W skrytości serca, chcę być czasem postrzegany jako Ostatni Mohikanin lat 90. Tak jak Ryszard Riedel był wtedy ostatnim hippisem. Wiem, że pragnienie te jest nieracjonalne. Przyszedłem na świat dopiero w połowie tej epoki. Czy to uznaję czy nie, w największym stopniu ukształtowały mnie pierwsze lata XXI wieku, a po części już nawet lata dziesiąte. A jednak te pierwsze sześć lat życia wywarły na mnie duży wpływ. Przede wszystkim zrodziły we mnie głęboki sentyment do lat 90. Mając starszą o kilkanaście lat siostrę, niejako awansem uczestniczyłem w kulturze i atmosferze jej pokolenia. Było ono moim towarzystwem wczesnych wieczorów spędzonych na podwórzu, dopóki mama nie zawołała mnie do domu, czasem też spacerów i wyjazdów. Nie próbuję odebrać pokoleniu przełomu lat 70. i 80. ich wyjątkowego przywileju bycia ukształtowanymi i jednocześnie kreującymi atmosferę lat 90. Mam jednak prawo do utożsamiania się i kultywowania tej części mojej osobowości, którą ukształtowała tamta mała epoka. I myślę, że wśród przedstawicieli mojej generacji nie jestem wcale odosobniony. Wiem, że gdy późną nocą w barze ktoś zanuci którąś z kultowych piosenek tamtych lat, okaże się, że jej tekst zna na pamięć cała sala, a przy jej śpiewaniu wytworzy się nierównająca się z niczym innym atmosfera sentymentu i pokoleniowej solidarności.
