Lojalnie uprzedzam – niniejszy wpis jest rozprawką, nie recenzją. Zawiera spoilery.
Prezentowane we wpisie fragmenty przytaczane są na prawie cytatu i służą za podstawę do wyjaśnienia i analizy treści utworu. Wszystkie cytaty pochodzą z książki: Heather Morris, Tatuażysta z Auschwitz. Warszawa: Marginesy, 2018. Wyd. I. ISBN: 978-83-65973-31-3 (miękka oprawa) i 978-83-66140-36-3 (twarda oprawa). W nawiasach po cytowanych fragmentach i informacjach zawarto adres odpowiadających im stron.
Ta książka trafiła do mnie przez przypadek. Już samo to powinno mnie zaalarmować, żebym jej lekceważył. Wierzę, że wiele ze spotykających nas przypadków jest nam przeznaczonych. Tak było u mnie z S@motnością w sieci czy Niebezpiecznymi związkami. Skoro więc miałem już ją w ręku, to jakby to powiedział Kubuś – napisane było w górze, że ją przeczytam. Choć z drugiej strony, jakiejkolwiek książki bym nie przeczytał, czy nie będzie to dziełem przypadku? Jaki wpływ miałem na to, że epopeją mojego narodu jest Pan Tadeusz, najpopularniejszą serią mojego pokolenia Harry Potter, albo że Shantaram ma tak przyciągającą okładkę? Cóż, zostawmy jednak te dywagacje, bo zaburzają one tylko płynność mojego eseju.

A jednak przysiadłem do Tatuażysty z Auschwitz z lekceważeniem. Pierwszą przyczyną, dla której tak zrobiłem, była moja zarozumiałość. Z natury jestem ekscentrykiem i indywidualistą, dlatego intuicyjnie odrzucam to, co podoba się ogółowi. Nie raz się później z tymi dziełami przepraszam, tak było np. z albumem My World 2.0 Justina Biebera. W każdym razie, dzisiejszy rynek wydawniczy zawalony jest książkami osadzonymi w realiach między belle epoque a drugą wojną światową, publicystyką o nazwijmy to dość kreatywnym podejściu do faktów oraz prześcigających się w abstrakcyjności powieściach z gatunku political fiction. Przez nie zmuszany jestem prowadzić rozmowy, w których tłumaczę, że wcale nie byłoby to fajne, gdybyśmy razem z Trzecią Rzeszą napadli w 1939 roku na ZSRR. Krótko mówiąc, utożsamiam to co modne z tandetą, choć wiem, że nie zawsze słusznie. Tandetą, a często też z marnym naśladownictwem, czy może bardziej nieuświadomionym echem tego, co zostało powiedziane już dawno temu. Czy w trylogii o Greyu powiedziano cokolwiek, czego nie ośmieliliby się już napisać Boccacio, de Sade czy choćby Anne Rice? Na tylnej stronie okładki Tatuażysty widnieje pogrubiony napis zachwalający jego treść: Niesamowita historia miłosna niezwykłego człowieka i apoteoza człowieczeństwa – „The Australian”. Swoją drogą, jakże kampowe są już te nieodzowne cytaty z recenzji na okładce. A przecież Marek Edelman – co z dumą podkreślam, mój wielki autorytet bodaj odkąd tylko mam internet – już lata temu mówił: I była miłość w getcie. Czemu mam się zachwycać jakąś Heather Morris z Australii, skoro miałem tu w Polsce Marka Edelmana? W jakże wielki błąd wpędziła mnie moja zarozumiałość.
Brnąc dalej w swojej pyszałkowatości, ośmieliłem się kwestionować wartość książki, pytając co nowego można powiedzieć o wojnie w siedemdziesiąt lat po jej zakończeniu? I tu wpływ miało na mnie zniechęcenie po coraz bardziej odbiegającej od realiów historycznych beletrystyce. Tymczasem książka już na wstępie uprzedza te wątpliwości. Pani Graeme Simsion, podpisana jako autor Projektu „Rosie”, Efektu „Rosie”, Listy przebojów Adama Sharpa oraz Two Steps Forward w niezatytułowanej przedmowie pisze: Tautażysta z Auschwitz to fascynująca opowieść, wydana ponad siedemdziesiąt lat po opisywanych w niej wydarzeniach. (…) To opowieść niezwykła, nawet na tle innych historii z czasów Zagłady (…). Polecam tę powieść wszystkim bez wyjątku, niezależnie od tego, czy przeczytali już setki historii o Zagładzie, czy też stykają się z tematem po raz pierwszy (s. 6). Nawiasem mówiąc, w pierwszym zdaniu przedmowy w pierwszym polskim wydaniu stoi jakże irytujące powtórzenie to to. Sama autorka usprawiedliwia się i uprzedza zarzuty, pisząc w rozdziale Od autorki: Istnieje wiele relacji, w których opisano te straszliwe czasy w znacznie bardziej szczegółowy sposób, niż byłoby to uzasadnione w powieści i gorąco zachęcam zainteresowanych czytelników do tego, żeby po nie sięgnęli (s. 7). Widocznie mój zarzut nie był tak błyskotliwy, jak pewnie mi się to wydawało.
Okładka też mnie nie porwała. Nie patrzcie na mnie tak karcąco. Jestem nieodrodnym synem swoich czasów, podatnym na marketing. W czasach, gdy więcej osób pisze książki niż je czyta, okładka jest równie dobrym kryterium wyboru co patetyczny cytat z tyłu okładki czy silący się na zaintrygowanie tytuł. Koniec końców jestem zdania, że najpewniejszą gwarancją jakości jest czytanie klasyków i noblistów. Dominującym motywem okładki są niebiesko-białe pasy, które od czasów Chłopca w pasiastej piżamie urastają do rangi jakiegoś popkulturowego symbolu zagłady. Na dole znalazł się jej najbardziej oczywisty symbol, brama główna. Tytuł i nazwisko autorki przegradzane są jakże modną folią, układającą się rzecz jasna w drut kolczasty. Jedynym ciekawym elementem tej okładki są dwie zacienione sylwetki w rogu. Staromodnie ubrani mężczyzna i kobieta wydają się jakby nie być częścią tego samego obrazu, choć wszak należą do tej samej okładki. Nie twierdzę, że pani Anna Pol z Wydawnictwa Marginesy wykonała przy tej okładce złą robotę. Z marketingowego punktu widzenia jest ona pewnie jak najbardziej poprawna. Całość układa się nader estetycznie. Nie brak jej też kreatywności, czego dowodzą owe tajemnicze sylwetki w rogu. Na mój gust jest ona po prostu zbyt oczywista.

W końcu był jeszcze jeden powód, dla którego sam z siebie bym po tę książkę nie sięgnął. Przepraszam za prywatę. Choć urodziłem się w 50 lat po wojnie, to czuję, że dość blisko mnie ona jeszcze dotyczy. Druga wojna światowa była rzecz jasna kluczowym doświadczeniem pokolenia, które ją przeżyło. Niejako upozycjonowała też losy całego następnego pokolenia. Tego, które mnie wychowało. I wszystkich tych, którzy kreowali moją rzeczywistość – nauczycieli, polityków, dziennikarzy. Oddawaliśmy cześć żyjącym jeszcze weteranom, szacunek ostatnim ocalałym, śledziliśmy procesy ostatnich hitlerowców. Ja i wielu innych moich rówieśników znało dobrze niejednego kombatanta, słuchaliśmy tych historii z pierwszej ręki. W moim przypadku wiele dobrego zrobił ks. Prałat Zbigniew Szygenda, nie miejsce tu jednak na takie podsumowania. O księdzu proboszczu można przeczytać już na Wikipedii. Dzięki jego patronacie miałem zaszczyt poznać włocławskich weteranów Armii Krajowej i towarzyszyć im w ostatnich latach życia, niekiedy aż po pogrzeb. Wreszcie, gdy byłem mały, poznałem dwie byłe więźniarki Auschwitz osobiście. Obie były moimi sąsiadkami, koleżankami mojej babci. Pani Feliksy Barańskiej to właściwie wcale nie pamiętam. Zmarła jak miałem pięć lat. Jedyne co pamiętam, to wyblakły, jasnoniebieski numer wytatuowany na przedramieniu. Zapamiętałem wyraźnie ten numer, choć nie pamiętam nawet jej twarzy. Musiałem mieć nie więcej niż cztery lata, nie mogłem mieć na ten czas żadnego pojęcia o tym, czym było Auschwitz. Domyślam się, że pani Barańska, jak i moja babcia musiały na mnie bardzo naciskać, bym ten tatuaż zapamiętał. Musiało to być dla nich coś niezmiernie ważnego. I ten szacunek chciały mi przekazać. Takie to było moje pierwsze zetknięcie się z tematyką zagłady. Już wtedy zostałem obarczony dziedzictwem pamięci i szacunku. O Feliksie Barańskiej zdążę wam jeszcze kiedyś opowiedzieć. Później babcia prowadziła mnie do drugiej sąsiadki, także pani Barańskiej. Ta zmarła gdy miałem lat trzynaście, pamiętam więc ją bardzo dobrze. Babcia sama prosiła panią Barańską, by zechciała pokazać mi swój tatuaż, taki sam jak miała pani Feliksa. Myślę, że do samego końca tych odwiedzin nie byłem w pełni świadomy, co ten numer oznaczał. Jednakże do samego końca ukradkiem spoglądałem na tatuaż, odsłaniający się pod obsuwającym się rękawem obszernej koszuli. Dowód istnienia piekła na ziemi, którego potworności nigdy nie będziemy w stanie sobie wyobrazić. Zatem wychowano mnie w bojaźni do wojny i szacunku do jej ofiar. Mnie to boli. Nie mogę traktować tematyki wojny i Auschwitz jako historycznej ciekawostki. I nie podoba mi się te niezdrowe zainteresowanie wojną wśród młodzieży. Rozpatrywanie Hitlera i Stalina jako męża stanu bądź taktycznego geniuszu. O wszystkim można rozmawiać, ale pod jednym warunkiem, żeby pamiętać: najważniejszym przesłaniem pokolenia drugiej wojny światowej było, aby nie powtórzyła się ona nigdy więcej.

Powieść Tatuażysta z Auschwitz (ang. The Tattooist of Auschwitz) ukazała się po raz pierwszy nakładem brytyjskiego wydawnictwa Bonnier Zaffre w 2018 roku (s. 4). Nad jej powstaniem pracowano w australijskim wydawnictwie Echo, działającym pod egidą Bonnier Publishing Australia, filii Bonnier Zaffre (s. 329). Jak dowiadujemy się z noty biograficznej autorki na okładce, stała się bestsellerem wszędzie, gdzie się ukazała. Pierwsze polskie wydanie ukazało się jeszcze w tym samym roku nakładem Wydawnictwa Marginesy. Jej tłumaczenie zawdzięczamy pani Kai Gucio.
Dzieje powstania tej książki są powieścią w powieści. Autorka, pochodząca z Nowej Zelandii Heather Morris, nie jest zawodową powieściopisarką. Co więcej, nigdy nie chciała nią być. Historia Tatuażysty z Auschwitz rozpoczyna się na początku lat 2000. Pani Morris pracuje wówczas w szpitalu państwowym w australijskim Melbourne. Jej pasją, której oddaje się w wolnych chwilach jest czytanie i pisanie scenariuszy filmowych (patrz: nota biograficzna na okładce). Pisałem ten esej bez dostępu do internetu, dlatego nie podam wam teraz, jakie osiągnęła w tym sukcesy, zajrzyjcie na własną rękę do IMDb. W tym czasie, w wieku 78 lat zmarła w Melbourne niejaka Gita Sokołow. Po jej śmierci, o 9 lat starszy od niej wdowiec imieniem Lale decyduje się upublicznić historię ich miłości, która zrodziła się w samym środku piekła – niemieckim obozie zagłady Auschwitz-Birkenau (patrz: nota biograficzna na okładce). Nie mając dość talentu, a przede wszystkim niewiele czasu przed sobą, decyduje się ją powierzyć osobie trzeciej. Dla swego celu wybiera właśnie Heather Morris. Z postscriptum dowiadujemy się, że wybrał ją dlatego, że nie była ona osobiście związana z historią zagłady. Nie była Żydówką i nie za wiele o Żydach wiedziała. Dzięki temu mogła podejść do swego zadania bez żadnych założeń i fałszywych wyobrażeń. Lalemu, który całe życie obawiał się oskarżenia o kolaborację, bardzo na tym zależało (s. 316-319). Lale Sokołow zmarł w 2006 roku. Przez kolejnych 12 lat, Heather Morris pracowała nad scenariuszem do filmu na podstawie losów Lalego i Gity. Jak widać po rozbudowanym dziale podziękowań, już wtedy w powstanie dzieła zaangażowanych było mnóstwo osób, od prawników po szefową Oddziału Opieki Społecznej Centrum Medycznego Monash. Powstanie filmu musiało być bliskie urzeczywistnienia, skoro organizacja Film Victoria finansowała prace nad jego scenariuszem. Mimo to, w 2015 roku autorka odmieniła swój zamysł i przekształciła scenariusz w powieść. I tym razem w jej powstanie zaangażowało się gro osób, a środki na jej wydanie zebrano za pośrednictwem portalu internetowego Kickstarter (s. 327-329).

Intencją autorki było, aby na podstawie prawdziwych wydarzeń stworzyć fabułę, mieszczącą się w granicach fikcji literackiej (s. 7). Mimo to prawdziwość historii pozostaje jej największym atutem. Gdyby ta powieść była wyłącznie fikcją, to nazwałbym ją niewydarzonym, a jednocześnie banalnym, nazwijmy to, romansem historycznym. Choć określenie te jakoś dziwnie brzmi w odniesieniu do powieści, której akcja toczy się w Auschwitz. Tak jak pewnie wszystkie relacje z czasów wojny, Tatuażysta z Auschwitz jest o tym, że bycie człowiekiem może być piękne albo potworne. Lale Sokołow pokazuje, że tylko od nas zależy jaką ta nasza egzystencja będzie. Po tym, jak poznałem jego historię, poprzez zamieszczone fotografie mogę spojrzeć mu prosto w twarz (s. 315). Z postscriptum zaś wiem, że wszystkie podane przez niego informacje zostały potwierdzone w niezależnych źródłach (s. 320). Dzięki temu nadzieja na piękną egzystencję, jaką Lale daje, jawi się jako coś realnego do osiągnięcia, a nie tylko piękne marzenie.

Cechą fabuły Tatuażysty z Auschwitz jest brak płynności. Umyślnie nie nazywam jej wadą. Domniemywam, że wynika ona stąd, że autorka specjalizuje się w pisaniu scenariuszy filmowych, nie książek. Tedy traktuję to jako unikalny ślad stylu autorki. Niech będzie to taki podpis Heather Morris w intertekście, jak realizm magiczny w filmach Davida Lyncha. Mam poczucie, że po części jest za to odpowiedzialny sam Lale, który musiał obarczyć Morris ogromnym ciężarem własnych wspomnień jak i przemyśleń na temat własnego dzieciństwa, okresu dojrzewania i wczesnej dorosłości. I tak mamy wplecione w fabułę, pojawiające się bez żadnej określonej częstotliwości reminiscencje z życia Lalego przed Holocaustem. Świetnie sprawdziłyby się one w filmie, ale nie wnoszą nic do rozwoju akcji powieści. Może autorka liczyła na to, że usprawiedliwi owe wtręty jako budowanie kontrastu między wygodnym życiem głównego bohatera przed Holocaustem do marnych pociech egzystencji w Oświęcimiu. Na pewno czynią one postać głównego bohatera bardziej unikalną i żywą. Prawdziwym motywem ich umieszczenia mogła być według mnie chęć ukazania pięknej, czułej relacji Lalego z jego mamą. Nie zrozumcie mnie źle. Same w sobie fragmenty te są piękne. Są może nawet jednymi z najbardziej artystycznych oraz odkrywczych części tej książki. Może i powieść i same fragmenty skorzystałyby na tym, gdyby ukazały się w osobnym studium czy suplemencie. Po prostu zaburzają one kompozycję tekstu. Zwracają uwagę na rzadko poruszany temat, to jest miłosnej relacji matki z synem oraz tego, jaki ona ma wpływ na życie obojga. Być może po prostu się tego krępujemy. Wychowani w dość purytańskim społeczeństwie, nie przyjmujemy do wiadomości, że relacja matki z synem to także rodzaj związku. Jest to dla nas temat tabu, obruszamy się na to tak samo jak wtedy, gdy np. mężczyzna ocenia innego mężczyznę pod kątem urody.
– Jestem twoim ulubieńcem, prawda, mamusiu? – przymila się Lale. Gdy byli w domu sami, matka mocno go przytulała.
– Tak kochanie, jesteś.
Jeśli jego brat lub siostra byli obecni, mówiła: „Wszyscy jesteście moimi ulubieńcami.” Lale nigdy nie słyszał, aby jego brat lub siostra zadawali to pytanie, choć przecież mogli to robić, gdy go nie było. Jako mały chłopiec często oznajmiał rodzinie, że poślubi matkę, gdy dorośnie. Ojciec udawał, że nie słyszy, a rodzeństwo kłóciło się z Lalem, wykrzykując, że matka jest już mężatką. Kiedy wreszcie udało si rozdzielić dzieci, matka zabierała go na bok i wyjaśniała, że pewnego dnia znajdzie kogoś, kogo będzie kochał i o kogo będzie się troszczył. Nie chciał jej wtedy uwierzyć.
Kiedy dorósł, każdego dnia biegł do domu, żeby uścisnąć matkę na powitanie, poczuć ciepło jej ciała, jej miękką skórę, pocałunek w czoło.
– W czym mogę ci pomóc? – pytał.
– Jesteś takim dobrym chłopcem. Pewnego dnia jakaś kobieta znajdzie w tobie wspaniałego męża.
– Powiedz mi co robić, żeby być dobrym mężem. Nie chcę być jak tata. On nie sprawia, że się uśmiechasz. W niczym ci nie pomaga.
– Twój tata bardzo ciężko pracuje, aby zarobić pieniądze na życie.
– Wiem, ale czy nie może robić jednego i drugiego? Zarabiać pieniędzy i sprawiać, żebyś się uśmiechała?
– Musisz się jeszcze wiele nauczyć, zanim dorośniesz, młody człowieku.
– Więc naucz mnie. Chcę, żeby dziewczyna, którą poślubię, była ze mną szczęśliwa.
Matka siada, a on zajmuje miejsce naprzeciwko niej.
– Przede wszystkim musisz nauczyć się jej słuchać. Nawet jeśli jesteś zmęczony, musisz wysłuchać tego, co ma do powiedzenia. Dowiedz się, co lubi, a przede wszystkim, co jej się nie podoba. Ilekroć możesz, dawaj jej jakiś drobiazg, kwiaty, czekoladki, kobiety lubią takie rzeczy.
– Kiedy ostatni raz tata coś ci przyniósł?
– To nie ma znaczenia. Dla ciebie jest ważne, czego chcą dziewczyny, a nie co ja dostaję.
– Kiedy zarobię pieniądze, przyniosę ci kwiaty i czekoladki, obiecuję.
– Lepiej oszczędzaj pieniądze dla dziewczyny, która skradnie ci serce.
– A jak rozpoznam, że to właśnie ona?
– Och, na pewno rozpoznasz.
Matka mocno go obejmuje: głaszcze po włosach swojego synka, swojego młodego mężczyznę.
•
Obraz jej twarzy rozmywa się, gdy pod powiekami zbierają mu się zły. Mruga więc i wyobraża sobie, że teraz to on trzyma w objęciach Gitę i gładzi jej włosy.
– Miałaś rację, mamusiu. Rozpoznałem ją od razu. (s. 216-218).
To od matki uczył się sztuki flirtu. Jest pewien, że nie była tego świadoma, ale on dobrze wiedział, co robi. Uczył się, jakie sztuczki na nią działają, a jakie nie, i na tej podstawie wyciągał wnioski, co uchodzi w relacjach między mężczyzną a kobietą, a czego robić nie wypada. Podejrzewał, że przechodzili przez to wszyscy młodzi mężczyźni, chociaż często zastanawiał się, czy zdają sobie z tego spraw. (…) Uczuciowa więź z matką ukształtowała jego stosunek do kobiet i dziewcząt. Pociągały go wszystkie kobiety, nie tylko fizycznie, lecz również emocjonalnie. Uwielbiał z nimi rozmawiać, uwielbiał sprawiać im przyjemność. W jego oczach wszystkie kobiety były piękne i wierzył, że powinien im o tym mówić. Od matki i siostry nauczył się też mimochodem, czego kobieta oczekuje od mężczyzny, i zawsze starał się, by nauka nie poszła w las. „Bądź uważny, Lale, pamiętaj o drobiazgach, a wielkie sprawe same się rozwiążą”, mówiła mu słodkim głosem matka. (s. 146-147).
Psują styl nierzadkie powtórzenia i błędy językowe. Ich charakter wskazuje, że mogą być one winą raczej tłumacza (tu: Kai Gucio) niż autorki. Jestem wyrozumiały. Wyobrażam sobie, że pani Gucio musiała pracować pod presją czasu. Marginesom pewnie zależało, żeby ów bestseller, który szturmem podbija księgarnie na całym świecie, dostarczyć polskim czytelnikom jak najszybciej, jeszcze w tym samym roku. Z podziękowań wynika, że wydawnictwo Bonnier Zaffre zaangażowało niemałe środki w jej promocję, osobliwie zaś niejaka p. Kate Parkin. To ona niezmordowanie zabiegała o to, żeby moja powieść dotarła do wszystkich zakątków świata (s. 330). Przez to czytamy na przykład: Lale zabiera się do tego, „co do niego należy”. Lale stara się nie podnosić wzroku. W ogóle ciągle ten Lale i Lale. Powieść pisana jest lub tłumaczona według schematu: 1. zdanie: podmiot gramatyczny; 2. zdanie: podmiot domyślny; 3. zdanie: podmiot gramatyczny. Może w tych niektórych przypadkach powtórzeń po prostu usunięto jakieś zdanie pomiędzy.
Jak już zostało powiedziane, Heather Morris nie nosiła się z zamiarem napisania książki o tym, jak wyglądało codzienne życie w Auschwitz. Bo i po co miałaby to robić, skoro powstało na ten temat już tyle opracowań naukowych, dokumentów, wystaw muzealnych, których rzeczowością nie byłaby w stanie dorównać. To, co chciała uzyskać, to studium nad granicami ludzkiego człowieczeństwa. Przyznaje to w słowach: Nie chciałam kolejnej lekcji historii, zależało mi raczej na tym, żeby była to wyjątkowa lekcja człowieczeństwa (s. 320). Jednakże choćby dla zbudowania atmosfery miejsca akcji, musiała zawrzeć w niej kilka opisów z życia codziennego Auschwitz jak i mordów w nim dokonywanych. Dla mnie, podobnie jak dla samego Sokołowa, najbardziej wstrząsająca była eksterminacja mieszkańców obozu cygańskiego. Żegnaj przyjacielu, to było… (s. 245) – brzmią ostatnie, niedokończone słowa Nadii, romskiej przyjaciółki Lalego, idącej na śmierć w komorze gazowej. Tak jakby nieuchronność śmierci odebrała jej całą powagę. Jakby życie było niczym więcej niż spotkaniem, które za szybko się skończyło. Pierwszej nocy spędzonej w obozie Sokołow jest świadkiem, jak wartownicy zastrzelili trzech Żydów, którzy udali się nocą do latryny na tyłach baraku. Zginęli tylko dlatego, że jako pierwsi złamali irracjonalną zasadę, o której istnieniu nawet nikt im nie powiedział.
Na zewnątrz jest jeszcze ciemno, kiedy Lalego budzi parcie na pęcherz. Czołga się po ciałach śpiących towarzyszy, schodzi na dół i po omacku kieruje na tyły bloku, zakładając, że to będzie najbezpieczniejsze miejsce, żeby się wysikać. Kiedy się zbliża, dobiega go dźwięk głosów mówiących po niemiecku i słowacku. Z ulgą widzi, że urządzono dla nich latrynę, nieważne, że prymitywną. Za budynkiem wykopano długie rowy i ułożono nad nimi deski z drewna. Nad rowem kuca trzech mężczyzn, wypróżniają się i cicho rozmawiają. W półmroku Lale widzi, że z drugiego końca budynku zmierzają ku nim dwaj roześmiani esesmani z papierosami w rękach i z karabinami przewieszonymi swobodnie przez plecy. W migających światłach reflektorów wież wartowniczych ich sylwetki rzucają dziwne, niepokojące cienie, ale Lale nie słyszy, co mówią. Pęcherz niemal mu pęka, ale nie jest pewien, czy może się ruszyć.
Wartownicy jednocześnie podrzucają niedopałki w powietrze, ściągają z pleców karabiny i otwierają ogień. Ciała trzech ludzi, którzy wyszli za potrzebą, wpadają do rowu. Lale nie może oddychać. Kiedy esesmani go mijają, z całej siły przyciska się do ściany budynku. Przez chwilę patrzy na profil jednego z nich – to młody chłopak, jeszcze dzieciak. (s. 29-30).
Innego razu Baretzki, wartownik, czuł się podle z powodu kaca – wywołanego wszak niczym innym jak nadużywaniem przez siebie alkoholu. Próbuje złagodzić ból głowy mordujących trzech Żydów, i tak osłabionych już na tyle, że nie są w stanie się podnieść.
Po drodze Lale i Baretzki mijają kilkuosobowe grupy robotników, najpewniej odesłanych do pracy w niedzielę za karę. Pilnujący ich esesmani pozdrawiają Baretzkiego, ale on nie zwraca na nich uwagi. Jest dzisiaj w wyjątkowo złym nastroju. Zazwyczaj usta mu się nie zamykają, ale teraz jest spięty i milczący. Lale widzi przed sobą trzech więźniów siedzących na ziemi plecami do siebie, podpierających się nawzajem, wyraźnie wyczerpanych. Podnoszę oczy na Lalego i Baretzkiego, ale nawet nie próbują się ruszyć. Nie zwalniając kroku, Baretzki wyciąga broń i oddaje w ich kierunku kilka strzałów. (s. 126).
Opisanych mordów w tej książce jest więcej. Powyższe wybrałem dlatego, że wydały mi się najbardziej bezsensowne. Wszystkie te opisy wzbudzają grozę i bezsilne poczucie niesprawiedliwości. I tak właśnie powinniśmy się czuć czytając o Zagładzie. Podejrzewam, że daje to namiastkę rzeczywistych odczuć więźniów obozu. Czytając je, mamy ochotę wydać za Lalem ów zduszony okrzyk: Wy bestie, wy pieprzone bestie! (s. 246).
Niekonsekwencją w przeprowadzeniu akcji jest to, że w drugiej części książki narracja toczy się zbyt szybko. Pozbawiona jest owej grozy, kosztem dramaturgii miłosnych perypetii dwojga głównych bohaterów. W pewnym momencie życie w obozie zaczyna nam się jawić niemal jako sielanka. Lale spędza długie, ciepłe, letni dni z Gitą lub na myśleniu o niej. (s. 242). Eksterminacja obozu cygańskiego i uwięzienie Sokołowa sprowadzają nas na ziemię.
Pisząc na blogu, nie podlegam regułom pisania recenzji czy traktatu. Przeto na temat dwóch kolejnych dominujących w powieści wątków, pozwolę sobie napisać nieproporcjonalnie mało co do ich znaczenia dla fabuły. A to dlatego, że nie mam na ich temat szczególnie odkrywczych przemyśleń. Głupotą byłoby jednak pominąć je w ogóle. Są to pojęcia bohaterstwa i namiętności. W obu przypadkach czuć patronat ducha Lalego nad pisarką. Zwłaszcza studium bohaterstwa było dla niego szczególnie ważne. Sokołow całe życie spędził w obawie, że oskarżą go o kolaborację. Podkreślono to zarówno na kartach powieści (Nowa praca dodatkowo komplikuje i tak już złożony problem: jak przeżyć. Lale jest pewien, że wychodząc z bloku, gdzie na pryczach leżeli zgnębieni mężczyźni, słyszał, jak ktoś pod nosem mówi „kolaborant”. s. 68) jak i w postscriptum (Staliśmy się przyjaciółmi – nie, więcej niż przyjaciółmi: nasze losy splotły się na zawsze, kiedy zrzucał przy mnie ciężar winy, którą nosił na własnych barkach przez ponad pół wieku, i obawę, że ktoś uzna jego i Gitę za nazistowskich kolaborantów. s. 319). Czytając postscriptum odnosi się wrażenie, że właśnie to skłoniło go do upublicznienia jego opowieści. Nie tyle chęć podzielenia się niezwykłą historią własnej miłości, co pragnienie by ludzkość zrozumiała motywy ich postępowania. Przyznaje to zresztą sama autorka słowami: Tatuażysta z Auschwitz to opowieść o dwójce zwykłych ludzi, którym przyszło żyć w szczególnych czasach (…). To świadectwo Lalego o tym, co musieli zrobić, by przeżyć. (s. 320). Przesłaniem książki, wyrażonym ustami Lalego – zarówno tego powieściowego jak i udokumentowanego w postscriptum – jest, że bohaterstwem jest zrobić wszystko co możliwe, aby przeżyć. Ileż w tym miłości i szacunku do życia Żebym ja miał go tyle, to jakże piękne mogłyby być ostatnie dziesięć lat mojego życia. Blisko mu w tym do wspomnianego już Marka Edelmana. Jeśli budzisz się rano, to znaczy, że jest dobry dzień – mawiał ów autentyczny Lale Sokołow (s. 320).
Bohaterem Tatużysty z Auschwitz jest między innymi olbrzym Jakub, który aby przeżyć torturuje w imieniu esesmanów więźniów przesłuchiwanych na bloku nr 11. Robię, co muszę zrobić, żeby przeżyć, tak samo jak ty, Tätowierer. (s. 213). Jeżeli muszę zabić jednego Żyda, żeby uratować dziesięciu innych, to tak zrobię. (s. 214). Jest nią też, a może nawet przede wszystkim, Cilka, jedyna dziewczyna, której udaje się w obozie zachować swoje włosy (s. 117-118). Żeby nie dać się zabić, nie broni się przed gwałtem. Na wiele miesięcy zostaje zabawką (s. 193) zbydlęciałego niemieckiego oficera Schwarzhubera.
(…) Powiedz jej, że moim zdaniem jest bohaterką i jestem dumny, że ją znam.
– Co masz na myśli? Ona nie jest żadną bohaterką. – W głosie Gity słychać nutę rozdrażnienia. – Po prostu chce żyć.
– Na tym właśnie polega bohaterstwo. Ty też jesteś bohaterką, kochanie. To, że obie postanowiłyście przeżyć, to przecież rodzaj oporu wobec tych hitlerowskich bestii. Wybranie życia jest aktem buntu, formą heroizmu.
– W takim razie kim ty jesteś?
– Dano mi wybór, mogłem przyłożyć rękę do zagłady naszych rodaków i postanowiłem to zrobić, żeby przeżyć. Mogę tylko mieć nadzieję, że pewnego dnia nie uznają mnie za kata lub kolaboranta.
Gita pochyla się nad nim i całuje go.
– Dla mnie jesteś bohaterem. (s. 193-194).
Cilka odważa się wykorzystać swoją poufną relację dla uratowania życia Lalemu.
– Jesteś najodważniejszą osobą, jaką kiedykolwiek spotkałem – mówi Cilce. – Nie ponosisz żadnej winy za to, co się tu wydarzyło. Jesteś niewinna, pamiętaj.
– Robiłam, co musiałam, żeby przeżyć – odpowiada mu dziewczyna, szlochając. – Poza tym gdybym mu się sprzeciwiła, jakas inna kobieta ucierpiałaby z rąk tej świni.
– Zawdzięczam ci życie, Cilka, i nigdy o tym nie zapomnę. (s. 257-258).
Bohaterstwo Cilki jest heroiczne, przekracza wyobrażenia nas, żyjących w czasach pokoju. Pouczające w tym fragmencie jest może nie tyle zdefiniowane w ten sposób bohaterstwo, co głęboki humanizm Sokołowa. To co teraz powiem to banał, ale groza tego jest tak wielka, że ciężko to pojąć – takie rzeczy działy się naprawdę. Kiedy byłem w szkole średniej, koleżanka opowiedziała mi i mojemu koledze historię swojej babci. Będąc więźniarką obozu koncentracyjnego, prostytuowała się ona, aby przetrwać. Była jej bohaterką. My mieliśmy w sobie dość taktu, by wyrazić wobec tego zrozumienie. W myślach buntowałem się jednak przeciwko tak pojmowanemu bohaterstwu. W swojej głupocie i pogardzie dla życia wydawało mi się, że jedyną słuszną postawą byłoby dać się zabić niż zgwałcić. Cóż, miałem wtedy jeszcze dużo z myślenia zakapturzonego cepa z Marszu Niepodległości. Tak naprawdę nie da się tu wskazać jaka decyzja byłaby słuszna, a wszystko to są najbardziej tragiczne dylematy, jakie mogą spotkać człowieka. Tatuażysta z Auschwitz musi być błogosławieństwem dla potomków owych bohaterów życia, którzy dziedziczą tak trudne, a często pozbawione zrozumienia wspomnienia. Jest to na pewno wielka wartość tej książki, jak i przepiękne dziedzictwo samego Lalego Sokołowa.

Bohaterem jest wreszcie sam Lale. Wykorzystuje wpływy i swobody wynikające z pracy tätowierera by przetrwać, a nawet pomagać innym. Kiedy może dodaje im otuchy. Jest nim nawet wtedy, gdy stręczy nieopierające się temu dziewczyny dla radzieckich żołnierzy. Powieściowy Sokołow nie jest bohaterem w całości pełnokrwistym. Choć jest on postacią autentyczną, to na kartach powieści urasta do rangi symbolu. Uosabia wszystko to, co piękne w naszym człowieczeństwie, w kontraście do jałowości podłego życia nazistów. Najpełniej uosabia się to w tej o to scenie:
– Pan widzi odbicie swojego świata w zwierciadle, ale ja mam inne lustro – mówi Lale.
Baretzki zatrzymuje się i patrzy na niego, a Lale wytrzymuje spojrzenie.
– Kiedy w nie zaglądam – mówi – widzę świat, który zatryumfuje nad pańskim.
Usta Baretzkiego rozciągają się w uśmiechu.
– I myślisz, że tego dożyjesz?
– Owszem.
Baretzki kładzie dłoń na zawieszonym u pasa pistolecie.
– Mogę rozbić to twoje lustro tu i teraz.
– Ale pan tego nie zrobi. (s. 254-255).
Żal mi Stefana Baretzkiego. Wartownik z Auschwitz jest postacią historyczną, choć jednocześnie również i on jest symbolem, owym bydlęciem kontrastującym z humanistą Sokołowem. Zapewne to o nim Heather Morris pisze, że stanowi amalgamat całego szeregu osób… (s. 7). Rzecz jasna go nie usprawiedliwiam. Autorka pokazuje nam na przykładzie Baretzkiego, jak żałosne jest życie głupca. A także jak łatwo jest sobie te życie zniszczyć, podejmując zbyt pochopne decyzje. Stefan Baretzki nigdy nie wziął odpowiedzialności za swoje życie. Pochodził z patologicznej rodziny w Rumunii, stamtąd uciekł do Niemiec. Tam jego życiem pokierowało Hitlerjugend i SS (s. 78). Choć jest tylko (w powieści) rok młodszy od Sokołowa, to wciąż zachowuje się jak nastolatek (s. 76). Odnosi się wrażenie, że nie żyje on pełnią życia, tak jak Lale potrafił – choćby w samym sercu piekła. Jego stosunek do kobiet jest wprost żenujący (s. 76-77). Zdaje się, że on sam nie potrafi się wyzbyć pewnego szacunku dla Lalego (s. 197-198). Oto jest miara jego porażki – choć ma władzę nad jego życiem, to nie potrafi wyzbyć się wrażenia, że tak naprawdę to więzień góruje nad nim. Jak bardzo żałosne jest życie zbrodniarza, w mistrzowskim kontraście pokazuje choćby ta scena:
Tej nocy Lale leży w łóżku szczęśliwszy niż kiedykolwiek.
Gita, skulona na swojej pryczy obok pogrążonej we śnie Dany, leży, wpatrując się w ciemność szeroko otwartymi oczami, wciąż na nowo przeżywając chwile, które spędziła z Lalem, jego pocałunki, to jak bardzo chciała, żeby nie przestawał, żeby poczynał sobie jeszcze śmielej. Jej twarz płonie rumieńcem na myśl o kolejnych spotkaniach. (…)
Pijany jak bela Baretzki wpada do swojego pokoju w koszarach w Auschwitz. Kopnięciem zamyka drzwi i pada na łóżko. Z trudem odpina pas z pistoletem i wiesza go przy wezgłowiu. Rozciąga się na materacu, lecz w oczy świeci mu niewyłączona lampa. Próbuje wstać, ale po chwili się poddaje. Maca dłonią w poszukiwaniu broni i niezgrabnie wyciąga pistolet z kabury. Drugi strzał trafia w krnąbrną żarówkę. Broń spada na podłogę. Baretzki usypia. (s. 158-159).
Nie warto jest iść przez życie po najniższej linii oporu, gdyż wtedy nie niesie ono ze sobą żadnego piękna. Jakże przerażający musiał być moment, gdy ten żałosny człowiek, który nigdy tak naprawdę nie dorósł, skazany za zbrodnie wojenne na dożywotnią karę więzienia, w końcu uświadamia sobie, że przegrał życie. Nie dziwię się, że kończy się ono samobójstwem (s. 322).

Istnieje pewien rozdźwięk między Lalem Sokołowem powieściowym, a tym, którego zapamiętała Heather Morris i Gary Sokołow. Niemożliwym jest dla mnie do rozstrzygnięcia, czy w opinii Morris, a świadectwie Sokołowa, jego rysy charakteru zmieniły się na przestrzeni lat, czy też został on w powieści wyidealizowany. Młody Lale pozbawiony jest na przykład sarkastycznego humoru, którym odznaczał się później (s. 326). Nie mniej obaj Lale pasjonują się kobietami. Sokołow udokumentowany na zdjęciach, w posłowiu i epilogu jawi się nam jako dandys. Można go nazwać amantem. Bez cienia wątpliwości uwielbiał Gitę, miał ją za najwspanialszą kobietę na świecie. Jednak jak przyznaje to sama Gita we wspomnieniach Gary’ego: Nikt nie jest doskonały Twój ojciec zawsze się o mnie troszczył od pierwszego dnia w Birkenau. Wiem, że nie jest doskonały, ale wiem również, że dla niego zawsze będę na pierwszym miejscu, (s. 324). O ile autentyczny Sokołowe jest kobieciarzem, to młody Lale wyrywa dziewczyny z czułością, jakby zrywał kwiatki. Tatuażystę z Auschwitz można czytać jako dobry podręcznik obchodzenia się z kobietami. Nie wiem tylko na ile jest to wkład wspomnień Lalego, na ile wpływ postawy jego matki, a na ile są to rady przemycone od samej autorki. Część z nich pokazały cytowane już wyżej fragmenty rozmów bohatera z matką. Powieściowy Lale nawet jadąc w bydlęcym wagonie zastanawia się, jak dużo czasu upłynie, zanim będzie mógł podarować jakiejś dziewczynie kwiatki? (s. 14). Wie, że kobiety lubią czuć się piękne, a także że lubią mężczyzn, którzy noszą się elegancko (s. 11). Zaskakuje Gitę swoją wiedzę, gdy odkrywa przed nią, że czekolada smakuje lepiej, kiedy ktoś cię nią karmi (s. 124). Nie uważa pociągu dziewczyn do biżuterii za fanaberię i niegospodarność (s. 125). Tak uwieczniony Sokołow pokazuje nam, że obcowanie z kobietami może być niewyczerpanym źródłem satysfakcji i czynić nasze życie ciekawym. W naszych czasach mężczyźni są często zestresowani kontaktem z kobietami. Z nie do końca zrozumiałych dla mnie powodów, przybierają postawę buca. Może jest im łatwiej, bo czują się zwolnieni z obowiązku uprzejmości wobec kobiet? Nie trzeba traktować każdej dziewczyny jako kumpla, nie trzeba w niby to towarzyskich żartach wypominać jej na każdym kroku, że jest gruba albo brzydka. Przerażające jest to, że coraz więcej dziewczyn zaczyna traktować to jako coś normalnego. Nie znają już innej rzeczywistości. Lale uczy nas, że nie trzeba się bać. Bycie dżentelmenem uczyni życie przyjemniejszym i tobie i tym dziewczynom.
Postać Baretzkiego i tym razem służy za kontrast dla głównego bohatera. Jego niewiedza o dziewczynach jest na tle Lalego po prostu porażająca. Przeciwieństwo te buduje skutecznie element humoru powieści. Lale sam nie wie, dlaczego miałby go obchodzić ten potwór obok i to, czy kiedykolwiek nauczy się traktować dziewczynę z szacunkiem?, a jednak mimo chodem zaczyna udzielać mu rad (s. 84). Po ponad dwóch latach Baretzki dorasta na tyle, że nawet chce kupić dziewczynie parę nylonowych pończoch! (s. 198)..
– Czy przyniósł pan kiedyś dziewczynie kwiaty? – pyta Lale.
– Nie, a po co?
– Bo one lubią, jak mężczyzna przynosi im kwiaty. Najlepiej, jak sam je zerwie.
– Nie ma mowy. Wyśmialiby mnie.
– Kto?
– Koledzy.
– Czyli inni mężczyźni?
– No tak, pomyśleliby, że jestem mięczak.
– A co, pana zdaniem, pomyślałaby dziewczyna, gdyby dostała kwiaty?
– A co mnie to obchodzi, co by pomyślała? – Baretzki uśmiecha się szeroko i łapie za krocze. – Tylko do tego są mi potrzebne i tylko do tego one potrzebują mnie. Takie rzeczy się wie.
Lale idzie dalej. Baretzki podbiega do niego.
– Co? Coś źle powiedziałem?
– Naprawdę chce pan, żebym panu odpowiedział?
– Jasne.
Lale zatrzymuje się i staje z nim twarzą w twarz.
– Ma pan siostrę?
– Mam – odpowiada Baretzki. – Dwie.
– Czy chciałby pan, żeby inni mężczyźni traktowali pana siostry tak, jak pan traktuje kobiety?
– Jakby ktoś zrobił coś takiego mojej siostrzyczce, tobym go ubił. – Baretzki wyciąga pistolet z kabury i strzela kilkakrotnie w powietrze. – Ubiłbym jak psa.
Lale uskakuje. Echo wystrzałów rozchodzi się po okolicy. Baretzki dyszy ciężko, twarz ma czerwoną, oczy pociemniałe.
Lale podnosi ręce.
– Jasne. Po prostu coś do przemyślenia.
– Nie chce mi się już o tym dłużej gadać. (s. 77-78).
Baretzki zaczyna żartować z Lalego i jego listu, mówi, że pewnie zapomniał, jak postępować z kobietami. Lale ignoruje żarty i pyta go, czy czytał ostatnio jakąś dobrą książkę.
– Książkę? Ja nie czytam książek – mamrocze Baretzki.
– Powinien pan.
– A po co? Na co niby mi książki?
– Można się z nich dużo nauczyć, a dziewczyny lubią, jak się im cytuje fragment albo recytuje wiersz.
– Ja nie muszę cytować książek. Chodzę w mundurze, na dziewczyny nic innego nie potrzeba. One uwielbiają mundury. Wiem, bo mam dziewczynę – przechwala się esesman.
Lale pierwsze słyszy.
– Jak miło. I podoba jej się pana mundur?
– No pewnie! Czasem nawet go zakłada, maszeruje w kółko i salutuje. Wydaje jej się, że jest Hitlerem. – Baretzki pęka ze śmiechu, naśladując swoją dziewczynę, drepcząc z uniesionym ramieniem i pokrzykując „Heil Hitler! Heil Hitler!”.
– To, że podoba jej się mundur, nie znaczy wcale, że to pan jej się podoba – wypala Lale. (s. 82-83).
Rzecz jasna, Tatuażysta z Auschwitz to nie tylko flirt, miłość, ale i namiętność. Będziemy się kochać, gdzie tylko i kiedy tylko będziemy chcieli (s. 169), powtarza Lale swojej narzeczonej. Nie chcę, żeby to zabrzmiało naiwnie. Życie jest piękne wtedy, kiedy jest bogate w doznania. Nie mniej powieść Tatuażysta z Auschwitz, ukazująca życie obdarte z wszelkich przyjemności, odsłania to, co w tym życiu jest najpiękniejsze – miłość. A jest to coś, czego naprawdę na co dzień nie doceniamy. Rzecz jasna, seks w powieści jest też aktem oporu wobec nazizmu. Bo nawet tu, w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau, te bestie nie są w stanie odebrać im miłości. Kochać, kiedy tylko i gdzie tylko będziemy chcieli. Wprawdzie nie jesteśmy wolni, ale wybieram teraz i wybieram tutaj (s. 241). Tak właśnie Lale i Gita zwyciężyli nad hitleryzmem. Ich życie na moment stało się piękniejsze, niż kiedykolwiek było życie takiego Baretzkiego czy Schwarzhubera. Myślę, że właśnie to chciał powiedzieć Marek Edelman, a co nie zostało nigdy do końca zrozumiane. Patrzymy na Zagładę jako na potworną zbrodnię, ale nie doceniamy tego, że ze strony więźniów było także zwycięstwo naszego człowieczeństwa.
Wszystko to co powiedziałem do tej pory jest dla analizy utworu bardzo ważne. Jednak to co najbardziej odkrywcze, dlaczego w ogóle zdecydowałem się napisać ten esej, zostawiłem na koniec. Bo i w treści książki pojawia się to na samym końcu. Dla mnie bowiem najbardziej inspirujący, jest rozdział ostatni – epilog. Jestem zachwycony tym, jak Sokołow, po ponad trzech latach spędzonych w niewoli, buduje swoje życie od nowa. Wchodzi w nie bez żadnych obaw. Wie, że nie ma dla niego trudności, z którymi by sobie nie poradził. Porażka jest częścią życia, a spełniając marzenia niczego nie ryzykuje. W życiu trzeba robić to, na co się ma ochotę.
W październiku 1945 roku wziął ślub z Gitą i zamieszkał z nią w Bratysławie. Zaczął importować tkaniny wysokiej jakości – len, jedwab, bawełnę – z całej Europy i Azji. (…) Interesy szły świetnia; Lale przyjął partnera i zyski wzrosły jeszcze bardziej. Znowu zaczął nosić stylowe ubrania. Razem z Gitą jadali w najlepszych restauracjach i wyjeżdżali na wczasy do kurortów w Związku Radzieckim. (s. 310-311).
Lale i Gita żyli pięknie. Choć wbrew pozorom, życie nie było dla nich łaskawsze niż dla innych, wręcz przeciwnie. Już po wojnie Sokołow trafił do więzienia ponownie, tym razem komunistycznego. Zmuszeni byli emigrować. Ich firma zbankrutowała. Brak lęku przed porażką – oto ta wielka wartość, której uczą nas Lale i Gita. Piękny tego przykład daje ich syn Gary w posłowiu:
Postaram się opisać, jak te lata wpłynęły na nich oboje. Kiedy miałem szesnaście lat, ojciec musiał zamknąć firmę. Pamiętam, że wróciłem do domu i zobaczyłem, że nasz samochód jest odholowywany, a przed domem ktoś stawia ogłoszenie o licytacji. W środku Mama pakowała nasze rzeczy. Śpiewała. „Jak to”, pomyślałem wtedy, „właśnie stracili wszystko, a Mama śpiewa?” Posadziła mnie wówczas i powiedziała, co się dzieje, a ja zapytałem: „Jak możesz tak po prostu pakować się ze śpiewem na ustach?”. Uśmiechając się szeroko, odpowiedziała, że kiedy człowiek przez całe lata nie wie, czy za pięć minut nie zginie, to niewiele rzeczy może go wyprowadzić z równowagi. Powiedziała: „Dopóki żyjemy i jesteśmy zdrowi, wszystko samo się ułoży”. (s. 325).

Warsztat pisarski Heather Morris nie jest doskonały. Książkanie obfituje w piękne porównania ani epitety. A mimo to twierdzę, że jest ona arcydziełem. Tatuażysta z Auschwitz odkrywa przed nami coś nowego. Coś, co być nie może zostało nigdy do tej pory powiedziane. Jest to sukces wspólny Heather Morris i Lale Sokołowa. Ona dała swoją wnikliwość i inteligencję. On dał przykład z samego siebie. Wierzę, że Lale i Gita staną się kiedyś symbolem. Będą jak Tristan i Izolda, Romeo i Julia. Jak Kleopatra i Marek Antoniusz. Gdy spoglądam w te pełne zuchwałości oczy Lalego i przepiękne, ciemne oczy Gity, to wiem, że życie może być naprawdę piękne.
Mariusz K. Matczak, 10.05.2021 r.
W powyższym wpisie opisuję zbrodniarzy wojennych jako Niemców. Określam też obóz koncentracyjny w Auschwitz-Birkenau jako niemiecki. Nie jest to w żaden sposób przejaw germanofobii. Uważam, że współcześni Niemcy są wspaniałym narodem, który z wielką godnością niesie brzemię winy, jaką ich przodkowie ponoszą za II wojną światową. Ruch rewizjonistyczny jest w Niemczech wciąż marginesem. Nie mniej faktem jest, że zbrodni Holocaustu dokonali członkowie niemieckiego narodu, a także że działo się to z bardzo dużym poparciem ówczesnego niemieckiego społeczeństwa. Nie ma się o co obrażać. Trzeba przyjąć fakty takie jakimi one były. W każdym narodzie występują ludzkie zwierzęta. My także mieliśmy swojego „Burego”. I każdy naród jest narażony na ryzyko, że opęta go kiedyś szaleństwo jakiegoś totalitaryzmu. Obyśmy my nigdy nie musieli nieść tak bolesnego brzemienia, jakie niosą współcześni Niemcy.
Zwracam też uwagę, że co do zasady nie traktuję samobójstwa jako śmierci godnej tylko życia, które było żałosne. Jestem wysoce wrażliwy na tematykę chorób psychicznych. Uważam się za jedną z ostatnich osób, które oceniałyby kogoś za jego myśli i próby samobójcze. Śmierć Stefana Baretzkiego potraktowałem jako symbol jego upadku. Tak jak zwykliśmy traktować w naszej kulturze śmierć Judasza. Mariusz K. Matczak, 10.05.2021 r.