystko samo się ułoży”. (s. 325).
Lale i Gita, fotografia zamieszczona w książce Tatuażysta z Auschwitz. Źródło: Gazeta.pl Weekend .
Warsztat pisarski Heather Morris nie jest doskonały. Książkanie obfituje w piękne porównania ani epitety. A mimo to twierdzę, że jest ona arcydziełem. Tatuażysta z Auschwitz odkrywa przed nami coś nowego. Coś, co być nie może zostało nigdy do tej pory powiedziane. Jest to sukces wspólny Heather Morris i Lale Sokołowa. Ona dała swoją wnikliwość i inteligencję. On dał przykład z samego siebie. Wierzę, że Lale i Gita staną się kiedyś symbolem. Będą jak Tristan i Izolda, Romeo i Julia. Jak Kleopatra i Marek Antoniusz. Gdy spoglądam w te pełne zuchwałości oczy Lalego i przepiękne, ciemne oczy Gity, to wiem, że życie może być naprawdę piękne.
Mariusz K. Matczak, 10.05.2021 r.
W powyższym wpisie opisuję zbrodniarzy wojennych jako Niemców. Określam też obóz koncentracyjny w Auschwitz-Birkenau jako niemiecki. Nie jest to w żaden sposób przejaw germanofobii. Uważam, że współcześni Niemcy są wspaniałym narodem, który z wielką godnością niesie brzemię winy, jaką ich przodkowie ponoszą za II wojną światową. Ruch rewizjonistyczny jest w Niemczech wciąż marginesem. Nie mniej faktem jest, że zbrodni Holocaustu dokonali członkowie niemieckiego narodu, a także że działo się to z bardzo dużym poparciem ówczesnego niemieckiego społeczeństwa. Nie ma się o co obrażać. Trzeba przyjąć fakty takie jakimi one były. W każdym narodzie występują ludzkie zwierzęta. My także mieliśmy swojego „Burego”. I każdy naród jest narażony na ryzyko, że opęta go kiedyś szaleństwo jakiegoś totalitaryzmu. Obyśmy my nigdy nie musieli nieść tak bolesnego brzemienia, jakie niosą współcześni Niemcy.
Zwracam też uwagę, że co do zasady nie traktuję samobójstwa jako śmierci godnej tylko życia, które było żałosne. Jestem wysoce wrażliwy na tematykę chorób psychicznych. Uważam się za jedną z ostatnich osób, które oceniałyby kogoś za jego myśli i próby samobójcze. Śmierć Stefana Baretzkiego potraktowałem jako symbol jego upadku. Tak jak zwykliśmy traktować w naszej kulturze śmierć Judasza. Mariusz K. Matczak, 10.05.2021 r.
Serial animowany Miraculum: Biedronka i Czarny Kot zadebiutował w światowej telewizji w drugiej połowie 2015 roku. W mojej ocenie było to największe wydarzenie w świecie animacji od czasu Barbie Life in the Dreamhouse. Dziś produkcja jest na najlepszej drodze, by zaczęto ją określać mianem kultowej.
Logo z czołówki serialu. Źródło: YouTube.com
Wprowadzenie do tematu
Osoba niezorientowana z łatwością znajdzie szczegóły fabuły w internecie, a fanom serii nie trzeba rzecz jasna niczego wyjaśniać. Pewnie niejeden wzorem Alyi wyłapuje z kolejnych odcinków każdy detal, by omówić go potem pod każdym kątem na swoim Biedroblogu. Nie mniej należy dla porządku wymienić z metryki filmu parę podstawowych informacji. Jest to serial produkcji japońsko-koreańsko-francuskiej. Nazwa oryginalna w języku francuskim to Miraculous, les adventures de Ladybug et Chat Noir. Jego twórcą, a także głównym scenarzystą i reżyserem jest Francuz Thomas Astruc. Głównym producentem, a przy okazji też kompozytorem i współtwórcą motywu przewodniego jest Jeremy Zag, również Francuz. Do dziś wyprodukowano cztery z planowanych pięciu serii odcinków. Premierę czwartego sezonu przełożono z tegorocznej jesieni na wiosnę 2021 roku. Wydano też dwa odcinki specjalne, z czego najnowszy dopiero co zadebiutował, tj. we wrześniu 2020 roku. W produkcji jest już następny odcinek specjalny. W Polsce serial dystrybuowany jest przez kanał Disney Channel, ponoć można go też obejrzeć na Netflix’ie.
Głównymi bohaterami filmu są paryscy licealiści Marinette Dupain-Cheng i Adrien Agreste. Pewnego dnia podstępem zostają im wręczone Miracula – magiczne przedmioty, w których zaklęte są Kwami. Są to przedwieczne, acz nieco infantylne, maleńkie istoty, które wyglądem przypominają miniaturowe, pluszowe zwierzątka. Posiadacze Miraculów mogą połączyć się ze swymi Kwami, by przemienić się w superbohaterów, tytułowych Biedronkę i Czarnego Kota. Rzecz jasna spokój w mieście zakłóca superzłoczyńca, Władca Ciem. Ze złowieszczym uśmiechem wysyła w Paryż swoje Akumy – takie magiczne ćmy – dzięki którym potrafi opętać swoje ofiary i przemienić je w potwory. W przeciwieństwie do klasycznych antagonistów z komiksu, celem Władcy Ciem nie jest sianie zamętu, przejęcie władzy czy wzbogacenie się, ale odebranie Biedronce i Czarnemu Kotu ich Miraculów. Superbohaterowie i ich przeciwnik próbują zatem dorwać siebie nawzajem. Drugą osią fabuły są skomplikowane relacje łączące głównych bohaterów. W swoim codziennym życiu Marinette jest beznadziejnie zakochana w Adrienie. Z kolei Adrien, pod postacią Czarnego Kota, zakochuje się w Biedronce. Cały szkopuł w tym, że ci dwoje nie znają nawzajem swojej magicznej tożsamości.
Wciągająca fabuła
Fabuła każdego odcinka zbudowana jest według określonego schematu. Wygląda on następująco: jakaś osoba doznaje przykrości. Negatywne emocje przyciągają Akumę, wysłaną przez Władcę Ciem. Ta dostaje się do trzymanego przez ofiarę atrybutu i przemienia ją w potwora obdarzonego określoną supermocą. Złoczyńca rozpętuje w mieście chaos, co ściąga Biedronkę i Czarnego Kota. Zadaniem potwora jest odebranie im ich Miraculów. Po chwili bezowocnej walki, superbohaterowie domyślają się, gdzie ukryła się Akuma. Biedronka używa swojej supermocy, by obmyślić plan zniszczenia przedmiotu. Zniszczenie go uwalnia z niej Akumę, dzięki czemu ofiara wyzwala się spod jej rządów. Wszystkie wyrządzone przez nią szkody naprawia Biedronka dzięki drugiej ze swoich magicznych mocy. Po wszystkim rozwścieczony Władca Ciem wygraża się, że następnym razem na pewno mu się uda odebrać im ich Miracula.
Przyzwyczajenie nas do schematu sprawia, że jeszcze bardziej doceniamy nietypowe zwroty akcji, a te wraz z rozwojem fabuły pojawiają się coraz częściej. W jednym z odcinków tytułowi bohaterowei zamieniają się Miraculami i stają się Biedronkiem i Czarną Kotką. Inny zaczyna się od momentu, w którym stracili oni pamięć i muszą na nowo poznać swoje supermoce. Mimo to ta schematyczność może po pewnym czasie nieco nużyć. Zwłaszcza w pierwszym sezonie, którego zamierzeniem wydaje się być właśnie wyuczenie widza tych reguł, by mógł on później cieszyć się ich łamaniem. Sposób powiązania ze sobą różnych przedmiotów w celu zneutralizowania Akumy wnosi ze sobą element zagadki. Prócz tego, serial oferuje nam dużo dawkę humoru i naprawdę zabawnych dialogów.
W jednym z odcinków zaskoczyła nas zamiana ról głównych bohaterów, którzy zostali Biedronkiem i Czarną Kotką. Źródło: CDA.pl
Za każdym razem pojawia się oryginalny charakter – superzłoczyńca, który narysowany jest w świetny sposób. Każdy odcinek ma zatem swój niepowtarzalny walor artystyczny. Twórcy serialu dość mocno inspirują się przy tym folklorem i popkulturą. Ale zapewniam was, że jest to na tyle twórcza interpretacja, że pierwowzór wcale nie przychodzi na myśl podczas oglądania. Można to raczej traktować w formie wysmakowanej zabawy z widzem. Przykładem mogą tu być postaci Piekarixa (mączny potwór o posturze Obelixa) czy Sabotików (wariacja na temat gremlinów). Odcinek specjalny Miraculous World: New York – United HeroeZ (jak dotąd jeszcze niespolszczony) jest ukłonem zarówno w stronę historii jak i popkultury amerykańskiej. Ciekawostką jest fakt, że w jednym z odcinków negatywnym bohaterem jest niedoceniany reżyser Thomas Astruc. Tego typu smaczków można wyłapać więcej, dla przykładu podam, że rejestracja szkolnego autokaru zaczyna się od liter ZAG.
Serial w sposób wysoce oryginalny łączy w sobie estetykę dalekowschodniego anime z euro-amerykańską tradycją filmów animowanych. Połączenie te ma swoje odzwierciedlenie także w fabule serialu. Jego główną bohaterką jest córka Chinki i Francuza. Pośród licznych zajęć dodatkowych, na które uczęszcza Adrien, są też lekcje języka mandaryńskiego. Główną postacią wnoszącą do serii wpływ azjatycki jest Mistrz Fu, Strażnik Miraculów pochodzący z Chin. Zarówno wygląd zewnętrzny, jak i niektóre cechy usposobienia w sposób ewidentny wzorowane są na Kesuke Miyagi z serii Karate Kid. Jego niewielkie mieszkanie, tonące gdzieś pośrodku wielkiego Paryża, urządzone jest w stylu chińskim. On sam nigdy nie wyrzekł się azjatyckiego stylu życia, od medytacji po umiłowanie herbaty. Chiny pojawia się niekiedy w jego wspomnieniach i retrospekcjach. Kolejną ważną postacią pochodzenia azjatyckiego jest Japonka Kagami Tsurugi, można powiedzieć bratnia dusza Adriena Agreste’a. Przede wszystkim wnosi ona do serialu element japońskiej sztuki walki na miecze, dziedzictwo samurajów. Pochodzenie lub koneksje azjatyckie mają także niektórzy inni bohaterowie trzecioplanowi. Estetyka anime wpłynęła na sposób przedstawiania postaci, które często mają duże oczy lub fantazyjne, pełne kogutów fryzury. Kolejnym miastem po Nowym Jorku, które nasi bohaterowie odwiedzą w ramach serii odcinków specjalnych z cyklu World, będzie Szanghaj – już wiosną 2021 roku.
W serii Miraculum współistnieją ze sobą dwa światy – fikcyjny, acz rzeczywiście przedstawiony Paryż oraz fantastyczny świat Kwami. O ile się nie mylę, są one istotami zupełnie oryginalnymi, wymyślonymi przez Thomasa Astruca. Każde z nich posiada własną osobowość, i tak jak ludzie wchodzą one ze sobą w rozmaite relacje. Po połączeniu się ze swoimi Kwami, właściciele Miraculów wydają się przejmować od nich niektóre cechy ich osobowości. Prawie zawsze obserwujemy je jak poruszają się po świecie rzeczywistym. Jednak z niektórych odcinków wiemy, że na głębi szkatułki Strażnika mają one swój własny, pastelowy świat. Niezwykle rzadko dane jest nam do niego zajrzeć. Ale może to i dobrze. W ten sposób szkatułkowy świat Kwami pozostaje dla nas na zawsze w sferze domysłów, które możemy snuć w naszych marzeniach.
Mnogość archetypów i typów relacji międzyludzkich
W serii Miraculum występuje ograniczona, acz bardzo duża ilość powracających bohaterów. Każdy z nich reprezentuje pewien archetyp osobowości, które to z łatwością odnajdziemy we własnym otoczeniu. Ta archetypowość wykorzystywana jest zwłaszcza przy budowie bohaterów negatywnych danego odcinka oraz kreowaniu sytuacji, w której dochodzi do jej zakumizowania. I tak mamy np. policjanta-służbistę, który pod wpływem wydalenia go ze służby pozwala przemienić się w Arcyglinę (postać inspirowana RoboCopem). Albo małpiego z twarzy i postury ofiarnego bodyguarda, który gdy po raz pierwszy w karierze traci z oczu swojego protegowanego staje się przerażającym Goridzillą (postać i fabuła nawiązują do kultowego King Konga).
Postać Arcygliny wzorowana była na filmowym RoboCopie. Źródło: Miraculum: Biedronka i Czarny Kot na portalu Blogger.
Ważniejsze postaci pierwszo i drugoplanowe zbudowane są w bardzo przemyślany sposób. Ich zachowania, styl bycia, cechy charakteru i życiorysy są ze sobą bardzo spójne. Jedną z głównych zalet serialu, zarówno pod względem kreowania fabuły jak i nazwijmy to moralizatorskim, jest to, że bohaterowie są dynamiczni. Obserwujemy ich rozwój, rozciągnięty w czasie emisji kolejnych sezonów. A ten nie ma w sobie nic z bajkowości. Przeciwnie, to jakie przeobrażenia przechodzą nasi bohaterowie jest niepospolicie dojrzałe. Przykładem może być już sama Marinette, która na samym początku serii jest owszem, pełna dobrych intencji, ale za mało przebojowa by przeforsować swoje pomysły na forum grupy. Z czasem przekłada wzorce zachowań, które jako Biedronce przychodzą jest w sposób naturalny, na życie codzienne Marinette i staje się liderką w grupie oraz przewodniczącą klasy. Wątkiem trzymającym w napięciu i pełnym zwrotów akcji jest ambiwalentna postawa Chloé Bourgeois, odwiecznej rywalki Marinette. Ponieważ jest córką samego burmistrza Paryża i nowojorskiej dyktatorki mody, uważa się za lepszą od innych i nieustannie daje temu wyraz swoimi docinkami. Jako Królowa Pszczół usilnie stara się zdobyć zaufanie Biedronki. Pod wpływem obdarzonej nią odpowiedzialności wydaje się zaczynać okazywać skruchę w życiu Chloé. A jednakże wciąż na nowo lega słabościom swojego charakteru. Choć jak widzimy w niejednym odcinków, naprawdę się stara. Jest jedną z nielicznych osób, które oparły się opętaniu przez Akumę. Ciekawą postacią jest w moim odczuciu niepozorna Alix, która nie wyróżniając się tak naprawdę żadną zaletą prócz szybkości, stanie się z czasem superbohaterką o imieniu Królix. Podobnych przykładów można by wymienić jeszcze bardzo wiele.
Bohaterowie Miraculum wchodzą ze sobą w rozmaite relacje, które zmieniają się wraz z rozwojem ich osobowości. A to jest jeszcze ciekawsze niż obserwowanie ich rozwoju tylko w perspektywie pojedynczej osoby. Na pierwszym miejscu należy tu wymienić skomplikowaną, podwójną relację Marinette i Adriene’a, zarówno pod postacią Biedronki i Czarnego Kota jak i tą codzienną. Co więcej, za sprawą pojawienia się postaci Luki i Kagami staje się ona relacją poczwórną, jeszcze bardziej skomplikowaną. W odcinku Nawałnica 2 główni bohaterowie dokonują swoistej retrospekcji. Wraz z nagromadzeniem się doświadczeń, tytułowi superbohaterowie coraz lepiej potrafią ze sobą współpracować. Nauczyli się sobie nawzajem ufać i wykorzystywać w walce swoje indywidualne atuty. Od siebie dodałbym jeszcze, że taki sam progress odnotowują w stosunku do swoich Kwami.
Jesteśmy świadkami narodzin nowych związków, jak np. Alyi i Nino czy Mylène i Ivana. Stopniowej przemianie poddaje się relacja Sabriny z Chloé. O ile w pierwszej serii jest ona dla Chloé typowym „waflem”, to z czasem staje się bardziej świadoma własnej wartości. Dzięki temu ich relacje stają się bardziej równorzędne, a ich przyjaźń na tym zyskuje. Dla Chloé jest ona być może jedyną osobą, przy której może przestać udawać i zachowywać się swobodnie, co widzimy na przykładzie ich wspólnych zabaw w Biedronkę i Czarnego Kota. Choć po trzech sezonach ich przyjaźń wciąż ma cechy patologiczne. Zdecydowaną przemianę przechodzi związek Gabriela Agreste’a z Nathalie, i to na wielu płaszczyznach. Startuje ona z czysto zawodowej relacji projektanta z asystentką. Z czasem Nathalie staje się nie tylko jego prawą ręką, ale też powiernicą i najlepszą przyjaciółką. I wciąż tłumi w sobie aspirację do tego, by stać się dla niego kimś więcej. Istotnym dla osi fabuły jest stopniowe pogłębianie się relacji Mistrza Fu z jego uczniami. Na początku Strażnik Miraculów obserwuje poczynania bohaterów, nie ujawniając przy tym własnej tożsamości. W końcu dochodzi do spotkania z wybrańcami. Później przez dłuższy czas jest to klasyczna relacja typu mistrz-uczeń. Z czasem uczniowie zbliżają się do poziomu wiedzy mistrza. Po drodze jednak żadnej ze stron nie uda się uniknąć emocjonalnego zaangażowania w tę relację. Rodzi się przyjaźń. Wciąż nierozstrzygniętą kwestią jest to, w jakim kierunku podąży kontakt Gabriela Agreste’a z jego synem Adrienem. Nie wiemy też, czy małżeństwo państwa Bourgeois, które właśnie zeszło się powtórnie po separacji, przetrwa próbę czasu.
Relacja Mistrza Fu z jego uczniami uległa z czasem znacznemu pogłębieniu. Źródło: Miraculum: Biedronka i Czarny Kot Wikia na portalu Fandom.
Wreszcie, co może najbardziej wyjątkowe, naszym bohaterom wcale nie zawsze układa się tak jakby tego chcieli. Zdarza się, że podejmują ogromny wysiłek, a mimo to od trzech sezonów nie zbliżają się do celu. A nawet, że nigdy go nie osiągną. Dla uniknięcia spoileru nie wypada mi zdradzać co mogę mieć w tej chwili na myśli. Wątek porażki zawarto w takich odcinkach jak Desperata, Graficzas czy podwójnym Starciu Miraculów. Nie, żeby przesłaniem Miraculum była wyuczona bezradność. Starania bohaterów zawsze zostaną nagrodzone, choć nie zawsze w taki sposób jaki zakładali. Niektórzy ludzie starszej daty każdą animację nazywają bajką. Miraculum nią nie jest. Ważną nauką płynącą z serialu jest to, aby zawsze starać się wykorzystać w sposób maksymalny nasz potencjał, w ramach dostępnych możliwości. Wszystko to wyraża się w jednej z życiowych mądrości, jakie zawarł w swoim liście do Marinette Mistrz Fu, a który to przytoczę poniżej w całości:
„Kiedy się starzejemy, dostrzegamy, że życie nie zawsze przynosi to czego pragniemy. Chciałbym ci wszystko wytłumaczyć osobiście Marinette, ale jeśli czytasz ten list, to znaczy, że już straciłem pamięć. Ale nie bój się. I nie bądź smutna. Tak jak wspomniałem na samym początku, doświadczenie straty to element życia. Ale to go nie przekreśla. Liczy się nie tylko czy wygrywasz czy przegrywasz. Ważniejsza jest umiejętność akceptowania zmian. Trzeba zrozumieć, że chociaż los nie zawsze daje nam to na co liczymy, prawdziwym darem jest po prostu życie”.
Mistrz Fu w liście do Marinette, odc. Królowa Miraculów (Starcie Miraculów – Część 2).
Paryż – miasto Biedronki i Czarnego Kota
Paryż jest miastem Biedronki i Czarnego Kota. Tak jak Toruń jest miastem piernika, a Darłowo miastem księcia Eryka. Serialowi mieszkańcy sami chcą, by ich miasto było utożsamiane właśnie w ten sposób. Lokalnym superbohaterom poświęcone jest specjalne pasmo telewizyjne, ich działaniom podporządkowuje się lokalna policja (choć to akurat przyszło z czasem). Miasto pomaga zorganizować plan zdjęciowy do poświęconego im teledysku, do którego piosenkę nagrywa supergwiazda POP Clara Nightingale. Utwór ten jest rzecz jasna motywem przewodnim serialu. Po wielu miesiącach ratowania Paryża przez superbohaterów, ratusz ogłasza nawet konkurs na ich pomnik.
Pomnik Biedronki i Czarnego Kota w Paryżu, dłuta Théo Barbota. Źródło: Miraculum: Biedronka i Czarny Kot Wikia na portalu Fandom.
Paryż Biedronki i Czarnego Kota jest miastem wyidealizowanym, wręcz utopijnym. Żadne miasto nie jest aż tak doskonałe. Ale prawie każdy z nas chciałby w takim mieszkać. I właśnie to jest jeden z powodów, dla których oglądam ten serial z tak wielką przyjemnością. Wcale nie ironizuję. Oglądając Miraculum, przenoszę się do tego idealnego miasta chociaż na pół godziny trwania odcinka.
Miejsce te jest owszem, ustawicznie nękane przez Władcę Ciem, lecz pomimo tego w zasadzie nie ma w nim przemocy. Służby takie jak Policja czy Straż Pożarna skupiają się głównie na ściąganiu niesfornych kotków z drzewa. Nikt w nim nie umiera, rzadko kiedy choruje. Nie ma w nim szpitali. Wszyscy są tu dla siebie mili, a większość mijanych na ulicy osób zna się osobiście lub chociaż z widzenia. W mieście Miraculum można napotkać mnóstwo ciekawych indywidualności, takich jak obwoźny sprzedawca profetycznych lodów André czy niepoprawny romantyk Pan Ramier. Uczniowie, po starannym odrobieniu pracy domowej, mają do swojej dyspozycji mnóstwo atrakcji, takich jak na wpół puste, kameralne kino czy zupełnie puste lodowisko z dyżurującym na nim mistrzem łyżwiastwa. W jedynym serialowym liceum przynajmniej część nauczycieli jest światła i wyrozumiała. Nie ma w nim bijatyk, a na korytarzu nigdy nie ma tłoku. Bodaj każdy uczeń ma jakiejś pasje, które ma szansę rozwijać na licznych kółkach zainteresowań. Panuje na nich atmosfera wzajemnego szacunku i życzliwości. No może z wyjątkiem wiecznie psującej atmosferę Chloé Bourgeois. Mało tego, już przed tak młodymi ludźmi stoją ogromne możliwości rozwoju, a nawet kariery. Kilkunastoletnia Marinette wygrywa konkurs na projekt nakrycia głowy, które zostaje później włączone do kolekcji topowego domu mody. To otwiera jej drogę do na pół zawodowej kariery, którą dzieli między naukę a ratowanie świata przed złoczyńcą. W późniejszym czasie projektuje okulary sceniczne i okładkę płyty wielkiej gwiazdy rocka, jaką jest Jagged Stone. Nie ona jedyna osiąga znaczące sukcesy w tak młodym wieku. Jej przyjaciółka Alya jest bardzo rozpoznawalną blogerką. O jej wpływie świadczy fakt, że bywała nawet zapraszana do telewizji w roli ekspertki. Swoją karierę w świecie modelingu Adrien zawdzięcza ojcu, ale np. do pozycji jednego z najlepszych szermierzy w Paryżu doszedł już sam. Wielu bohaterów interesuje się muzyką i z powodzeniem gra coraz to większe koncerty. Są to chociażby DJ Nino, gitarzysta i tekściarz Luka czy zespół Kocia Muza. Nawet tak nieśmiała i wycofana osoba jak Nathaniel natrafia w końcu na kogoś, kto odkryje jego skrywany talent, zapozna z idealnym partnerem do współpracy i popchnie jego karierę rysownika do przodu. Seria ewidentnie posiada wiele wątków faworyzujących ludzi z pasją. Pokazuje, że trzeba wierzyć w swój talent i że można go rozwijać już we wczesnym wieku. Ten przekaz jest w mojej opinii szczególnie wartościowy, gdyż w naszym społeczeństwie często trywializuje się pasje ludzi młodych. Z góry uważa się ich prace za niedojrzałe. Każe im się skupiać na edukacji, a pasje rozwijać może dopiero na studiach. Nierzadko wtedy zdążą już być one przytłumione przez mocno angażującą rzeczywistość.
Marinette tworzy kapelusz wg własnego projektu, który otworzy jej drzwi do kariery w świecie mody. Źródło: Miraculum: Biedronka i Czarny Kot Wikia na portalu Fandom.
Nastoletni bohaterowie wędrują swobodnie po centrum Paryża. Podoba mi się ich niezależność i swoboda w tak młodym wieku. My zaś idąc w ślad za nimi możemy podziwiać jego piękno. Jest to możliwe także dlatego, że w mieście nie tłoku, który przysłaniałby nam widoki. Niewiele w nim turystów. Na ulicach nigdy nie ma korków – no chyba, ruch zatamuje kolejna ofiara Akumy. A co za tym idzie, smog i spaliny nie ograniczają widoczności. No i nigdy nie trzeba czekać przed przejściem dla pieszych.
Paryż przedstawiony w Miraculum jest bezsprzecznie piękny, a jednocześnie wiernie odtworzony. To prawda, że nie pokazano w nim dzielnic biedoty, a żadna z pięknych, tak charakterystycznych dla paryskiego życia kamieniczek nie ma choćby pęknięcia na elewacji. Nie mniej ten piękny Paryż też istnieje, choć jest on tylko częścią jego prawdziwego obrazu. Ukazując Paryż od jego najlepszej strony, Thomas Astruc zrobił dla promocji Francji na świecie więcej niż pewnie cały korpus dyplomatyczny. Jest to miasto przestronnych, bogato wyposażonych pałaców, jak i przytulnych pokoików na poddaszu wolno stojących kamienic. Zawsze eleganckich, nigdy rozpadających się jak te w Łodzi. Szczególnie uwypuklonych w Miraculum jest kilka miejsc charakterystycznych dla Paryża, wyjątkowych w skali globu. Są to miejsca, które w większości znamy. Jednak dzięki towarzyszeniu bohaterom w ich wędrówkach, mamy okazję je lepiej poznać i wyrobić sobie względem nich bardziej osobisty stosunek, oparty na skojarzeniach z filmu. Naturalnie jest to Wieża Eiffela, wokół której już w ramówce wydaje się kręcić cały świat. To naturalnie bulwar nad Sekwaną, z charakterystycznymi wysokimi schodami, wieczne oblężony przez gołębie. A także szerokie niczym deptak mosty. Bodaj najczęściej pojawiającym się w serialu zabytkiem jest Luwr, ze szczególnym uwzględnieniem szklanej piramidy na jego dziedzińcu, łączącej historyczność z nowoczesnością. Oprócz nieskrywanej dumy ze sławnego muzeum, myślę, że scenarzysta chciał pokazać, że spędzanie czasu na nauce może być fajne. W moim odczuciu to się udało, sam po jakimś czasie, izolując się w domu w trakcie lockdownu, wpadłem na stronę Luwru, żeby poprzechadzać się korytarzami Petite Galerie. Może jest to dobry moment żeby wspomnieć, że pod wpływem serialu zacząłem się uczyć języka francuskiego. A z komentarzy na YouTube wiem, że nie byłem jedyny.
Bardzo ważnym miejscem w świecie Miraculum jest Luwr, a zwłaszcza jego wystawa o Starożytnym Egipcie. Źródło: Miraculum: Biedronka i Czarny Kot Wikia na portalu Fandom.
Niekończące się tunele metra i kolei ukazują nam Paryż od zupełnie innej strony. Kilkukrotnie mamy okazję usiąść wygodnie w pociągu, który poprzez Eurotunel pod Kanałem La Manche dowiezie nas do samego Londynu. Ten cud techniki ukazuje nam Paryż jako miasto nowoczesne, nie tylko pięknie wyglądający skansen. Zderzenie ze sobą tak różnych od siebie metropolii, stolic dwóch odmiennych kultur, uwypukla w każdej z nich to za co je kochamy. Eurotunel unaocznia nam, jak bardzo skrócił się dystans we współczesnym świecie. Inspiruje do podróżowania w komfortowych warunkach. A Londyn to nie wszystko, bo dla mieszkańców miasta Miraculum nawet podróż do Nowego Jorku nie wydaje się być wcale tak daleka.
Nie dałoby się serialu oglądać z taką przyjemnością, gdyby nie był on świetnie zrealizowany od strony technicznej. Jednocześnie jest to ten aspekt produkcji, na którym najmniej się znam. Nie obejmuje go moja artystyczna wrażliwość.
Mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że animacje w serialu zrobione są świetnie. Bo po prostu takie jest moje wrażenie jakie odbiorcy. Nie mam pojęcia z jakich zabiegów technicznych bądź artystycznych to wynika, ale właściwie po co mi to wiedzieć. Sympatię wzbudza muzyka autorstwa Jeremy’ego Zaga i Noama Kaniela. Zdaje się ona czerpać z powolnej, romantycznej atmosfery paryskiego bulwaru. Słuchając jej, mam przed oczami dziewczynę w czarnym płaszczu i berecie, a w powietrzu czuję zapach świeżo pieczonych bagietek. To ostatnie to może przez skojarzenie z piekarnią rodziny Dupain. W zależności od klimatu odcinka, motyw przewodni poddawany jest rozmaitym wariacjom. W odcinku pt. Gracz 2.0. Max pod postacią superzłoczyńcy zmusza głównych bohaterów do udziału w stworzonej przez siebie bijatyki, przeniesionej do świata rzeczywistego. W tle rozgrywki słyszymy motyw przewodni w wariancie muzyki elektronicznej, przefiltrowanej przez techniczną specyfikację starej konsoli. W ucho wpada piosenka z czołówki, w polskiej wersji wykonana przez piosenkarkę Lanberry.
Marinette unosi się w chmurach, gdy tańczy z Adrienem do ich ulubionej piosenki, będacej głównym motywem romantycznym serialu. Źródło: YouTube.
Zdecydowanie jednym z najmocniejszych punktów produkcji jest polskojęzyczny dubbing, przygotowany na zlecenie stacji Disney Channel. Myślę, że Miraculum, oglądane przeze mnie już jako osobę dorosłą, uświadomiło mi, jak bardzo dubbing może mieć wpływ na odbiór dzieła. Nie bez znaczenia był też fakt, że już wcześniej zwracała mi na to uwagę moja kuzynka-artystka. Udany dubbing przydaje filmowi zalet, których może nawet nie posiadać w oryginale. No i samo to poczucie obcowania z tak wysokim kunsztem artystycznym. Głosu postaciom tytułowym użyczyli Marta Dobecka i Maksymilian Bogumił, wielcy artyści w swoim fachu. Od czasu jak odkryłem Miraculum stałem się w pewnym sensie fanem Marty Dobeckiej. Moje ucho wychwytuje jej głos w różnego rodzaju produkcjach. Zauważam też, że jest ona bardzo płodną aktorką dubbingową. Choć może to też świadczyć o tym, że w Polsce aktorzy dubbingowi to wciąż bardzo wąskie grono, niestety. W każdym razie, na przykładzie kilku ról Marty Dobeckiej mogę stwierdzić, że posiada ona naprawdę bogatą gamę barw, tonów i modulacji głosu, niekiedy bardzo dalekich od siebie. Ktoś, kto nie jest wyrafinowanym fanem, nie zawsze może powiązać jej głos z danej produkcji z inną graną przez nią postacią. Porównania tego dokonałem na przykładzie ról Marty Dobeckiej w serialu Miraculum (Marinette), DC Super Hero (Batgirl) oraz słynnej Pani z reklamy banku Credite. Piękna blondynka ma na swoim koncie mnóstwo ciekawych ról, zainteresowane osoby na pewno odnajdą w internecie adekwatną filmografię. Warto dodać, że prowadzi ona też karierę stricte aktorską, choć wciela się raczej w role drugo i trzecioplanowe bądź epizodyczne. Z portali plotkarskich wiem, że szerszemu gronu znana jest z roli w kultowej już BrzydUli. Na pewno bardzo wiele dobrego można powiedzieć też o rolach dubbingowych Maksymiliana Bogumiła, choć w jego przypadku nie jestem już tak wrażliwy na jego głos jak na ten Marty Dobeckiej. Może po prostu dlatego, że jako na heteroseksualnego mężczyznę, głos kobiety działa na mnie bardziej zmysłowo. W tworzeniu dubbingu do Miraculum uczestniczy całe gro wspaniałych artystów. Po prostu nie jestem na tyle obeznany w tej dziedzinie, by się tu dalej na ten temat wymądrzać. Chciałbym też powiedzieć, że nasza wersja językowa jest najlepsza na świecie, ale nie będąc native speakerem żadnego języka obcego, nie jestem w stanie tego stwierdzić. Mogę co najwyżej powiedzieć, że głos Plagga w wersji angielskiej jest jakby bardziej koci.
Mrówcza praca Wikian, czyli podziękowania na koniec
Samemu nie poznałbym i nie spamiętał tylu szczegółów fabuły i produkcji. Nawet nie umiałbym zapisać poprawnie imion i nazwisk wymienianych tu przeze mnie bohaterów. Pisząc powyższy esej, korzystałem głównie z dwóch źródeł. Pierwszym jest Wikipedia. W języku polskim był to artykuł główny Miraculum: Biedronka i Czarny Kot oraz artykuł szczegółowy Lista odcinków serialu Miraculum: Biedronka i Czarny Kot. Korzystałem też z wersji anglojęzycznej hasła głównego. Drugim ważnym źródłem były rozmaite hasła szczegółowe (głównie osobowe i dot. poszczególnych odcinków) portalu https://miraculousladybug.fandom.com, także korzystającego z tego samego silnika. Jest on częścią serwisu Fandom, gdzie fani szeroko pojętego fantasy gromadzą informacje i dyskutują o swoich ulubionych grach, filmach, serialach i książkach. Obydwie te strony tworzone są przez wolontariuszy, którzy nie tylko mają z tej pracy nic dla siebie, ale z reguły pozostają też kompletnie anonimowi. Poświęcają dziesiątki, jeśli nie setki godzin, by pisać naprawdę dobre teksty tylko z miłości do Miraculum. Do serialu, do animacji i do wszystkich tych pięknych wartości, które ze sobą niosą. Bez dostępu do ich opisów, nie mógłbym napisać tego eseju i się wymądrzać. Dziękuję wszystkim wolontariuszom Wikipedii i Fandomu!
Mariusz K. Matczak, 18.10.2020 r. (poprawione 22.10.2020 r.)
Wybory prezydenckie 2015 roku wspominam jako czas euforii. Jednak pierwsze sondaże dawały urzędującemu Prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu miażdżącą przewagę nad kontrkandydatami. Myślę, że wyzwoliło to w ludziach coś jakby wolę walki. Chcieliśmy sobie udowodnić, że jesteśmy w stanie dokonywać zmian, że nie jesteśmy tylko biernymi produktami polityki. Widać było, że wszyscy wokół chętnie rozmawiają na temat wyborów. Wielu kandydatów organizowało kameralne spotkania z potencjalnymi wyborcami. Panowała na nich atmosfera politycznego zaangażowania kojarząca się z latami 20. ubiegłego wieku. Zdobywały sobie popularność lub powstawały nowe ugrupowania. Partia Razem, nieco później .Nowoczesna. Nawet ten Braun czy Tanajno. Dla mnie był to przede wszystkim czas Ruchu Kukiz ‘15. Odłożę jednak na bok własne wspomnienia, a wrócę do tematu eseju, czyli muzyki.
Paweł Kukiz uzyskał w I turze wyborów prezydenckich 2015 roku wynik 20%, niespotykany dla trzeciego kandydata od 1990 roku. Wysoki rezultat był zasługą także tego, że przygotowywał się do tych wyborów solidnie. A swoje przygotowania zaczął od wydania rok wcześniej albumu pod tytułem „Zakazane Piosenki”. Za swoje zaangażowanie politycznie zapłacił zresztą wysoką cenę, bo współpracująca z nim wytwórnia Sony Music Entertainment Poland zerwała z nim kontrakt pod tymże pretekstem. W tekstach piosenek Paweł Kukiz zawarł najważniejsze postulaty swojego programu politycznego (por. utwór „JOW!”), a także swoją wizję historii III RP i refleksję nt. współczesnych problemów państwa polskiego.
Album otwiera utwór pt. „Dnia czwartego czerwca” (nawiązująca melodią, tekstem i tytułem do jednej z Zakazanych Piosenek z filmu z 1947 roku). Zawiera on tezę według której obecny system polityczny współtworzy niezmieniająca się od lat klasa polityków i dziennikarzy, którzy w latach 80. zawarli kompromis z władzą komunistyczną i przejęła od nich niepodzielną władzę w kraju („Kiszczak i Jaruzelski / Moskiewskie pachołki / ze zdrajcami ludu / podzielili stołki”). W przeciwieństwie do ustroju komunistycznego, w Polsce nie rządzi już jedna, lecz kilka partii politycznych, które w pozornie wolnych wyborach co kilka lat zmieniają się na państwowych stanowiskach. Propagandystyczne media mają utwierdzać Polaków w przekonaniu, że mają oni jakiś wybór, którego de facto nie mają („Mediami sterują / naród ogłupiają / że już od ćwierćwiecza / ludzie wolność mają”). Krąg władzy jest nader ekskluzywny, a poszczególne partie polityczne partycypujące w rządach chronią się wzajemnie, by w sposób bezkarny móc defraudować publiczne pieniądze itd. Paweł Kukiz nazwał ten system partiokracją – władzą partii politycznych, w której lud jest suwerenem tylko z pozoru.
W piosence „Dnia czwartego czerwca” z albumu „Zakazane piosenki” z 2014 roku, Paweł Kukiz wyłożył swój pogląd na temat polskiej transformacji ustrojowej i tego, co nazywa partiokracją.
Kolejne utwory rozkładają działanie polskiego państwa na czynniki pierwsze. A te jest determinowane doniosłymi błędami popełnionym w przeszłości. „Kundelek Antka Policmajstra”, utwór nawiązujący do prawdziwej postaci, opowiada o pozornej weryfikacji służb specjalnych z lat 90. („chyba że nie jest taki zły / bo przecież to jest SB-k wasz / weryfikację przeszedł w mig / za niego partia dała twarz”). Dawni aparatczycy, wykorzystując swoją wiedzę zdobytą w toku działań operacyjnych zarówno w czasach PRL-u jak i niezreformowanej III RP, wywierają duży wpływ na życie polityczne kraju („Antek .. siedzi w biurze /na Wiejskiej mąci ustawami”). „KGMO” opowiada nie tyle o działaniu samej policji, co raczej wszechobecnym nepotyzmie III RP („Miejsce roboty dla wujka i cioci / Praca dla kuzyna i tak z ojca na syna”). Jest on tak duży, że na jego potrzeby rozbudowuje się i tak już niesamowicie przerośniętą strukturę biurokratyczną („Kolejny dyrektor, następne wydziały / Więc niedługo będzie (zakupować pały”). Pokłosiem nepotyzmu jest lekka ręka do wydawania publicznych pieniędzy („Podatki do góry, bo trzeba utrzymać / Następnego komendy głównej syna”). Oczywiście jest to też kolejny utwór o pozorowanej weryfikacji służb specjalnych („Scheda po komunie tu koszul się nie brudzi / Tu rządzi polityka daleko są od ludzi / Urzędnicy w mundurach bez wiedzy o ulicy / W służbie sobie samym mentalni bolszewicy”). Jeszcze inny utwór, który wpadł mi w ucho, to „Samokrytyka (dla Michnika)”. Ten z kolei opowiada o medialnej propagandzie („Jestem moherem, oszołomem,/ Nazistą, świnią, homofobem / Zdrajcą, agentem, pomyleńcem, / Wrogiem dla Rosji i Unii Europejskiej”) i jej roli w utrzymywaniu skostniałego systemu (…„Durniem, co szuka dziury w całym /W naszym Systemie / Doskonałym”). W pamięci należy mieć poglądy Kukiza na niezależność mediów, wyłożone przez niego na początku albumu w „Dniu czwartego czerwca”.
Oczywiście „Zakazane Piosenki” to album jeszcze z czasów rządów Donalda Tuska i Ewy Kopacz. A jednocześnie była to muzyka przełomu, która podczas wyborów prezydenckich 2015 roku płynnie przeprowadziła nas z rządów PO-PSL do czasów Zjednoczonej Prawicy. Gdy Andrzej Duda rozpoczynał prezydenturę, nie ucichły jeszcze echa kampanii wyborczej. A pośród nich „Zakazane Piosenki” stały się moją pierwszą muzyką anty-PiS.
Hity rewolucji
Przyjąłem, że utwory kojarzone z ruchem anty-PiS wymienię mniej więcej zgodnie z chronologią ich powstania, względnie zdobywania przez nie popularności. Stosownie do tego, jako pierwsze opiszę utwory które zdobyły sobie popularność na wszelkiego rodzaju antyrządowych manifestacjach. Wydaje się to dziwne, ale jest zgodne z chronologią. Uliczny ruch oporu przeciwko rządom PiS zawiązał się już bodaj pod koniec 2015 roku, czyli na mniej niż trzy miesiące po wygranych przez nich wyborach. Od tych pięciu lat mamy w Polsce wysyp protestów środowisk wszelkiej maści. Od górników po uczniowską rebelię w obronie klimatu. Falami demonstracji, które w moim odczuciu zaangażowały największą część społeczeństwa i wywarły największy wpływ na nasze życie polityczne, były te w obronie sądów oraz marsze w obronie praw kobiet. Nie ujmując innym protestującym, którzy nierzadko przez długi czas potrafili na siebie ściągnąć uwagę całego kraju.
Przez pierwsze dwa lata rządów Zjednoczonej Prawicy ruch w obronie sądów zagospodarował Komitet Obrony Demokracji, zawiązany w listopadzie 2015 roku (rząd Beaty Szydło zaprzysiężono 16 listopada). Był on w tym czasie liderem ulicznej opozycji. Wydaje się, że za siłą tego ruchu stał jego pierwszy lider, Mateusz Kijowski. Po jego odejściu w atmosferze skandalu w 2017 roku, KOD stracił dużą część swojego impetu.
Nie powinienem w tym wpisie zagłębiać się w ocenę tego ruchu. Chcę jednak poczynić kilka spostrzeżeń, by uwypuklić mój stosunek do opisywanej rzeczy. Znam wiele wspaniałych osób, zaangażowanych w prace KOD-u do dziś z czysto altruistycznej troski o przyszłość kraju. Niejednokrotnie miałem jednak wrażenie, że osoby z pokolenia pierwszej „Solidarności”, angażowały się w KOD tylko po to, by przeżyć coś jakby w rodzaju drugiej młodości. Tak jak w każdym ruchu masowym, tak i w tym zdarzały się osoby, które traktowały wyjazdy na demonstrację jako formę wycieczki krajoznawczej. Wreszcie znaleźli się tacy, co do których mam silnie umotywowane podejrzenia, że byli związani z jakąś agenturą. Co stwierdzam np. na podstawie czarnej propagandy, szeptanej przez nich późnymi wieczorami po strajku, pod płaszczykiem bycia wiarygodnym źródłem z okolic rządu. Ale też po skali ich zaangażowania (w dowolnym miejscu kraju, dowolnego dnia i nie raz przez wiele tygodni), która wyklucza posiadanie jakiejkolwiek pracy zawodowej, przy jednoczesnym zgrabnym unikaniu zainteresowania własną osobą i kontaktów z mediami. Ci ludzie z czasem odeszli z KOD-u i rychło zawiązali własne stowarzyszenie pod przewrotną nazwą Obywatele RP. Krótko mówiąc, diagnoza KOD-u była słuszna, a intencje lwiej części obrońców były jak najlepsze. Dlaczego więc to nie wyszło? Myślę, że błąd popełniono przy samej organizacji demonstracji, a w ramach niej – w zbyt instrumentalnym traktowaniu muzyki właśnie. Oczywiście wysiłek włożony w tę organizację jest godny podziwu, warto też uszanować te zaplecze merytoryczne które musiało za tym stać. Jednak im mniej demonstracja jest spontaniczna, tym bardziej przypomina ona spektakl. Być może wystawiany dla jakiegoś konkretnego widza.
Demonstracje KOD-u miały to do siebie, że były zawsze perfekcyjnie przygotowane. Protestujących zwożono do stolicy specjalnie w tym celu wyczarterowanymi autokarami. Uczestnik takiej manifestacji nie musiał dla idei poświęcać swojej wygody i tłoczyć się w zapchanym wagonie kolejowym. Nie musiał też się wysilać, by wymyślić jakiś twórczy, ściągający uwagę transparent. Te rozdawano gotowe po przybyciu na miejscu, razem z ciekawymi, okolicznościowymi gadżetami takimi jak przypinki i flagi. Trasę przemarszu koordynował zespół coś jakby na wzór Pokojowego Patrolu. Niejednokrotnie widziałem, jak podczas okupacji któregoś z budynków czy wyjazdów prowadzili oni negocjacje z ochraniającą ją policją, tak jakby licytowano się na ile mogą sobie pozwolić, by nadal uznawano ich protest za pokojowy. W najbardziej gorących momentach instruowali oni siadających na ziemi protestujących o zasadach obywatelskiego nieposłuszeństwa i prawach obywatela przy zatrzymaniu przez policję. No i muzyka. Na marszach KOD-u nie było śpiewu wyrywającego się samoistnie z piersi protestujących. Organizator rozpieścił ich do tego stopnia, że byli już oni na to zbyt leniwi. Pieśni rozlegały się z obwoźnych, wysokich głośników. Były to utwory głównie z lat 80., które tak jak już mówiłem, kojarzyły się przez analogię z ruchem antyPiS. Gdyby manifestacja miała być widowiskiem, to była by całkiem efektowna. Pamiętam, jak przejął mnie utwór „Hej, czy nie wiecie”, rozlegający się zewsząd, gdy pod gmachem parlamentu wielotysięczny tłum bujał się z tasiemcowo długą biało-czerwoną flagą. Na pewno ważnym elementem KOD-owskiego folkloru była okolicznościowa orkiestra obywatelska, która na donośnych instrumentach takich jak bębny i trójkąty wygrywała zagrzewające do walki marsze, rodem z Wielkiej Armii. Musieli być oni naprawdę zaangażowani w swoją sprawę, skoro stawiali się na każdą demonstrację i grali na nich nieprzerwanie przez wiele, wiele godzin. Bardzo późnym wieczorem, gdy starsi wracali już autokarami do swoich miejscowości, atmosfera protestów bardzo się zmieniła. Dopiero wtedy było widać, jak bardzo wielu ludzi młodych brało w nich udział. Szkoda, że nigdy tego nie pokazywano w mediach, podtrzymując zafałszowaną narrację mediów publicznych, że był to ruch wyłącznie emerycki. Młodzi ludzie rozpraszali się na terenie parlamentu na mniejsze grupy. Siadali w kółko, poznawali się. I czasem także – śpiewali. Kilka razy widziałem, jak przygrywali sobie na gitarach niczym na obozie harcerskim i spontanicznie próbowali sklecić jakąś piosenkę. Nie wiem czy kiedykolwiek powstał z tego jakiś spójny tekst, czy kiedykolwiek coś z tego nagrano i wrzucono na YouTube’a. Dla mnie było to doświadczenie pokrewne sztuce teatralnej, która na ogół dedykowana jest do przeżywania tylko w tym konkretnym miejscu i czasie. Nie przytoczę nawet jednego pełnego wersu którejś z tych ulicznych ballad, ale pamiętam np., jak kiedyś jakaś młoda dziewczyna śpiewała wysokim, jakby pretensjonalnie przeciągłym głosem coś o głupotach wygadywanych w telewizji.
Organizator marszów Komitetu Obrony Demokracji dbał o ich widowiskową oprawę muzyczną. Dostrzegał analogię między ustrojem komunistycznym a tym proponowanym przez ZP i jako symbol oporu wykorzystywał dawne przeboje muzyki antykomunistycznej, takie jak „Hej, czy nie wiecie” zespołu Kult z 1987 roku.
Dużą popularność pod Trybunałem Konstytucyjnym, a następnie pod Sądem Najwyższym i Pałacem Prezydenckim zdobył sobie Maciej Maleńczuk ze swoim panoramicznym utworem „Fajnie” z września 2016 roku. Od tamtej pory krakowski skandalista nagrał kilka takich politycznie zabarwionych piosenek. Po śmierci Wojciecha Młynarskiego przypomniał jego dawne szlagiery tego nurtu, czy też może odświeżył je nadając im poprzez teledyski nowy kontekst (np. utwory „Mam zaśpiewać coś o cyrku”). Warto wspomnieć, że Maleńczuk nigdy nie porzucił treści politycznych w swoich utworach. Po prostu wcześniej sytuacja w Polsce nie niepokoiła go na tyle, by miał się nią zajmować, dużo uwagi poświęcił natomiast konfliktowi rosyjsko-ukraińskiemu (utwory „Vladimir”, „Sługi za szlugi”). Były też jakieś przemyślenia dot. sfery obyczajowej („Tęczowa swasta”). Ale gwoli sprawiedliwości, po powrocie do bieżącej polityki utworem „Fajnie” Maleńczuk nie omieszkał też przysolić rządom Platformy Obywatelskiej („Fajni są ci, co kelnerami pomiatali, / co tak ostro grali, a kelnerzy to nagrali. / Fajnie, że to nagranie tak do serca wzięli, / o kraju zapomnieli, umknęli do Brukseli. / Fajnie, że ludzie znowu wyszli na ulice, / nasze te ulice, ale czyje kamienice?”).
Piosenka „Fajnie” Macieja Maleńczuka z 2016 roku jest jednym z pierwszych utworów panoramicznych nt. rządów Zjednoczonej Prawicy, a jednocześnie zdobyła sobie popularność w trakcie ulicznych protestów.
Kulminacją obywatelskiego ruchu oporu przeciwko złym zmianom w sądownictwie były ogólnokrajowe protesty z lipca 2017 roku. Dla mnie osobiście był to jedyny moment, kiedy poczułem, że gospodarzem tego protestu są sami obywatele, a nie jakaś parapolityczna organizacja. I dlatego z sercem się weń zaangażowałem. Swoje wspomnienia z tamtych dni zostawię na kiedy indziej. Trzeba jednak powiedzieć, że wtedy nie było już wesołej muzyczki w tle, nie było miejsca na zwiedzanie Warszawki po spełnionym „obowiązku”. Było natomiast morze ludzie pod Pałacem Prezydenckim i ogromna stanowczość w wykrzykiwanym żądaniu: „Chcemy veta!”. Miałem wrażenie, że powtarza się tu ta sama sytuacja, która miała miejsce w grudniu 1970 roku pod gmachem Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Z tą różnicą, że wtedy żądaniem było „Chcemy chleba!”, no i był to oczywiście Gdańsk. Momentem, w którym uświadomiłem sobie, że nasz protest naprawdę jest żywiołowym wyrazem woli ludu, było spontaniczne przejście tłumu spod Pałacu Prezydenckiego na ulicę Wiejską. W tamtym momencie poczułem, że ma to nie mniej rewolucyjny potencjał niż przemarsz powstańców przed zdobyciem arsenału w 1830 roku. Myślę, że wtedy, podczas tego przemarszu, powinny zostać odśpiewane „Mury” Jacka Kaczmarskiego albo refren „Psalmu stojących w kolejce” Krystyny Prońko. Podnoszono jednak wtedy same okrzyki („Chodźcie z nami”), żadnych pieśni. Jak już doszliśmy pod Sejm, potrwało to z dobrą godzinę, zanim koordynatorzy protestu zdecydowali co dalej zrobić z tą masą i energią. Niektórzy z nich chodzili między nami, zapewniając, że za chwilę zapadnie decyzja o otoczeniu parlamentu żywym łańcuchem. Pamiętam jak wtedy, zagrzewając się do walki przed dalszymi wydarzeniami, grupa młodych ludzi odzianych w biało-czerwone sukna zebrała się w kółku i śpiewała starą, zapomnianą pieśń: „Gdy naród do boju”. Nie tylko ja musiałem mieć wówczas rewolucyjne skojarzenia w głowie.
W lipcu 2017 roku protestujący pod parlamentem mieli iście rewolucyjne skojarzenie, w tym także te muzyczne. Tu hymn „Gdy naród do boju” z II ćwierci XIX wieku, kojarzony jako pieśń ruchów chłopskich, a później zawłaszczona przez socjalistów. Byłem świadkiem odśpiewania tego hymnu owego pamiętnego lipca pod Sejmem.
Zdecydowanie największym hitem rewolucji była piosenka: „Kocham wolność!” zespołu Chłopcy z Placu Broni, napisana przez lidera grupy Bogdana Łyszkiewicza w 1990 roku. Hit rewolucji – dokładnie tak określił ją Skiba w reportażu telewizji TVN24, poświęconym właśnie niezwykłej wówczas popularności tej piosenki. Fakt, że nagrano na ten temat cały reportaż dowodzi, jak wielkie ten utwór miał wtedy dla nas znaczenie. Gdy grupa osób protestujących we Włocławku przeszła spod gmachu Sądu Rejonowego pod biuro poselskie jednej z posłanek PiS, nawoływała do biernej młodzieży o przyłączenie się do demonstracji. Jeden z chłopaków stojących przy swoim aucie wyraził solidarność z naszym ruchem poprzez puszczenie z głośników tej właśnie piosenki. Na pytanie, dlaczego to właśnie „Kocham wolność!” stało się symbolem tego ruchu, Skiba odpowiedział, że nikt tego nie wie – gdyby istniała jakaś receptura na stworzenie przeboju to każdy by z niej korzystał i nagrywałby hity. Skoro więc Skiba tego nie wiedział, to ja też nie będę się nad tym głowił. Może chodziło tu o te proste, a jednocześnie doskonale adekwatne do sytuacji słowa. W końcu ta piosenka jest jakby o lęku przed utratą tej kruchej, dopiero co odzyskanej wolności, też o szacunku wobec tego daru, wcale nie oczywistego. Może miała też na to wpływ jakaś legenda Bogdana Łyszkiewicza. Dość, że właśnie ten utwór stał się najbardziej reprezentatywny dla całego ruchu antyPiS. Dowody tego można znaleźć chociażby w tym, że piosenka ta często stanowiła tło dla późniejszych wystąpień chociażby Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i Rafała Trzaskowskiego w kampanii prezydenckiej 2020 roku.
Hit rewolucji – tak nazwał ten utwór Skiba w reportażu stacji TVN24 z lipca 2017 roku. Piosenka „Kocham wolność” zespołu Chłopcy z Placu Broni z 1990 roku stała się absolutnym symbolem ruchu antyPiS.
Według mojej obserwacji, z Czarnymi Protestami z lat 2016-17 nie był kojarzony żaden konkretny utwór. Brałem udział w tego typu manifestacjach w rodzinnym Włocławku oraz dwukrotnie w Warszawie. Marsze te nie były organizowane przez Komitet Obrony Demokracji i nie odznaczały się tak wysokim stopniem organizacji. Może w zamyśle ich organizatorów miały być one właśnie bardziej spontaniczne, ich atmosfera miała być bardziej nerwowa. Nieco innym klimatem odznaczała się manifestacja Czarnych Parasolek z 8 marca 2017 roku w Warszawie, zwołana z okazji Dnia Kobiet. Nie była ona zwołana doraźnie przeciwko żadnemu omawianemu projektowi, lecz jakby ku przestrodze dla rządzących, że każda kolejna taka próba spotka się z równie silnym oporem społecznym co w ubiegłym roku. Nie było w niej tyle oburzenia, pozwolono sobie na większy dystans. Kulminacyjnym punktem manifestacji był koncert piosenkarki Kayah na Placu Konstytucji. Podobnie jak inicjatorka ruchu w Polsce, aktorka Krystyna Janda, Kayah uchodzi za kobietę bardzo silną i niezależną, dlatego w sposób naturalny mogła stać się jednym z symboli tego ruchu. Zaśpiewany tego dnia na Placu Konstytucji „Testosteron” stał się wtedy symbolem ruchu Czarnych Parasolek. Nawiązuje on do kobiecej siły i niezależnej zarówno swoim tekstem, jak i poprzez osobowość jego wykonawczyni.
Poniewczasie, ale na swój hymn Czarne Parasolki obrały „Testosteron” Kayah, który był wielkim przebojem w 2003 roku.
Była ulica, a co z zagranicą?
Ówczesny styl uprawiania polityki przez opozycję PiS określało mianem „ulica i zagranica”. W ich ustach miało to wydźwięk negatywny, „ulica” oznaczała tu polityczne awanturnictwo, zaś „zagranica” miała oznaczać donosicielstwo, jeśli nie kolaborację z obcym państwem (te określenie konotuje, że jakobyśmy byli pod jakąś okupacją, a PiS był czymś w rodzaju państwa podziemnego). Dużo słów poświęciłem muzyce „ulicy”, ale warto wspomnieć, że i „zagranica” miała swój wkład w rozwój tego nurtu. Na początku 2016 roku w niemieckiej telewizji regionalnej Norddeutscher Rundfunk (NDR) ukazała się krótka piosenka nagrana w konwencji kabaretowej „Ein Lied für Polen” („Piosenka dla Polski”). Opisuje ona ówczesną sytuację polityczną w Polsce, zwłaszcza wokół zmian personalnych w Trybunie Konstytucyjnym i reform sądownictwa. Tekstowi piosenki wtóruje zabawna animacja, na której możemy zobaczyć np. Jarosława Kaczyńskiego tańczącego na stole i wykopującego ze stołków kolejnych sędziów TK. Uproszczony opis odpowiada poziomowi rozumienia tej sytuacji przez przeciętnego Niemca. Zwracam jednak uwagę, że i tak jest on bardzo konkretny. Szczególnie zwraca uwagę to, że w Niemczech i szerzej mówiąc na Zachodzie często porównuje się nas do Węgier. Nam te podobieństwo umyka, lub też celowo się je tuszuje. Może sugerowanie, że bylibyśmy jedynie naśladowcami postawy Victora Orbana godzi w naszą dumę narodową. Wszak my zawsze jesteśmy we wszystkim pierwsi. A może lepiej nie zwracać uwagi na podobieństwo do kogoś, kto „flirtuje” z Władimirem Putinem. Jednocześnie piosenka jest dość krótka, bo Niemcy wcale tak bardzo tą sytuacją w Polsce się nie interesują.
„Ein Lied für Polen”, piosenka kabaretowa niemieckiej stacji NDR z 2016 roku, która to miała zdestabilizować sytuację w naszym kraju.
Fakt pojawienia się tej piosenki w niemieckiej telewizji był szeroko omawiany w polskich mediach, zwłaszcza prawicowych. Doszukiwano się w tym obelgi i ingerowania w wewnętrzne sprawy Polski. Sam w pierwszym odruchu tak zareagowałem („Biją mnie Niemcy!”).
Ale jak tak się zastanowić, to właściwie w jaki sposób taki krótki utwór miałby wpłynąć na sytuację w Polsce. A że jest on obraźliwy – każdy ma prawo do wyrażenia swojej negatywnej opinii na temat sytuacji w danym kraju, szczególnie w sposób prześmiewczy, kabaretowy. Taki rodzaj geopolitycznego dowcipu uprawia dziesiątki komików w Polsce i za granicą. Zobaczcie, ile utworów Putinowi czy Angeli Merkel poświęcił Słowak Klemens Slakonja. Ta sama stacja NDR nagrała podobną piosenkę nt. dokonującego na sobie auto-puczu Recep’ie Tayyip Erdoğanie, nie tak dawno temu pokazała w jednym szeregu m.in. Donalda Trumpa, Władimira Putina i Jaira Bolsonaro w piosence pod nazwą „Du bist Populist”. Może więc władza w Polsce boi się kabaretu samego w sobie, a nie tego, że jest on nagrywany poza granicami kraju.
A tu inny przykład kabaretowej piosenki rodem z niemieckiej telewizji regionalnej, „Du bist Populist” z 2020 roku. W tym wypadku ingeruje ona w wewnętrzne sprawy Rosji, Stanów Zjednoczonych i Brazylii.
Przeboje drugiego antyPiSu – od „Fajnie” Maleńczuka do „bólu” Kazika
Z czasem w Polsce zaczęły powstawać utwory studyjne, nawiązujące do niecodziennej sytuacji politycznej kraju, w której to jesteśmy zawieszeni już od lat pięciu. Niekiedy można się w tym dopatrywać chęci łatwego zysku, komercjalizacji tematu. Myślę, że wyznacznikiem, na ile utwór jest szczery, jest po prostu jego odkrywczość. Kiedy już któryś-nasty muzyk pisze piosenkę o tym, jak to nasz kraj jest podzielony, robi się to po prostu nudne i odtwórcze. Ale ja nie chcę tu nikogo wytykać palcami. Z drugiej strony, uporczywe pomijanie tego tematu również byłoby nieszczere. Nie da się ukryć, że ta władza bardzo mocno zdominowała nasze życie, regulując zresztą jego niemal każdy aspekt, nawet ten najbardziej intymny. Nie da się całkowicie oderwać twórczości od kontekstu, w jakim żyjemy. Dlatego w różnych utworach wychwytujemy niekiedy subtelne nawiązania do tematu, jak choćby w „Szubienicapestycydybroń” Quebonafide, w którym to mówi on o „małym dziwnym pośle”.
W utworze „Szubienicapestycydybroń” z 2020 roku, Quebonafide mimochodem wspomina o „małym, dziwnym pośle”. Nie możemy się bowiem być całkowicie oderwani od tego, co wokół nas się dzieje.
Zdecydowanie prym w tym nurcie wiodą starzy wyjadacze, artyści, którzy są na rynku muzycznym już od ponad dwudziestu, trzydziestu lat. Do tematyki politycznej często wracają ci, których opisałem w I części eseju jako twórców muzyki antysystemowej. Wspomniałem już wyżej Macieja Maleńczuka, którego świeże utwory przeniknęły pod Pałac Prezydencki. Nie będę się powtarzał, ale warto podkreślić, że „Fajnie” było na pewno jednym z pierwszym utworów studyjnych drugiego antyPiSu.
Spośród wielu piosenek nawiązujących swoją tematyką do antyPiSu, moją uwagę przykuł utwór „Ali Baba” zespołu punkrockowego Farben Lehre z albumu pt. „Stacja wolność” z 2018 roku. Teledysk do utwory zadebiutował na kanale YouTube 20 lutego 2019 roku. Piosenka opowiada o czymś, co osobiście postrzegam jako jeden z głównych grzechów Polaków, na którym żeruje PiS. O przeświadczeniu, że nam się coś po prostu należy. Że pieniądze, mieszkania, wakacje itd. biorą się znikąd, a nie z pracy. O tym, jak niszczy to w nas jakąkolwiek ambicję, zarówno na poziomie osobistym jak i szerszym, ogólnonarodowym, musiałbym napisać osobny esej. A najlepiej całe studium psychologiczne. Najlepiej zobrazowało to same TVP Info, relacjonując spotkanie wyborcze prezydenta Andrzeja Dudy w Łowiczu w lutym tego roku. Wiem, że pewnie była to tzw. ustawka, ale nie zmienia to faktu, że siła oddziaływania tego obrazu była ogromna. Do Pana Prezydenta podszedł wówczas pewien mężczyzna i wyznał, że gdyby nie rządowy program 500 plus to jego dzieci nigdy nie mogłyby iść na studia, roniąc przy tym rzewne łzy. Wyuczona bezradność. Gdyby ktoś nie dał mu pieniędzy do ręki, to on sam nie podjąłby żadnych starań, by zapewnić dzieciom możliwość studiowania. A te dzieci, które idąc na studia muszą mieć przecież przynajmniej od 18 do 20 lat, czyli innymi słowy są już dorosłe, także nie są już w stanie zrobić czegokolwiek samodzielnie. Myślę, że będę ten obraz jeszcze nie raz przywoływał, bo mną naprawdę to wstrząsnęło. A Farben Lehre śpiewa o tym tak m.in. tak: „Głupi się do sera śmieje, kogut o poranku pieje / Sezam sam się otwiera, klakier głaszcze Gargamela / Na nic żale i smutki, nalej wreszcie mi wódki / Hipokryci u steru, idą po trupach do celu” i „Hej abrakadabra – srebrników bez liku / Ali Baba i czterdziestu rozbójników / Hej abrakadabra – nie wiem co się dzieje / bo z próżnego i Salomon nie naleje”.
„Ali baba” zespołu Farben Lehre z albumu „Stacja wolność” z 2018 roku. „Sezam sam się otwiera”, a „klakier głaszcze gargamela”, czyli piosenka o tym, jak to wszystko w Polsce stanęło na głowie.
Treści polityczne można odnaleźć w tekstach jak i w teledyskach grupy Coma, znanej dotąd z nieco psychodelicznego rocka (np. „Odwołane” z albumu „Metal Ballads vol. 1”, październik 2017 r.). Nie tak dawno temu piosenkę o podziale polskiego społeczeństwa nagrał Tomasz Organek, dotąd kojarzony raczej jako twórca muzyki rockowej z dowcipem („Pogo”, premiera na YT 16 lipca 2020 roku). Wielkim przebojem muzyki antyPiS był z pewnością „Twój ból jest lepszy niż mój” z maja 2020 roku. Wyszedł on spod ręki mistrza i weterana nurtu, Kazika Staszewskiego. Myślę, że był to utwór przełomowy, nie tylko za sprawą afery jaka później wokół niego narosła w radiowej trójce. Udało mu się bowiem ośmieszyć PiS nawet w oczach tych, którzy dotąd starali się ich tłumaczyć. Niestety pokazał też przy tym, że tą tematyką można nagrać niezwykle popularny przebój. Mówię o tym niestety, bo na pewno postara się to wykorzystać wielu żądnych popularności autorów.
Już sam teledysk do utworu „Odwołane” grupy Coma z 2017 roku wiele mówi nam o współczesnym społeczeństwie polskim.
W niniejszym wpisie nie mogło oczywiście zabraknąć utworu „Twój ból jest lepszy niż mój” Kazika z maja 2020 roku, który to wyniósł nurt polityczny polskiej muzyki na wyżyny popularności.
O podziale polskiego społeczeństwa koniecznie chciał też nam opowiedzieć Tomasz Organek w piosence „Pogo” z lipca 2020 roku.
Do antyPiSu przyznaje się też gro muzyków, którzy nie mają przy tym ambicji nagrywania na ten temat piosenek. Pamiętam, jak mówił o tym chociażby Aleksander Klepacz, lider zespołu Formacja Nieżywych Schabuff, podczas koncertu dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy we Włocławku w 2016 roku. Zespół ten od lat nie nagrywa niczego nowego, a jednocześnie pozostaje aktywny w sferze koncertowej.
„Polskie Tango” Hemingwaya, czyli o tym jak ugrzęźliśmy w błocie
Kiedy wpadłem na pomysł napisania tego eseju, Polska żyła jeszcze „Bólem” Kazika. Natomiast kilka miesięcy później stało się coś według mnie o wiele ważniejszego. Wybuch nastąpił ze strony kogoś, kto do tej pory zarzekał się, że nie będzie poruszał tematów politycznych. Kogoś młodego, nieobarczonego żadną legendą z czasów komunizmu czy transformacji. I przede wszystkim był to wybuch złości, a nie komizmu czy ironii. Bo i sytuacja jest taka, że tu już nie ma się co śmiać.
„Polskie Tango” Taco Hemingwaya zadebiutowało na serwisie YouTube 10 lipca 2020 roku, tuż przez nastaniem ciszy przed drugą turą drugich wyborów prezydenckich tego roku. Jak się później okazało, miało to też swój walor promocyjny. Padające w tekście „Jarmark i Europa” okazały się być tytułami dwóch nowych albumów rapera-filozofa. Jest to w zasadzie protest song. Podobnie jak „Fajnie” Maleńczuka, jest to utwór panoramiczny, wymieniający wszystkie grzechy główne rządów PiS. Powiem nawet więcej – są to już nie tyle grzechy samej władzy, co wytworzonego przez nią społeczeństwa. W przeciwieństwie do bodaj wszystkich wymienionych przeze mnie wyżej utwór, Taco w swojej analizie sięga głębiej. I słusznie, bo i popularność PiSu ma swoje korzenie głębiej niż tylko w tym, co działo się w ostatnich latach. Osiem gwiazdek, które wyłaniają się zza kolażu zdjęć nad koniec klipu, są jedynie zwieńczeniem opowieści, która swój początek bierze w latach 90. Przytłaczająca muzyka w tle w połączeniu z ciągnącą się na przestrzeni lat narracją wywołuje we mnie wrażenie powolnego pogrążania się w bagnie. Uciekające w pośpiechu frazy obrazują paranoiczną atmosferę polskiego społeczeństwa. Głos Taco rozbrzmiewa echem, jakby wygłaszał apel stojąc gdzieś pośrodku blokowiska, do ludzi chowających się wiecznie za firankami. Tytuł utworu nawiązuje oczywiście do sławnego „Tanga” Sławomira Mrożka. Swoją drogą to podnoszące na duchu, że w sztafecie pokoleń kolejna generacja chwyciła w dłoń pałeczkę naszej kultury, i nie pobiegła dalej sama, gdyż wtedy uczyniłaby z nas kulturalnych bezpaństwowców.
„Polskie Tango” Taco Hemingwaya, które zadebiutowało na dwa dni przed drugą turą wyborów prezydenckich 2020 roku, jest według mnie najbardziej gorzkim, a jednocześnie najbardziej szczerym i pełnym jak dotąd obrazem Polski pod rządami Zjednoczonej Prawicy.
To jakie są te grzechy główne polskiego społeczeństwa? „Polskie Tango” jest jak jak film „Scarface”. Każde zdanie jakie w nim pada jest gotowym cytatem. Musiałbym przykleić tu tekst utworu w całości, zamiast tego wystarczy go sobie przesłuchać samemu. W mojej ocenie, na ten moment w sztuce nie ma lepszego odzwierciedlenia miejsca, w którym jako Polacy się znaleźliśmy.
Każdy zwolennik partii rządzącej już na wstępie obruszy się na tę niefortunną nazwę. I słusznie, bo sugeruje ona, że muzyka ta wymierzona jest przeciwko partii samej w sobie. W rzeczywistości jest ona wymierzona w autorytarny system polityczny, który partia Prawo i Sprawiedliwość w Polsce instaluje. Problem w tym, że jak dotąd jeszcze nikt tego systemu nie nazwał. Oni sami mówią o sobie „Dobra Zmiana”. To nie nadaje się jednak na nazwę systemu politycznego. Z uwagi na wartościujący przymiotnik „dobry”, a poza tym rzeczownik „zmiana” musiałby zawsze wymagać określenia, w stosunku do czego ona nastąpiła. Kiedyś mówiło się na to IV RP. Choć ściśle mówiąc byłoby to określenie państwa, a nie jego ustroju. Jeszcze bardziej niefortunne byłoby określenie „kaczyzm”. Wtedy „antykaczyzm” sugerowałby wrogość do samej osoby. Może system polityczny Jarosława Kaczyńskiego po prostu nie zasługuje na własną nazwę, bo jest on tak naprawdę kalką czy też mieszaniną innych systemów autorytarnych. W każdym razie, z braku lepszego określenia, na razie musi zostać „antyPiS”.
Z uwagi na obszerność tematyki, podzieliłem ten esej na dwie części. W części pierwszej opiszę to wszystko, co było przed właściwą muzyką antyPiS-u, czyli jej korzenie w muzyce antysystemowej. Właściwe przeboje tego nurtu wymienię dopiero w drugiej części wpisu.
Gwoli sprawiedliwości, istnieje też coś takiego jak muzyka PiS, chociaż nikt oficjalnie pod tą nazwą się nie podpisuje. Będąc uczciwym przed samym sobą, przyznaję, że zajmuję się muzyką antyPiS-u głównie na skutek własnych przekonań politycznych. Po za tym uważam, że muzyka PiS-u nie jest tak ciekawa jak ta jej przeciwna. W mojej ocenie „Dobra Zmiana” jest kontrrewolucją w stosunku do demokratycznej transformacji ustrojowej z lat 90. Muzyka PiS-u, jako kulturowa emanacja tej kontrrewolucji, stanowi kontrkulturę w stosunku do kultury dominującej. Jako taka jest w stosunku do niej wtórna. To, co wtórne uchodzi za mniej ciekawe. Fakt, że ideologia PiS-u zdobywa sobie pozycję kultury o największym zasięgu, nie zmienia tego, że nadal jest tylko kontrkulturą, nastawioną przeciwko czemuś i nie tworzącą własnych wartości. Żeby zostawić ten wątek za sobą przed przystąpieniem do właściwiej treści eseju, wymienię gwoli uczciwości kilka przykładów tego nurtu. Właściwie nie powinienem tego robić, ale nie planuję już nigdy później wracać do tego tematu, dlatego chcę wykorzystać okazję.
Muzyka PiS-u: ballady, hip-hop i pieśni hymniczne
Ten nazwijmy to podgatunek reprezentują przede wszystkim autorzy ballad, takich trochę w harcerskim stylu. Są to pieśni wybitnie patriotyczne, jednak wplątane są w nie treści ksenofobiczne, homofobiczne, islamofobiczne i tym podobne. Zawsze uważałem, że głos Lecha Makowieckiego jest darem od Boga. Jest silny, ale też ciepły. Już samą swoją barwą dodaje otuchy. Zanim po raz pierwszy zobaczyłem jak on wygląda, wyobrażałem go sobie na podstawie głosu zupełnie inaczej, jako młodego, rycerskiego mężczyznę. A jednak razi mnie to i zabiera przyjemność ze słuchania, gdy obok patriotycznych wezwań i pełnych dumy nawiązań do naszej historii, słyszę takie frazy jak: „Przetrwaliśmy czas rozbiorów i brunatne zło / Komunistów i lewaków, genderowe dno / Od dżihadu ocalimy świat kolejny raz / Tylko panie miej w opiece nas” (fragment utworu „966”, tekst aut. Lecha Makowieckiego). Wyrazem „lewak” określa się każdą osobę o nieprawicowych poglądach. Niesie ona ze sobą negatywne konotacje, dlatego odgórnie dyskryminuje wszystkie osoby o lewicowych poglądach. Dyscyplina naukowa jaką są studia gender mają na celu opisanie i poszerzenie zastanego stanu wiedzy na temat ludzkiej płci kulturowej. Opisanie faktów istniejących od nas niezależnie, po prostu. W tym zdaniu autor tekstu przychyla się do fałszywego twierdzenia, jakoby studia gender miały być jakąś ideologią (płeć kulturowa jest faktem istniejącym niezależnie od przyjętego światopoglądu, my możemy co najwyżej nie akceptować osób o płci kulturowej odmiennej od normalnej), a nawet zrównuje ją z totalitarnymi systemami XX wieku. Wreszcie podnosi się rangę walki z marginalną wśród muzułmanów grupą dżihadystów do czegoś w rodzaju religijnej wojny światów, która po prostu nie ma miejsca. W innym utworze pt. „Zostaję!”, do którego tekst także napisał sam Makowiecki, śpiewa on m. in.: „…Tam sierp dżihadu gardła skroi (…) Krzyż półksiężyca się nie boi.” i „…Gdy Zachód przed Islamem klęka (…) Ja mam swą Wiarę, ja się nie lękam!…” Zrównywanie wszystkich muzułmanów do dżihadystów jest przejawem islamofobii. Sugeruje się w ten sposób, że religia muzułmańska jest zła sama w sobie. Tymczasem wrogie intencje ma jedynie marginalna część wyznawców islamu. Lech Makowiecki wywyższa własną religię kosztem drugiej i w swoich utworach próbuje je ze sobą skonfliktować. Jeszcze inną kwestię stanowią nawiązania do potencjalnego zamachu w Smoleńsku („… Spadają z nieba samoloty (…) Świat musi poznać prawdę o tym…”; fragment utworu „Zostaję”). Osobiście uważam, że nie należy uznaniowo wykluczać żadnej hipotezy. Wszelkie niejasności należy wyjaśniać, choć być może są one umyślnie generowane w celu wywołania podziału. Natomiast sprowadzanie wyjaśnienia przyczyn katastrofy w Smoleńsku do kwestii „wiary” lub „niewiary” w zamach jest absurdem. Z drugiej strony, nie zauważam też jakiegoś szczególnego zaangażowania po stronie PiS-u, by forsować tezę o zamachu na siłę. Niemniej dużo osób „wierzy” w zamach w Smoleńsku. Wiele z nich uważa, że tego oczekują od nich ich autorytety. Myślę, że właśnie takie pobudki kierują panem Lechem Makowieckim, by wplątywać tego typu frazy do swoich tekstów. Czy on sam jest świadomy, że jego muzyka prezentuje treści ideologiczne konkretnej partii politycznej? Kiedyś widziałem jego koncert bodajże przed główną częścią obchodów jakiejś ważnej miesięcznicy katastrofy w Smoleńsku, chyba była to siódma rocznica w 2017 roku. Teraz czytam w internecie, że uświetnił on swoją osobą także kolejne dwie rocznice. Myślę, że artysta występujący podczas obchodów rocznicy tak bardzo zawłaszczonej przez jedno ugrupowanie, opowiada się po jego stronie całkiem świadomie.
Teledysk do utworu „Zostaję!” aut. Lecha Makowieckiego, pochodzącego z płyty zespołu Zayazd „Ja jestem twój dom” z 2015 roku.
Muzyką PiS-u można nazwać też twórczość niektórych raperów, kojarzonych ze środowiskami szowinistycznymi. Oni sami nazywają siebie nacjonalistami, jednak według mnie popełniają nadużycie. Wystarczy zapoznać się z definicjami tych dwóch pojęć by przekonać się, że nacjonalizm nie mieści w sobie wrogości wobec innych narodów. Hasła typu „Śmierć wrogom ojczyzny” są w sposób oczywisty szowinistyczne. Nawiasem mówiąc uważam, że robią krzywdę ideom nacjonalistycznym. Dziennikarze i politycy (zwłaszcza prawicowi, którzy mają w tym interes) skrupulatnie podtrzymują te nieporozumienie, zrównywając nacjonalizm z szowinizmem i tym samym go dewaluując. Wracając do tematu, szowinistyczny hip-hop kojarzony jest głównie jako tło corocznych Marszów Niepodległości (bądź jego bojówkarskiej części) organizowanych przez środowiska związane z Obozem Narodowo-Radykalnym. Był on jednak też wykorzystywany jako tło manifestacji poparcia dla PiS-u w czasach, gdy było jeszcze ono partią opozycją. Opiszę najważniejsze założenia nurtu na przykładzie twórczości rapera Ptaku. Podgatunek ten wyróżnia się treściami m.in. szowinistycznymi, faszystowskimi i judeofobicznymi („Nie lewica, nie prawica – narodowy-radykalizm! / Frustracja lewacka liczona w adolfach! / Towarzyszu Szechter, za zdradę w Magdalence / Nie zamknie mi ust żaden lewak czy Wyborcza!”, fragment utworu „Zdrada w Magdalence”), ale też wymierzonymi wprost w środowiska nieprzychylne prawicy (np. jeden z utworów Ptaku nosi nazwę „Spłoną wozy TVNu”). Są w nim także treści antyglobalistyczne („Niepodległość Kosowa może uznać ONZ, / Unia Europejska i Bóg wie kto jeszcze, / Nic nie zmieni faktów: od zarania dziejów, / Śląsk jest Polski a Kosowo jest Serbskie.”, fragment utworu „Kosowo jest serbskie”). Wiele uwagi poświęca się retoryce antysystemowej („Nic się zmienia, bo nikt się nie zmienił / Niesioł, Tusk, Pawlak i towarzysz Miller / Gronkiewicz, Kaczyński, Kwaśniewski, Wałęsa / Od dwudziestu trzech lat na nasz koszt żyją!”, fragment utworu „Zdrada w Magdalence”). Co prawda [Lech] Kaczyński został nawet uczciwie wymieniony pośród innych uczestników rozmów w Magdalence, jednak antysystemowość tego środowiska wydaje mi się być wybiórcza. Utwór ten został nagrany jednak przed 2015 rokiem i myślę, że gdyby Ptaku przewidział, że PiS zawrze z jego środowiskiem sojusz, to by tego nazwiska drugi raz nie wymówił. Nie jest to z mojej strony opinia o całej Konfederacji. Wiem, że tworzą ją także uczciwie antysystemowe, libertyńskie środowiska. Jednak ta jej część tworzona przez ONR wydaje mi się być zbyt bliska partii PiS, by nie zawrzeć z nią sojuszu. Wreszcie można znaleźć w tym wiele nawiązań do historii, które w pozytywnym świetle ukazują środowiska skrajnej prawicy a potępiają ich wrogów, zarówno tych z przeszłości jak sanacja („Zamach zawsze jest pretekstem, Pieracki musiał zginąć, / Razwiedka wojskowa, dogadana z Sanacją (…)”, fragment utworu „Bereza Kartuska”) jak i obecnych, czyli polskie partie lewicowe („Gwiazdy czerwone Gwardii Ludowej: / Od PPS-u po Ruch Palicioty! / Zamazać ich pamięć! Powiesić na drzewach! / Zarżnąć, zakopać czerwoną hołotę!”, fragment utworu „Zdrada w Magdalence”). Oczywiście, nie jest to muzyka sensu stricto popierająca ideologię PiS-u, ale tak długo jak partia rządząca posługuje się retoryką skrajnej prawicy i realizuje jej postulaty, tak będzie ona działała na jej korzyść.
Utwór „Zdrada w Magdalence” aut. rapera Ptaku z 2014 roku.
Na koniec wątku dodam, że pieśnią, którą ja osobiście kojarzę ze środowiskiem PiS-u jest „Żeby Polska była Polską”, napisana i zaśpiewana przez Jana Pietrzaka. Po części dlatego, że pan Jan Pietrzak z obecną władzą otwarcie sympatyzuje. Przymykam na to oko, traktując to jako naiwność wielkiego poety. Tradycyjnie piosenka była odtwarzana po zakończeniu każdej z miesięcznic smoleńskich w Warszawie. Wyobraźcie sobie bojowe okrzyki dwóch nienawistnych sobie tłumów, zmieszane z odgłosami policyjnych syren, w tle których gra patetyczna muzyka, a jakiś głos cicho śpiewa: „Hen, od Piasta, Kraka, Lecha / Długi łańcuch ludzkich istnień / Połączonych myślą prostą: / Żeby Polska, żeby Polska / Żeby Polska była Polską!”. Wywoływało to na mnie ogromne wrażenie. Tak głęboko smutne, że aż piękne.
Pieśń hymniczna „Żeby Polska była Polską” w wykonaniu jej autora Jana Pietrzaka podczas obchodów 25-lecia powstania NSZZ „Solidarność” w 2005 roku. Utwór został napisany w 1976 roku, a muzykę do niego skomponował Włodzimierz Korcz.
Prolog: Defekt Mózgu – Pisiory na wybory
Pierwszy utwór, który jawnie występuje przeciwko „pisiorom” w polskiej polityce to „Pisiory na wybory” punkowego zespołu Defekt Mózgu. Piosenka przeszłaby bez echa, gdyby nie fakt, że… pojawiła się na osiem lat przed powstaniem partii Prawo i Sprawiedliwość. Pojawiła się po raz pierwszy na albumie pt. „Zjednoczona Europa” z 1993 roku. Pod nagraniem na portalu YouTube można znaleźć świeże komentarze, w których wysuwa się hipotezę, jakoby autor tekstu miał posiadać zdolności jasnowidzenia. Inne wytłumaczenie mówi o tym, że muzycy wykorzystali domniemane załamanie się czasoprzestrzeni i odwiedzili czasy dzisiejsze, po czym wrócili do lat 90. by nagrać o tym piosenkę. Podejrzewam, że dużo osób zwróciło uwagę na ten utwór po śmierci lidera grupy Tomasza Wojnara w 2018 roku. Tak było w moim przypadku. Zgodnie z estetyką punkową, utwór jest mocno wulgarny i pełen buntowniczych haseł. Opowiada o grupie polityków, tak zwanych „pisiorów”, którzy budują swoją władze na kłamstwie („Pisiory do nich staną znów / by w chuja robić nas”). Na ich czele stoi żądny władzy „mały chujek”, który „pragnie znów na Wiejskiej sobie stać”. Dla osiągnięcia celu stosuje liczne manipulacje („Nie wiem czego od nas chce / kutasów partia ta / bo nie obchodzi przecież nas / ich pojebana gra”). Utwór można nazwać protest songiem, gdyż wielokrotnie pojawiają się w niej apele, by nie ufać przedstawicielom tej partii („Kłamstwa płyną z waszych ust / nie nabierzecie nas”), a nawet odsunąć ich od władzy („Kondomy włóżmy na nie już / bo obgryzają głupotami nas”).
Utwór „Pisiory na wybory” punkowej grupy Defekt Mózgu z 1993 roku.
Pozytywista powie, że wszystko to można przecież racjonalnie wytłumaczyć. Przed 2001 rokiem wyraz „pisior” nie mógł kojarzyć się z partią PiS. Jak każda wulgarna nazwa męskiego przyrodzenia był używany jako obelga – tak samo jak wymieniony wyżej „chujek”, ale też „kutas”, „fiut” i inne. W piosence mówi się co prawda o partii w liczbie pojedynczej, nie wskazuje się jednak przy tym żadnej konkretnej. Najprawdopodobniej protest był wymierzony w całą ówczesną klasę polityczną, która nie potrafiła zneutralizować krzywd wyrządzanych ludności w procesie transformacji ustrojowej. Bardziej niepokojąca może wydawać się zwrotka mówiąca o małym „chujku”, który chce ZNÓW wrócić na Wiejską i niepodzielnie rządzić. Według zwolenników teorii spiskowej w sposób jednoznaczny wskazuje to na partię Prawo i Sprawiedliwość, która jako jedyna w historii Polski powróciła do władzy po przerwie od jej sprawowania. Analogicznie do wyrazu „pisior”, „mały chujek” może być obelgą kierowaną w zasadzie do każdego, nie tylko do osób niskiego wzrostu. Piosenka opowiada o konkretnym wydarzeniu jakim są wybory (jeśli wziąć pod uwagę datę wydania płyty, to można przyjąć, że są to wybory parlamentarne z 1993 roku). Dla Defektu Mózgu, takim „chujkiem” jest każdy parlamentarzysta, który zasiadał już w sejmie I kadencji lat 1991-1993. W 1993 roku poziom zniechęcania wobec klasy politycznej był w Polsce bardzo wysoki. Utwór jest apelem, by nie wybierać znowu tych, którzy w ostatnich latach prowadzili niekorzystną dla ludzi politykę gospodarczą. W dużej mierze tak właśnie się stało, bo mówi się, że w wyniku wyborów parlamentarnych z 1993 roku na cztery lata zniknęła z polskiego sejmu prawica – w tym także ówczesna partia Jarosława Kaczyńskiego, Porozumienie Centrum z nim samym na czele. Tyle pozytywiści. Romantycy bowiem i tak wolą wierzyć, że Tomaszowi Wojnarowi i jego ekipie naprawdę udało się dokonać podróży w czasie.
Muzyka antysystemowa
Muzyka antyPiS wywodzi się z szerszego nurtu jakim jest muzyka antysystemowa III RP. Można dyskutować, czy jest ona nadal tylko częścią tego nurtu, czy też stanowi już całkiem nowy podgatunek. Innymi słowy, czy PiS nadal funkcjonuje jako element systemu politycznego III RP, czy też wyszedł z niego i stanowi fundament jakiegoś nowego ustroju, nazwijmy to IV RP. Właściwa muzyka antysystemowa nie powinna odnosić się do żadnych konkretnych rządów, choć może zawierać aluzje do konkretnych wydarzeń. Zwłaszcza takich, które ośmieszają klasę polityczną jako całość. Dlatego utwory antysystemowe nawet sprzed przeszło dwudziestu lat możemy odnosić także do dzisiejszych rządów. Jak pokażę później na kilku przykładach, twórcy tego nurtu aktywni są podczas każdych kolejnych rządów aż do dziś. Ponieważ nie jest to ściśle związane z tematem eseju, pozwolę sobie jedynie pokrótce wymienić kilku moich ulubionych twórców muzyki antysystemowej i ich utwory.
W latach 80. twórczość grupy Kult była absolutnym symbolem sprzeciwu wobec komunizmu, a sama grupa jednym z liderów polskiego rocka. Tylko dla porządku wspomnę kilka najważniejszych protest songów tego okresu: „Po co wolność”, „Hej, czy nie wiecie”, „Polska”, „Arahja”. Nowy ustrój polityczny niósł ze sobą inne problemy. Wydaj się, że lider Kultu, Kazik Staszewski wyczuł, że opisanie ich wymaga nowej formy ekspresji artystycznej. W ten sposób zainteresował się dopiero rodzącym się wówczas w Polsce gatunkiem hip-hop. Szorstka i dynamiczna technika rapowania idealnie nadaje się do opisywania trudów szarej codzienności przeciętnego obywatela. W 1991 utworzył formację hip-hopową o nazwie Kazik, obecnie funkcjonującą pod nazwą Kazik na Żywo. Tak oto symbol polskiego rocka stał się jednym z pionierów polskiego hip-hopu. Twórczość grupy Kazik niesie ze sobą treści antysystemowe, a czasem nawet antyglobalistyczne. Niektóre utwory są bardziej komediowe, takie jak „Cztery pokoje”, „Mars napada” czy chyba najbardziej znane „12 groszy”. Często są to jednak pełne zawodu opisy obnażające niedoskonałą rzeczywistość III RP. Najwierniejszym oddaniem atmosfery pierwszych lat po transformacji ustrojowej jest wg mnie utwór „Jeszcze Polska” z 1991 roku. Już sam teledysk reżyserii Yacha Paszkiewicza jest jakby jej syntezą. Ubrany w brązowy kożuch i czerwoną czapkę Kazik przechadza się w nim po ruchliwym targowisku, a za nim nie odstępuje go na krok policjant, którego odgrywał Paweł Walczak. Obraz kamery uzupełniają dograne efekty 3-D, ponoć modne w ówczesnej w telewizji. Utwór ten wywołał duży sprzeciw ze strony ówczesnej klasy politycznej i reprezentujących ich mediów, przez jakiś czas nie był nawet emitowany w radio. Inne gorzkie utwory Kazika z tego okresu to np. „Na mojej ulicy”, Tata dilera / Hardzone” czy antyglobalistyczne i antywojenne „Nowy konflikt światowy” i „Bagdad”. Lata mijają, a Kazik, jako wierny antysystemowiec uderza w każdą kolejną władzę III RP. W 1992 roku stał się głosem ludu, wypominając Lechowi Wałęsie oszustwo wyborcze w utworze pt. „100 000 000”. Ta piosenka także spotkała się ze sporym odzewem wśród rządzących. W 1995 roku była nielegalnie wykorzystana podczas kampanii wyborczej Samoobrony RP, co zaowocowało kolejnym pastiszem pt. „Pierdolę Pera” z 1999 r. (nawiązanie do lidera ruchu Andrzeja Leppera). W 1998 roku piosenką „Lewy czerwcowy” zilustrował zmieszanie, jakie widzieliśmy na twarzy Waldemara Pawlaka, gdy niespodziewanie sam dla siebie został w nocy z 4 na 5 czerwca 1992 roku wybrany premierem Polski. Na płycie „La Maquinas de la Muerte” z 1999 roku pojawiła się piosenka „Łysy jedzie do Moskwy”, rozliczająca sentymentalną politykę wobec Rosji premiera Józefa Oleksego, reprezentującego już całkiem inny obóz polityczny. Tematy polityczne poruszały także inne projekty muzyczne z udziałem Kazika – Buldog i El Dupa.
Jak dla mnie kultowy teledysk do utworu „Jeszcze Polska” aut. Kazika z 1991 roku. Klip reżyserii Yacha Paszkiewicza nagrany w roku 1992.
O działalności Kazika w dobie rządów PiS-u napiszę w części drugiej. Myślę natomiast, że on sam do obecnej sytuacji w Polsce ustosunkował się już w 2013 roku, czyli jeszcze za czasów Donalda Tuska. Mowa tu o utworze „Prosto”. Z uwagi na konwencję rockową została wydana pod szyldem Kultu, a nie Kazika na Żywo. Już pierwsze wersy piosenki nie zostawiają właściwie żadnych wątpliwości co do poglądów autora: „Wylewam swój gniew na wasze porachunki / Z jednej babki jesteście wnuki / Nienawidzę was z obu stron, psie syny / Za wasze występki, za wasze winny (…)”. Dalej jest już tylko ostrzej. Kazik nie zostawił suchej nitki na rządach Platformy Obywatelskiej („Okradacie ten kraj bez żadnego pojęcia”), a jednocześnie od razu uprzedził, że ewentualne objęcie władzy przez PiS niczego nie zmieni na lepsze („Idę prosto, mam w dupie obie wasze Polski”). Dosłownie refren utworu należy traktować jako deklarację politycznej bezstronności Kazika. Można też ją wykorzystać jako motywator podczas długich spacerów. W moim odczuciu jest też zapisem takiej tępej i prostej mentalności polskiej klasy politycznej („Idę prosto, nie biorę jeńców żadnych / Idę prosto, do póki nie padnę”). Nie jest to nic śmiesznego, dlatego też piosenka nie ma w sobie nic z poczucia humoru. Właśnie taka tępa służalczość jest zarzewiem największych zbrodni, co opisała kiedyś Hanna Arendt pod nazwą „banalności zła”.
Utwór „Prosto” grupy Kult z 2013 roku.
Drugim zespołem, który można uznać za najbardziej płodny w dziedzinie muzyki antysystemowej jest Big Cyc. Muzycy zaczęli swoją karierę jeszcze w ostatnich miesiącach komuny i już wtedy dali się poznać jako wirtuozi happeningu. Cały projekt muzyczny jakim jest zespół Big Cyc od początku miał ma na celu uwypuklanie śmieszności polskiej klasy politycznej. Szczególnie wiele na tym polu osiągnęli w pierwszej połowie lat 90. Być może najbardziej rozpoznawalnym utworem Big Cyc nt. polityki jest „Nie wierzcie elektrykom” z 1991 roku, ja jednak najbardziej cenię sobie „Piosenkę o Solidarności, czyli wszystko gnije”, która zadebiutowała na albumie „Wojna Plemników” z 1993 roku. Jest to dość bezpośrednie podsumowanie postawy byłych liderów NSZZ „Solidarność”, kompletnie wypalonych ze swoich ideałów („Inny lider co niedawno / Światem pracy się przejmował / Teraz jedzie ładną Lancią / W bagażniku kurwę schował / Po pijaku wali prawdę / I przyznaje się otwarcie / Ja ich nigdy nie lubiłem / Za to kocham dobre żarcie”). Po za tym, piosenka pokazuje, że już wtedy, w 1993 roku pozwoliliśmy sobie na zawiązanie się kasty, która uważa się za nieusuwalną z życia politycznego. Sami w to uwierzyliśmy, że oni mają jakieś odgórne prawo do rządzenia, a my musimy je tylko legitymizować w wyborach. Prawie trzydzieści lat później ta kasta nadal istnieje, i choć z mozołem przetacza się przez nią wymiana pokoleniowa, to na jej czele stoją dokładnie ci sami ludzie co w 1993 roku. Dlatego mogę z czystym sercem polecić „Piosenkę o Solidarności” szukającym ujścia dla gniewu wobec tego rządu jak i pewnie jeszcze wielu kolejnych. Wszak cały czas słyszymy z ust polityków słowa brzmiące jak ten wers: „Już przestańcie protestować / Lepiej idźcie się pomodlić / Stulcie ryja i do pracy / Dajcie nam trochę porządzić”.
„Piosenka o Solidarności, czyli wszystko gnije” zespołu Big Cyc z 1993 roku.
Począwszy od przełomu lat 90. i 2000. Big Cyc poświęca więcej uwagi takim zwyczajnie zabawnym piosenkom („Rudy się żeni”, „Dres” itd.). Co jakiś czas powracają jednak ze świeżym komentarzem politycznym, o czym więcej za moment.
Jednym z przebojów muzyki antysystemowej jest dla mnie „Szopka” z 1997 roku autorstwa rapera Bolca. Jest to jeden z tych utworów, które pokazują jak wielki potencjał miał Bolec, zarówno pod kątem flow, rytmiki jak i przesłania. Piosenka ma charakter manifestu, podpartego ostrą krytyką obecnej klasy politycznej (np. „Jedź do świrów co mają kontrolę / choć powinni znajdować się pod specjalnym nadzorem / to bawią się w polityków. / Kariera i kasa zmienia ich w fanatyków kłamliwych idei”; „Ten system nie lubi ludzi / czeka nas prawdziwa świadomość się przebudzi / od paru dominacji, kontroli mediów, władzy / chorego przyrostu zysków, fanatyzmu / ocknij się człowieku / z niewiary, rasizmu / fałszywej cnoty, agresji, szowinizmu / zawiści, zazdrości, braku miłości / najwyższy czas, żeby zrobić jakiś ruch”).
Utwór „Szopka” aut. Bolca z albumu „Żeby był omiło” z 1997 roku. Piosenka pojawiła się w filmie „Poniedziałek” Witolda Adamka z 1998 roku.
Myślę, że w kontekście muzycznej krytyki III RP warto jeszcze wspomnieć twórczość punkrockowej grupy Dezerter. Korzenie tejże również sięgają czasów komuny. Nie zgłębiłem jak dotąd ich twórczości zbyt dokładnie, ale mam w pamięci takie utwory jak „Wschodni front”, który już w 2001 roku alarmował o głębokim podziale i wzajemnej wrogości polskiego społeczeństwa („Płonie Warszawa, Warszawa się wykrwawia / Ucieka w panice skorumpowany rząd / Nikt nie panuje już nad sytuacją / To dzikie miasto, to jest wschodni front”).
O ile się nie mylę, to nieco później do tego grona muzycznych komentatorów życia politycznego dołączył Maciej Maleńczuk. Wielkim hitem był utwór „Wolność zespołu” zespołu Püdelsi, który zadebiutował na albumie o tej samej nazwie z 2003 roku. Piosenka na równo podkreśliła śmieszność bodaj wszystkich ważnych polityków tamtych czasów, z arcybiskupem Sławojem Leszkiem Głódziem włącznie. Zauważcie, że prawie wszyscy oni obecni są w polskiej polityce do dziś. Wyjątki stanowią najczęściej ci, którzy do tego czasu już umarli.
Piosenka „Wolność słowa” zespołu Püdelsi z 2003 roku.
W gronie komentatorów zabrakło tu Pawła Kukiza. Chociaż w PRL-u jako wokalista zespołu Aya RL był kojarzony jako jeden z symboli muzyki oporu, to nie znam jego muzycznych komentarzy do polityki III RP. Aż do roku 2014, od czego zacznę II część niniejszego eseju. Jako wokalista zespołu Piersi stał się liderem raczej muzyki rozrywkowej. Pamiętam piosenki, które wyrażały troskę o społeczeństwo (np. „Bo tutaj jest jak jest”), ale nie kojarzę w nich żadnych nawiązań do polityki. Podobnie określiłbym twórczość grupy T. Love. Są w niej nawiązania do tematów społecznych i światopoglądowych („To wychowanie”; „Nie, nie, nie”, „King”), ale bez wątków politycznych. Ta grupa nie pojawi się już w dalszej części artykułu.
Muzyka antyPiS w czasach rządów Marcinkiewicza i Kaczyńskiego
Mówiąc o muzyce antyPiS trzeba oczywiście wspomnieć o okresie ich pierwszych rządów. Dużo osób już wtedy, w latach 2005-07 alarmowało, że PiS próbuje wykraczać poza ramy ustrojowe narzucone nam przez konstytucję z 1997 roku. Oni sami się z tym nie kryli, nazywając siebie IV RP. Nie mniej wydaje mi się, że dla wielu osób tak zwany „Pierwszy PiS” był jedynie kolejnym rządem w ramach ciągle tej samej III RP. Po za tym trwał on tylko dwa lata. Dlatego muzyka krytyczna wobec rządów Marcinkiewicza i Kaczyńskiego zasadniczo nie wykroczyła poza obszar ogólnej krytyki systemu. Pojawiły się jednak nawiązania do specyfiki rządów PiS.
Absolutnym szlagierem muzyki antyrządowej tych lat były „Moherowe berety” zespołu Big Cyc z 2006 roku. Był to bardzo mocny powrót Big Cyca do tematyki politycznej, po kilku latach śpiewania o banialukach. Nie oni ukuli te określenie ani nawet nie oni je spopularyzowali. Piosenka była jednak trafnym opisem tego, z czym kojarzyły się rządy PiS-u, czyli walczącego katolicyzmu spod znaku ojca Rydzyka („Załóż babciu beret / Moherowy jest twój / Jak w każda niedzielę / Znowu dziś ruszysz w bój”). Zarówno wtedy jak i teraz wyborców PiS kojarzono głównie z osobami starszymi. Mi osobiście te określenie się nie podoba. Pomijając już fakt, że beret jest pięknym nakryciem głowy, to nie religia jest ich motywacją do boju, a zgorzknienie. Wiarę traktują w sposób całkowicie przedmiotowy, wyłącznie jako wzniosłe hasło na sztandarach. Big Cyc nie zajrzał w głąb ich psychiki i powielił istniejące stereotypy. W każdym razie, przebój zdecydowanie był wtedy głosem ludu. W tamtym czasie społeczeństwo bardzo szybko zmęczyło się rządami prawicy, dziś tej tendencji nie ma.
Drugim najbardziej dosadnym utworem politycznym tego okresu jest „V rozbiór Polski” zespołu Buldog z 2006 roku. Bardziej skupia się on jednak na sporach pomiędzy rządzącą wówczas PiS a dopiero co odsuniętym od władzy SLD oraz podnoszącą głowę Platformą Obywatelską („Wobec tego zagrożenia terytorium Polski / Podał rękę bratu prezydenta poseł Niesiołowski / Nad Bałtykiem niczem dawni bojownicy burscy /Pogodzili się ze sobą nawet bracia Kurscy”). Ma on przy tym dużo akcentów antyglobalistycznych („Polskę dzielą między siebie Putin z Dablju Buszem”). Co ciekawe pod tym utworem także pojawiają się komentarze nt. jego domniemanej proroczości, z uwagi na frazę o „kryzysie katyńskim”.
Piosenka „V rozbiór Polski” zespołu Buldog z albumu pt. „Płyta” z 2006 roku.
Żyjemy w czasach kryzysu Kościoła Katolickiego. W ostatnich latach jest on szczególnie nasilony na terenie polskich diecezji. Nie uważam, żeby trzeba było się tym nadmiernie egzaltować. Dzisiejszy kryzys jest niczym w porównaniu z tym, jaki miał miejsce w czasach młodości św. Franciszka. A problemy współczesnego Kościoła wydają się błahe jeśli pomyśleć o warunkach wojennej konspiracji, w jakich przetrwali i rozwijali się pierwsi chrześcijanie. Jednym z dowodów prawdziwości religii, choć może trochę naciąganym, jest to, że Kościół trwa mimo tych kolejnych kryzysów i prześladowań. Nie mniej problem nie rozwiąże się sam, dlatego trzeba podjąć jakieś działania.
W skrytości serca, chcę być czasem postrzegany jako Ostatni Mohikanin lat 90. Tak jak Ryszard Riedel był wtedy ostatnim hippisem. Wiem, że pragnienie te jest nieracjonalne. Przyszedłem na świat dopiero w połowie tej epoki. Czy to uznaję czy nie, w największym stopniu ukształtowały mnie pierwsze lata XXI wieku, a po części już nawet lata dziesiąte. A jednak te pierwsze sześć lat życia wywarły na mnie duży wpływ. Przede wszystkim zrodziły we mnie głęboki sentyment do lat 90. Mając starszą o kilkanaście lat siostrę, niejako awansem uczestniczyłem w kulturze i atmosferze jej pokolenia. Było ono moim towarzystwem wczesnych wieczorów spędzonych na podwórzu, dopóki mama nie zawołała mnie do domu, czasem też spacerów i wyjazdów. Nie próbuję odebrać pokoleniu przełomu lat 70. i 80. ich wyjątkowego przywileju bycia ukształtowanymi i jednocześnie kreującymi atmosferę lat 90. Mam jednak prawo do utożsamiania się i kultywowania tej części mojej osobowości, którą ukształtowała tamta mała epoka. I myślę, że wśród przedstawicieli mojej generacji nie jestem wcale odosobniony. Wiem, że gdy późną nocą w barze ktoś zanuci którąś z kultowych piosenek tamtych lat, okaże się, że jej tekst zna na pamięć cała sala, a przy jej śpiewaniu wytworzy się nierównająca się z niczym innym atmosfera sentymentu i pokoleniowej solidarności.
Zespół Dżem na Rawa Blues Festival w 1993 roku. Ryszard Riedel zaśpiewał utwór „Autsajder”, który po raz pierwszy pojawił się na płycie pod tym samym tytułem z tamtego roku. Źródło: Pinterest.Czytaj dalej „Moje lata 90.”→
Czytając książkę publicystyczną pt. „Analfabet III RP” autorstwa Piotra Goćka, natrafiałem na ciekawe przemyślenia przytoczone z innej pracy pt. „Pokolenie bez granic”. Absolwenci jednego z koszalińskich liceów opisują w niej powody dla których wyjechali z Polski. Ową ciekawą konkluzja jest to, że młodzi ludzie wyjeżdżają, bo im się tu w Polsce zwyczajnie nie podoba. Na potrzeby eseju chciałbym nie co sparafrazować powyższy wniosek mówiąc, że młodzi ludzie wyjeżdżają z prowincji, bo im się tu zwyczajnie nie podoba. Oczywiście jeszcze kilka, kilkanaście lat temu był czas, że ktoś, kto podejmował decyzję o wyprowadzeniu się z rodzinnego miasta na prowincji, obierał od razu za kierunek destynacje zagraniczne. Jestem jednak przekonany, że gdyby te same osoby nie zdecydowały się wyjechać za granicę, to prawie żadna z nich i tak nie zostałaby w Koszalinie. Wątek jest mi o tyle bliski, że Koszalin jest miastem o podobnych parametrach do mojego rodzinnego Włocławka. Ma prawie identyczną liczbę ludności, a do czasu wchłonięcia Jamna miał też prawie identyczną powierzchnię kwadratową co Włocławek. Dotykały go zatem te same problemy. Temat ten dotyczy tak naprawdę kilkudziesięciu nadal dużych miejscowości, które można określić mianem prowincji w stosunku do najbliższych im aglomeracji. Uważam, że postawa lokalnego patrioty, a może nawet tego patrioty w rozumieniu ogólnonarodowym wymaga, by podejmować próby zachęcania do pozostania, w miarę możliwości, w swojej małej ojczyźnie. Zacząłem więc się zastanawiać nad tym, co możemy zrobić żeby mieszkańcy prowincji bardziej polubili swoje miasto.
Wielu widzów oczekuje od filmu, że jego obejrzenie skłoni ich do przemyśleń nad jego treścią. Wczoraj na jednej z drugorzędnych stacji telewizyjnych obejrzałem film „Wolni strzelcy” w reżyserii mało mi znanego Jessy’ego Terrero. Ten zainspirował mnie do próby wytłumaczenia, dlaczego nie wszystkie filmy wydają się być dziełami sztuki o nieprzemijającej wartości. Bo to, że nie są, uświadamiamy sobie od razu, bez przeprowadzania krytycznej analizy.