Muzyka antyPiSu cz. II Muzyka sprzeciwu w czasach rządów Zjednoczonej Prawicy

Początek. Paweł Kukiz i Zakazane Piosenki

Wybory prezydenckie 2015 roku wspominam jako czas euforii. Jednak pierwsze sondaże dawały urzędującemu Prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu miażdżącą przewagę nad kontrkandydatami. Myślę, że wyzwoliło to w ludziach coś jakby wolę walki. Chcieliśmy sobie udowodnić, że jesteśmy w stanie dokonywać zmian, że nie jesteśmy tylko biernymi produktami polityki. Widać było, że wszyscy wokół chętnie rozmawiają na temat wyborów. Wielu kandydatów organizowało kameralne spotkania z potencjalnymi wyborcami. Panowała na nich atmosfera politycznego zaangażowania kojarząca się z latami 20. ubiegłego wieku. Zdobywały sobie popularność lub powstawały nowe ugrupowania. Partia Razem, nieco później .Nowoczesna. Nawet ten Braun czy Tanajno. Dla mnie był to przede wszystkim czas Ruchu Kukiz ‘15. Odłożę jednak na bok własne wspomnienia, a wrócę do tematu eseju, czyli muzyki.

Paweł Kukiz uzyskał w I turze wyborów prezydenckich 2015 roku wynik 20%, niespotykany dla trzeciego kandydata od 1990 roku. Wysoki rezultat był zasługą także tego, że przygotowywał się do tych wyborów solidnie. A swoje przygotowania zaczął od wydania rok wcześniej albumu pod tytułem „Zakazane Piosenki”. Za swoje zaangażowanie politycznie zapłacił zresztą wysoką cenę, bo współpracująca z nim wytwórnia Sony Music Entertainment Poland zerwała z nim kontrakt pod tymże pretekstem. W tekstach piosenek Paweł Kukiz zawarł najważniejsze postulaty swojego programu politycznego (por. utwór „JOW!”), a także swoją wizję historii III RP i refleksję nt. współczesnych problemów państwa polskiego.

Album otwiera utwór pt. „Dnia czwartego czerwca” (nawiązująca melodią, tekstem i tytułem do jednej z Zakazanych Piosenek z filmu z 1947 roku). Zawiera on tezę według której obecny system polityczny współtworzy niezmieniająca się od lat klasa polityków i dziennikarzy, którzy w latach 80. zawarli kompromis z władzą komunistyczną i przejęła od nich niepodzielną władzę w kraju („Kiszczak i Jaruzelski / Moskiewskie pachołki / ze zdrajcami ludu / podzielili stołki”). W przeciwieństwie do ustroju komunistycznego, w Polsce nie rządzi już jedna, lecz kilka partii politycznych, które w pozornie wolnych wyborach co kilka lat zmieniają się na państwowych stanowiskach. Propagandystyczne media mają utwierdzać Polaków w przekonaniu, że mają oni jakiś wybór, którego de facto nie mają („Mediami sterują / naród ogłupiają / że już od ćwierćwiecza / ludzie wolność mają”). Krąg władzy jest nader ekskluzywny, a poszczególne partie polityczne partycypujące w rządach chronią się wzajemnie, by w sposób bezkarny móc defraudować publiczne pieniądze itd. Paweł Kukiz nazwał ten system partiokracją – władzą partii politycznych, w której lud jest suwerenem tylko z pozoru.

W piosence „Dnia czwartego czerwca” z albumu „Zakazane piosenki” z 2014 roku, Paweł Kukiz wyłożył swój pogląd na temat polskiej transformacji ustrojowej i tego, co nazywa partiokracją.

Kolejne utwory rozkładają działanie polskiego państwa na czynniki pierwsze. A te jest determinowane doniosłymi błędami popełnionym w przeszłości. „Kundelek Antka Policmajstra”, utwór nawiązujący do prawdziwej postaci, opowiada o pozornej weryfikacji służb specjalnych z lat 90. („chyba że nie jest taki zły / bo przecież to jest SB-k wasz / weryfikację przeszedł w mig / za niego partia dała twarz”). Dawni aparatczycy, wykorzystując swoją wiedzę zdobytą w toku działań operacyjnych zarówno w czasach PRL-u jak i niezreformowanej III RP, wywierają duży wpływ na życie polityczne kraju („Antek .. siedzi w biurze /na Wiejskiej mąci ustawami”). „KGMO” opowiada nie tyle o działaniu samej policji, co raczej wszechobecnym nepotyzmie III RP („Miejsce roboty dla wujka i cioci / Praca dla kuzyna i tak z ojca na syna”). Jest on tak duży, że na jego potrzeby rozbudowuje się i tak już niesamowicie przerośniętą strukturę biurokratyczną („Kolejny dyrektor, następne wydziały / Więc niedługo będzie (zakupować pały”). Pokłosiem nepotyzmu jest lekka ręka do wydawania publicznych pieniędzy („Podatki do góry, bo trzeba utrzymać / Następnego komendy głównej syna”). Oczywiście jest to też kolejny utwór o pozorowanej weryfikacji służb specjalnych („Scheda po komunie tu koszul się nie brudzi / Tu rządzi polityka daleko są od ludzi / Urzędnicy w mundurach bez wiedzy o ulicy / W służbie sobie samym mentalni bolszewicy”). Jeszcze inny utwór, który wpadł mi w ucho, to „Samokrytyka (dla Michnika)”. Ten z kolei opowiada o medialnej propagandzie („Jestem moherem, oszołomem,/ Nazistą, świnią, homofobem / Zdrajcą, agentem, pomyleńcem, / Wrogiem dla Rosji i Unii Europejskiej”) i jej roli w utrzymywaniu skostniałego systemu (…„Durniem, co szuka dziury w całym /W naszym Systemie / Doskonałym”). W pamięci należy mieć poglądy Kukiza na niezależność mediów, wyłożone przez niego na początku albumu w „Dniu czwartego czerwca”.

Oczywiście „Zakazane Piosenki” to album jeszcze z czasów rządów Donalda Tuska i Ewy Kopacz. A jednocześnie była to muzyka przełomu, która podczas wyborów prezydenckich 2015 roku płynnie przeprowadziła nas z rządów PO-PSL do czasów Zjednoczonej Prawicy. Gdy Andrzej Duda rozpoczynał prezydenturę, nie ucichły jeszcze echa kampanii wyborczej. A pośród nich „Zakazane Piosenki” stały się moją pierwszą muzyką anty-PiS.

Hity rewolucji

Przyjąłem, że utwory kojarzone z ruchem anty-PiS wymienię mniej więcej zgodnie z chronologią ich powstania, względnie zdobywania przez nie popularności. Stosownie do tego, jako pierwsze opiszę utwory które zdobyły sobie popularność na wszelkiego rodzaju antyrządowych manifestacjach. Wydaje się to dziwne, ale jest zgodne z chronologią. Uliczny ruch oporu przeciwko rządom PiS zawiązał się już bodaj pod koniec 2015 roku, czyli na mniej niż trzy miesiące po wygranych przez nich wyborach. Od tych pięciu lat mamy w Polsce wysyp protestów środowisk wszelkiej maści. Od górników po uczniowską rebelię w obronie klimatu. Falami demonstracji, które w moim odczuciu zaangażowały największą część społeczeństwa i wywarły największy wpływ na nasze życie polityczne, były te w obronie sądów oraz marsze w obronie praw kobiet. Nie ujmując innym protestującym, którzy nierzadko przez długi czas potrafili na siebie ściągnąć uwagę całego kraju.

Przez pierwsze dwa lata rządów Zjednoczonej Prawicy ruch w obronie sądów zagospodarował Komitet Obrony Demokracji, zawiązany w listopadzie 2015 roku (rząd Beaty Szydło zaprzysiężono 16 listopada). Był on w tym czasie liderem ulicznej opozycji. Wydaje się, że za siłą tego ruchu stał jego pierwszy lider, Mateusz Kijowski. Po jego odejściu w atmosferze skandalu w 2017 roku, KOD stracił dużą część swojego impetu.

Nie powinienem w tym wpisie zagłębiać się w ocenę tego ruchu. Chcę jednak poczynić kilka spostrzeżeń, by uwypuklić mój stosunek do opisywanej rzeczy. Znam wiele wspaniałych osób, zaangażowanych w prace KOD-u do dziś z czysto altruistycznej troski o przyszłość kraju. Niejednokrotnie miałem jednak wrażenie, że osoby z pokolenia pierwszej „Solidarności”, angażowały się w KOD tylko po to, by przeżyć coś jakby w rodzaju drugiej młodości. Tak jak w każdym ruchu masowym, tak i w tym zdarzały się osoby, które traktowały wyjazdy na demonstrację jako formę wycieczki krajoznawczej. Wreszcie znaleźli się tacy, co do których mam silnie umotywowane podejrzenia, że byli związani z jakąś agenturą. Co stwierdzam np. na podstawie czarnej propagandy, szeptanej przez nich późnymi wieczorami po strajku, pod płaszczykiem bycia wiarygodnym źródłem z okolic rządu. Ale też po skali ich zaangażowania (w dowolnym miejscu kraju, dowolnego dnia i nie raz przez wiele tygodni), która wyklucza posiadanie jakiejkolwiek pracy zawodowej, przy jednoczesnym zgrabnym unikaniu zainteresowania własną osobą i kontaktów z mediami. Ci ludzie z czasem odeszli z KOD-u i rychło zawiązali własne stowarzyszenie pod przewrotną nazwą Obywatele RP. Krótko mówiąc, diagnoza KOD-u była słuszna, a intencje lwiej części obrońców były jak najlepsze. Dlaczego więc to nie wyszło? Myślę, że błąd popełniono przy samej organizacji demonstracji, a w ramach niej – w zbyt instrumentalnym traktowaniu muzyki właśnie. Oczywiście wysiłek włożony w tę organizację jest godny podziwu, warto też uszanować te zaplecze merytoryczne które musiało za tym stać. Jednak im mniej demonstracja jest spontaniczna, tym bardziej przypomina ona spektakl. Być może wystawiany dla jakiegoś konkretnego widza.

Demonstracje KOD-u miały to do siebie, że były zawsze perfekcyjnie przygotowane. Protestujących zwożono do stolicy specjalnie w tym celu wyczarterowanymi autokarami. Uczestnik takiej manifestacji nie musiał dla idei poświęcać swojej wygody i tłoczyć się w zapchanym wagonie kolejowym. Nie musiał też się wysilać, by wymyślić jakiś twórczy, ściągający uwagę transparent. Te rozdawano gotowe po przybyciu na miejscu, razem z ciekawymi, okolicznościowymi gadżetami takimi jak przypinki i flagi. Trasę przemarszu koordynował zespół coś jakby na wzór Pokojowego Patrolu. Niejednokrotnie widziałem, jak podczas okupacji któregoś z budynków czy wyjazdów prowadzili oni negocjacje z ochraniającą ją policją, tak jakby licytowano się na ile mogą sobie pozwolić, by nadal uznawano ich protest za pokojowy. W najbardziej gorących momentach instruowali oni siadających na ziemi protestujących o zasadach obywatelskiego nieposłuszeństwa i prawach obywatela przy zatrzymaniu przez policję. No i muzyka. Na marszach KOD-u nie było śpiewu wyrywającego się samoistnie z piersi protestujących. Organizator rozpieścił ich do tego stopnia, że byli już oni na to zbyt leniwi. Pieśni rozlegały się z obwoźnych, wysokich głośników. Były to utwory głównie z lat 80., które tak jak już mówiłem, kojarzyły się przez analogię z ruchem antyPiS. Gdyby manifestacja miała być widowiskiem, to była by całkiem efektowna. Pamiętam, jak przejął mnie utwór „Hej, czy nie wiecie”, rozlegający się zewsząd, gdy pod gmachem parlamentu wielotysięczny tłum bujał się z tasiemcowo długą biało-czerwoną flagą. Na pewno ważnym elementem KOD-owskiego folkloru była okolicznościowa orkiestra obywatelska, która na donośnych instrumentach takich jak bębny i trójkąty wygrywała zagrzewające do walki marsze, rodem z Wielkiej Armii. Musieli być oni naprawdę zaangażowani w swoją sprawę, skoro stawiali się na każdą demonstrację i grali na nich nieprzerwanie przez wiele, wiele godzin. Bardzo późnym wieczorem, gdy starsi wracali już autokarami do swoich miejscowości, atmosfera protestów bardzo się zmieniła. Dopiero wtedy było widać, jak bardzo wielu ludzi młodych brało w nich udział. Szkoda, że nigdy tego nie pokazywano w mediach, podtrzymując zafałszowaną narrację mediów publicznych, że był to ruch wyłącznie emerycki. Młodzi ludzie rozpraszali się na terenie parlamentu na mniejsze grupy. Siadali w kółko, poznawali się. I czasem także – śpiewali. Kilka razy widziałem, jak przygrywali sobie na gitarach niczym na obozie harcerskim i spontanicznie próbowali sklecić jakąś piosenkę. Nie wiem czy kiedykolwiek powstał z tego jakiś spójny tekst, czy kiedykolwiek coś z tego nagrano i wrzucono na YouTube’a. Dla mnie było to doświadczenie pokrewne sztuce teatralnej, która na ogół dedykowana jest do przeżywania tylko w tym konkretnym miejscu i czasie. Nie przytoczę nawet jednego pełnego wersu którejś z tych ulicznych ballad, ale pamiętam np., jak kiedyś jakaś młoda dziewczyna śpiewała wysokim, jakby pretensjonalnie przeciągłym głosem coś o głupotach wygadywanych w telewizji.

Organizator marszów Komitetu Obrony Demokracji dbał o ich widowiskową oprawę muzyczną. Dostrzegał analogię między ustrojem komunistycznym a tym proponowanym przez ZP i jako symbol oporu wykorzystywał dawne przeboje muzyki antykomunistycznej, takie jak „Hej, czy nie wiecie” zespołu Kult z 1987 roku.

Dużą popularność pod Trybunałem Konstytucyjnym, a następnie pod Sądem Najwyższym i Pałacem Prezydenckim zdobył sobie Maciej Maleńczuk ze swoim panoramicznym utworem „Fajnie” z września 2016 roku. Od tamtej pory krakowski skandalista nagrał kilka takich politycznie zabarwionych piosenek. Po śmierci Wojciecha Młynarskiego przypomniał jego dawne szlagiery tego nurtu, czy też może odświeżył je nadając im poprzez teledyski nowy kontekst (np. utwory „Mam zaśpiewać coś o cyrku”). Warto wspomnieć, że Maleńczuk nigdy nie porzucił treści politycznych w swoich utworach. Po prostu wcześniej sytuacja w Polsce nie niepokoiła go na tyle, by miał się nią zajmować, dużo uwagi poświęcił natomiast konfliktowi rosyjsko-ukraińskiemu (utwory „Vladimir”, „Sługi za szlugi”). Były też jakieś przemyślenia dot. sfery obyczajowej („Tęczowa swasta”). Ale gwoli sprawiedliwości, po powrocie do bieżącej polityki utworem „Fajnie” Maleńczuk nie omieszkał też przysolić rządom Platformy Obywatelskiej („Fajni są ci, co kelnerami pomiatali, / co tak ostro grali, a kelnerzy to nagrali. / Fajnie, że to nagranie tak do serca wzięli, / o kraju zapomnieli, umknęli do Brukseli. / Fajnie, że ludzie znowu wyszli na ulice, / nasze te ulice, ale czyje kamienice?”).

Piosenka „Fajnie” Macieja Maleńczuka z 2016 roku jest jednym z pierwszych utworów panoramicznych nt. rządów Zjednoczonej Prawicy, a jednocześnie zdobyła sobie popularność w trakcie ulicznych protestów.

Kulminacją obywatelskiego ruchu oporu przeciwko złym zmianom w sądownictwie były ogólnokrajowe protesty z lipca 2017 roku. Dla mnie osobiście był to jedyny moment, kiedy poczułem, że gospodarzem tego protestu są sami obywatele, a nie jakaś parapolityczna organizacja. I dlatego z sercem się weń zaangażowałem. Swoje wspomnienia z tamtych dni zostawię na kiedy indziej. Trzeba jednak powiedzieć, że wtedy nie było już wesołej muzyczki w tle, nie było miejsca na zwiedzanie Warszawki po spełnionym „obowiązku”. Było natomiast morze ludzie pod Pałacem Prezydenckim i ogromna stanowczość w wykrzykiwanym żądaniu: „Chcemy veta!”. Miałem wrażenie, że powtarza się tu ta sama sytuacja, która miała miejsce w grudniu 1970 roku pod gmachem Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Z tą różnicą, że wtedy żądaniem było „Chcemy chleba!”, no i był to oczywiście Gdańsk. Momentem, w którym uświadomiłem sobie, że nasz protest naprawdę jest żywiołowym wyrazem woli ludu, było spontaniczne przejście tłumu spod Pałacu Prezydenckiego na ulicę Wiejską. W tamtym momencie poczułem, że ma to nie mniej rewolucyjny potencjał niż przemarsz powstańców przed zdobyciem arsenału w 1830 roku. Myślę, że wtedy, podczas tego przemarszu, powinny zostać odśpiewane „Mury” Jacka Kaczmarskiego albo refren „Psalmu stojących w kolejce” Krystyny Prońko. Podnoszono jednak wtedy same okrzyki („Chodźcie z nami”), żadnych pieśni. Jak już doszliśmy pod Sejm, potrwało to z dobrą godzinę, zanim koordynatorzy protestu zdecydowali co dalej zrobić z tą masą i energią. Niektórzy z nich chodzili między nami, zapewniając, że za chwilę zapadnie decyzja o otoczeniu parlamentu żywym łańcuchem. Pamiętam jak wtedy, zagrzewając się do walki przed dalszymi wydarzeniami, grupa młodych ludzi odzianych w biało-czerwone sukna zebrała się w kółku i śpiewała starą, zapomnianą pieśń: „Gdy naród do boju”. Nie tylko ja musiałem mieć wówczas rewolucyjne skojarzenia w głowie.

W lipcu 2017 roku protestujący pod parlamentem mieli iście rewolucyjne skojarzenie, w tym także te muzyczne. Tu hymn „Gdy naród do boju” z II ćwierci XIX wieku, kojarzony jako pieśń ruchów chłopskich, a później zawłaszczona przez socjalistów. Byłem świadkiem odśpiewania tego hymnu owego pamiętnego lipca pod Sejmem.

Zdecydowanie największym hitem rewolucji była piosenka: „Kocham wolność!” zespołu Chłopcy z Placu Broni, napisana przez lidera grupy Bogdana Łyszkiewicza w 1990 roku. Hit rewolucji – dokładnie tak określił ją Skiba w reportażu telewizji TVN24, poświęconym właśnie niezwykłej wówczas popularności tej piosenki. Fakt, że nagrano na ten temat cały reportaż dowodzi, jak wielkie ten utwór miał wtedy dla nas znaczenie. Gdy grupa osób protestujących we Włocławku przeszła spod gmachu Sądu Rejonowego pod biuro poselskie jednej z posłanek PiS, nawoływała do biernej młodzieży o przyłączenie się do demonstracji. Jeden z chłopaków stojących przy swoim aucie wyraził solidarność z naszym ruchem poprzez puszczenie z głośników tej właśnie piosenki. Na pytanie, dlaczego to właśnie „Kocham wolność!” stało się symbolem tego ruchu, Skiba odpowiedział, że nikt tego nie wie – gdyby istniała jakaś receptura na stworzenie przeboju to każdy by z niej korzystał i nagrywałby hity. Skoro więc Skiba tego nie wiedział, to ja też nie będę się nad tym głowił. Może chodziło tu o te proste, a jednocześnie doskonale adekwatne do sytuacji słowa. W końcu ta piosenka jest jakby o lęku przed utratą tej kruchej, dopiero co odzyskanej wolności, też o szacunku wobec tego daru, wcale nie oczywistego. Może miała też na to wpływ jakaś legenda Bogdana Łyszkiewicza. Dość, że właśnie ten utwór stał się najbardziej reprezentatywny dla całego ruchu antyPiS. Dowody tego można znaleźć chociażby w tym, że piosenka ta często stanowiła tło dla późniejszych wystąpień chociażby Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i Rafała Trzaskowskiego w kampanii prezydenckiej 2020 roku.

Hit rewolucji – tak nazwał ten utwór Skiba w reportażu stacji TVN24 z lipca 2017 roku. Piosenka „Kocham wolność” zespołu Chłopcy z Placu Broni z 1990 roku stała się absolutnym symbolem ruchu antyPiS.

Według mojej obserwacji, z Czarnymi Protestami z lat 2016-17 nie był kojarzony żaden konkretny utwór. Brałem udział w tego typu manifestacjach w rodzinnym Włocławku oraz dwukrotnie w Warszawie. Marsze te nie były organizowane przez Komitet Obrony Demokracji i nie odznaczały się tak wysokim stopniem organizacji. Może w zamyśle ich organizatorów miały być one właśnie bardziej spontaniczne, ich atmosfera miała być bardziej nerwowa. Nieco innym klimatem odznaczała się manifestacja Czarnych Parasolek z 8 marca 2017 roku w Warszawie, zwołana z okazji Dnia Kobiet. Nie była ona zwołana doraźnie przeciwko żadnemu omawianemu projektowi, lecz jakby ku przestrodze dla rządzących, że każda kolejna taka próba spotka się z równie silnym oporem społecznym co w ubiegłym roku. Nie było w niej tyle oburzenia, pozwolono sobie na większy dystans. Kulminacyjnym punktem manifestacji był koncert piosenkarki Kayah na Placu Konstytucji. Podobnie jak inicjatorka ruchu w Polsce, aktorka Krystyna Janda, Kayah uchodzi za kobietę bardzo silną i niezależną, dlatego w sposób naturalny mogła stać się jednym z symboli tego ruchu. Zaśpiewany tego dnia na Placu Konstytucji „Testosteron” stał się wtedy symbolem ruchu Czarnych Parasolek. Nawiązuje on do kobiecej siły i niezależnej zarówno swoim tekstem, jak i poprzez osobowość jego wykonawczyni.

Poniewczasie, ale na swój hymn Czarne Parasolki obrały „Testosteron” Kayah, który był wielkim przebojem w 2003 roku.

Była ulica, a co z zagranicą?

Ówczesny styl uprawiania polityki przez opozycję PiS określało mianem „ulica i zagranica”. W ich ustach miało to wydźwięk negatywny, „ulica” oznaczała tu polityczne awanturnictwo, zaś „zagranica” miała oznaczać donosicielstwo, jeśli nie kolaborację z obcym państwem (te określenie konotuje, że jakobyśmy byli pod jakąś okupacją, a PiS był czymś w rodzaju państwa podziemnego). Dużo słów poświęciłem muzyce „ulicy”, ale warto wspomnieć, że i „zagranica” miała swój wkład w rozwój tego nurtu. Na początku 2016 roku w niemieckiej telewizji regionalnej Norddeutscher Rundfunk (NDR) ukazała się krótka piosenka nagrana w konwencji kabaretowej „Ein Lied für Polen” („Piosenka dla Polski”). Opisuje ona ówczesną sytuację polityczną w Polsce, zwłaszcza wokół zmian personalnych w Trybunie Konstytucyjnym i reform sądownictwa. Tekstowi piosenki wtóruje zabawna animacja, na której możemy zobaczyć np. Jarosława Kaczyńskiego tańczącego na stole i wykopującego ze stołków kolejnych sędziów TK. Uproszczony opis odpowiada poziomowi rozumienia tej sytuacji przez przeciętnego Niemca. Zwracam jednak uwagę, że i tak jest on bardzo konkretny. Szczególnie zwraca uwagę to, że w Niemczech i szerzej mówiąc na Zachodzie często porównuje się nas do Węgier. Nam te podobieństwo umyka, lub też celowo się je tuszuje. Może sugerowanie, że bylibyśmy jedynie naśladowcami postawy Victora Orbana godzi w naszą dumę narodową. Wszak my zawsze jesteśmy we wszystkim pierwsi. A może lepiej nie zwracać uwagi na podobieństwo do kogoś, kto „flirtuje” z Władimirem Putinem. Jednocześnie piosenka jest dość krótka, bo Niemcy wcale tak bardzo tą sytuacją w Polsce się nie interesują.

„Ein Lied für Polen”, piosenka kabaretowa niemieckiej stacji NDR z 2016 roku, która to miała zdestabilizować sytuację w naszym kraju.

Fakt pojawienia się tej piosenki w niemieckiej telewizji był szeroko omawiany w polskich mediach, zwłaszcza prawicowych. Doszukiwano się w tym obelgi i ingerowania w wewnętrzne sprawy Polski. Sam w pierwszym odruchu tak zareagowałem („Biją mnie Niemcy!”).

Ale jak tak się zastanowić, to właściwie w jaki sposób taki krótki utwór miałby wpłynąć na sytuację w Polsce. A że jest on obraźliwy – każdy ma prawo do wyrażenia swojej negatywnej opinii na temat sytuacji w danym kraju, szczególnie w sposób prześmiewczy, kabaretowy. Taki rodzaj geopolitycznego dowcipu uprawia dziesiątki komików w Polsce i za granicą. Zobaczcie, ile utworów Putinowi czy Angeli Merkel poświęcił Słowak Klemens Slakonja. Ta sama stacja NDR nagrała podobną piosenkę nt. dokonującego na sobie auto-puczu Recep’ie Tayyip Erdoğanie, nie tak dawno temu pokazała w jednym szeregu m.in. Donalda Trumpa, Władimira Putina i Jaira Bolsonaro w piosence pod nazwą „Du bist Populist”. Może więc władza w Polsce boi się kabaretu samego w sobie, a nie tego, że jest on nagrywany poza granicami kraju.

A tu inny przykład kabaretowej piosenki rodem z niemieckiej telewizji regionalnej, „Du bist Populist” z 2020 roku. W tym wypadku ingeruje ona w wewnętrzne sprawy Rosji, Stanów Zjednoczonych i Brazylii.

Przeboje drugiego antyPiSu – od „Fajnie” Maleńczuka do „bólu” Kazika

Z czasem w Polsce zaczęły powstawać utwory studyjne, nawiązujące do niecodziennej sytuacji politycznej kraju, w której to jesteśmy zawieszeni już od lat pięciu. Niekiedy można się w tym dopatrywać chęci łatwego zysku, komercjalizacji tematu. Myślę, że wyznacznikiem, na ile utwór jest szczery, jest po prostu jego odkrywczość. Kiedy już któryś-nasty muzyk pisze piosenkę o tym, jak to nasz kraj jest podzielony, robi się to po prostu nudne i odtwórcze. Ale ja nie chcę tu nikogo wytykać palcami. Z drugiej strony, uporczywe pomijanie tego tematu również byłoby nieszczere. Nie da się ukryć, że ta władza bardzo mocno zdominowała nasze życie, regulując zresztą jego niemal każdy aspekt, nawet ten najbardziej intymny. Nie da się całkowicie oderwać twórczości od kontekstu, w jakim żyjemy. Dlatego w różnych utworach wychwytujemy niekiedy subtelne nawiązania do tematu, jak choćby w „Szubienicapestycydybroń” Quebonafide, w którym to mówi on o „małym dziwnym pośle”.

W utworze „Szubienicapestycydybroń” z 2020 roku, Quebonafide mimochodem wspomina o „małym, dziwnym pośle”. Nie możemy się bowiem być całkowicie oderwani od tego, co wokół nas się dzieje.

Zdecydowanie prym w tym nurcie wiodą starzy wyjadacze, artyści, którzy są na rynku muzycznym już od ponad dwudziestu, trzydziestu lat. Do tematyki politycznej często wracają ci, których opisałem w I części eseju jako twórców muzyki antysystemowej. Wspomniałem już wyżej Macieja Maleńczuka, którego świeże utwory przeniknęły pod Pałac Prezydencki. Nie będę się powtarzał, ale warto podkreślić, że „Fajnie” było na pewno jednym z pierwszym utworów studyjnych drugiego antyPiSu.

Spośród wielu piosenek nawiązujących swoją tematyką do antyPiSu, moją uwagę przykuł utwór „Ali Baba” zespołu punkrockowego Farben Lehre z albumu pt. „Stacja wolność” z 2018 roku. Teledysk do utwory zadebiutował na kanale YouTube 20 lutego 2019 roku. Piosenka opowiada o czymś, co osobiście postrzegam jako jeden z głównych grzechów Polaków, na którym żeruje PiS. O przeświadczeniu, że nam się coś po prostu należy. Że pieniądze, mieszkania, wakacje itd. biorą się znikąd, a nie z pracy. O tym, jak niszczy to w nas jakąkolwiek ambicję, zarówno na poziomie osobistym jak i szerszym, ogólnonarodowym, musiałbym napisać osobny esej. A najlepiej całe studium psychologiczne. Najlepiej zobrazowało to same TVP Info, relacjonując spotkanie wyborcze prezydenta Andrzeja Dudy w Łowiczu w lutym tego roku. Wiem, że pewnie była to tzw. ustawka, ale nie zmienia to faktu, że siła oddziaływania tego obrazu była ogromna. Do Pana Prezydenta podszedł wówczas pewien mężczyzna i wyznał, że gdyby nie rządowy program 500 plus to jego dzieci nigdy nie mogłyby iść na studia, roniąc przy tym rzewne łzy. Wyuczona bezradność. Gdyby ktoś nie dał mu pieniędzy do ręki, to on sam nie podjąłby żadnych starań, by zapewnić dzieciom możliwość studiowania. A te dzieci, które idąc na studia muszą mieć przecież przynajmniej od 18 do 20 lat, czyli innymi słowy są już dorosłe, także nie są już w stanie zrobić czegokolwiek samodzielnie. Myślę, że będę ten obraz jeszcze nie raz przywoływał, bo mną naprawdę to wstrząsnęło. A Farben Lehre śpiewa o tym tak m.in. tak: „Głupi się do sera śmieje, kogut o poranku pieje / Sezam sam się otwiera, klakier głaszcze Gargamela / Na nic żale i smutki, nalej wreszcie mi wódki / Hipokryci u steru, idą po trupach do celu” i „Hej abrakadabra – srebrników bez liku / Ali Baba i czterdziestu rozbójników / Hej abrakadabra – nie wiem co się dzieje / bo z próżnego i Salomon nie naleje”.

„Ali baba” zespołu Farben Lehre z albumu „Stacja wolność” z 2018 roku. „Sezam sam się otwiera”, a „klakier głaszcze gargamela”, czyli piosenka o tym, jak to wszystko w Polsce stanęło na głowie.

Treści polityczne można odnaleźć w tekstach jak i w teledyskach grupy Coma, znanej dotąd z nieco psychodelicznego rocka (np. „Odwołane” z albumu „Metal Ballads vol. 1”, październik 2017 r.). Nie tak dawno temu piosenkę o podziale polskiego społeczeństwa nagrał Tomasz Organek, dotąd kojarzony raczej jako twórca muzyki rockowej z dowcipem („Pogo”, premiera na YT 16 lipca 2020 roku). Wielkim przebojem muzyki antyPiS był z pewnością „Twój ból jest lepszy niż mój” z maja 2020 roku. Wyszedł on spod ręki mistrza i weterana nurtu, Kazika Staszewskiego. Myślę, że był to utwór przełomowy, nie tylko za sprawą afery jaka później wokół niego narosła w radiowej trójce. Udało mu się bowiem ośmieszyć PiS nawet w oczach tych, którzy dotąd starali się ich tłumaczyć. Niestety pokazał też przy tym, że tą tematyką można nagrać niezwykle popularny przebój. Mówię o tym niestety, bo na pewno postara się to wykorzystać wielu żądnych popularności autorów.

Już sam teledysk do utworu „Odwołane” grupy Coma z 2017 roku wiele mówi nam o współczesnym społeczeństwie polskim.
W niniejszym wpisie nie mogło oczywiście zabraknąć utworu „Twój ból jest lepszy niż mój” Kazika z maja 2020 roku, który to wyniósł nurt polityczny polskiej muzyki na wyżyny popularności.
O podziale polskiego społeczeństwa koniecznie chciał też nam opowiedzieć Tomasz Organek w piosence „Pogo” z lipca 2020 roku.

Do antyPiSu przyznaje się też gro muzyków, którzy nie mają przy tym ambicji nagrywania na ten temat piosenek. Pamiętam, jak mówił o tym chociażby Aleksander Klepacz, lider zespołu Formacja Nieżywych Schabuff, podczas koncertu dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy we Włocławku w 2016 roku. Zespół ten od lat nie nagrywa niczego nowego, a jednocześnie pozostaje aktywny w sferze koncertowej.

Polskie Tango” Hemingwaya, czyli o tym jak ugrzęźliśmy w błocie

Kiedy wpadłem na pomysł napisania tego eseju, Polska żyła jeszcze „Bólem” Kazika. Natomiast kilka miesięcy później stało się coś według mnie o wiele ważniejszego. Wybuch nastąpił ze strony kogoś, kto do tej pory zarzekał się, że nie będzie poruszał tematów politycznych. Kogoś młodego, nieobarczonego żadną legendą z czasów komunizmu czy transformacji. I przede wszystkim był to wybuch złości, a nie komizmu czy ironii. Bo i sytuacja jest taka, że tu już nie ma się co śmiać.

„Polskie Tango” Taco Hemingwaya zadebiutowało na serwisie YouTube 10 lipca 2020 roku, tuż przez nastaniem ciszy przed drugą turą drugich wyborów prezydenckich tego roku. Jak się później okazało, miało to też swój walor promocyjny. Padające w tekście „Jarmark i Europa” okazały się być tytułami dwóch nowych albumów rapera-filozofa. Jest to w zasadzie protest song. Podobnie jak „Fajnie” Maleńczuka, jest to utwór panoramiczny, wymieniający wszystkie grzechy główne rządów PiS. Powiem nawet więcej – są to już nie tyle grzechy samej władzy, co wytworzonego przez nią społeczeństwa. W przeciwieństwie do bodaj wszystkich wymienionych przeze mnie wyżej utwór, Taco w swojej analizie sięga głębiej. I słusznie, bo i popularność PiSu ma swoje korzenie głębiej niż tylko w tym, co działo się w ostatnich latach. Osiem gwiazdek, które wyłaniają się zza kolażu zdjęć nad koniec klipu, są jedynie zwieńczeniem opowieści, która swój początek bierze w latach 90. Przytłaczająca muzyka w tle w połączeniu z ciągnącą się na przestrzeni lat narracją wywołuje we mnie wrażenie powolnego pogrążania się w bagnie. Uciekające w pośpiechu frazy obrazują paranoiczną atmosferę polskiego społeczeństwa. Głos Taco rozbrzmiewa echem, jakby wygłaszał apel stojąc gdzieś pośrodku blokowiska, do ludzi chowających się wiecznie za firankami. Tytuł utworu nawiązuje oczywiście do sławnego „Tanga” Sławomira Mrożka. Swoją drogą to podnoszące na duchu, że w sztafecie pokoleń kolejna generacja chwyciła w dłoń pałeczkę naszej kultury, i nie pobiegła dalej sama, gdyż wtedy uczyniłaby z nas kulturalnych bezpaństwowców.

„Polskie Tango” Taco Hemingwaya, które zadebiutowało na dwa dni przed drugą turą wyborów prezydenckich 2020 roku, jest według mnie najbardziej gorzkim, a jednocześnie najbardziej szczerym i pełnym jak dotąd obrazem Polski pod rządami Zjednoczonej Prawicy.

To jakie są te grzechy główne polskiego społeczeństwa? „Polskie Tango” jest jak jak film „Scarface”. Każde zdanie jakie w nim pada jest gotowym cytatem. Musiałbym przykleić tu tekst utworu w całości, zamiast tego wystarczy go sobie przesłuchać samemu. W mojej ocenie, na ten moment w sztuce nie ma lepszego odzwierciedlenia miejsca, w którym jako Polacy się znaleźliśmy.

Mariusz K. Matczak, 13.09.2020 r.

Muzyka antyPiS-u. Cz. I Korzenie w muzyce antysystemowej

Każdy zwolennik partii rządzącej już na wstępie obruszy się na tę niefortunną nazwę. I słusznie, bo sugeruje ona, że muzyka ta wymierzona jest przeciwko partii samej w sobie. W rzeczywistości jest ona wymierzona w autorytarny system polityczny, który partia Prawo i Sprawiedliwość w Polsce instaluje. Problem w tym, że jak dotąd jeszcze nikt tego systemu nie nazwał. Oni sami mówią o sobie „Dobra Zmiana”. To nie nadaje się jednak na nazwę systemu politycznego. Z uwagi na wartościujący przymiotnik „dobry”, a poza tym rzeczownik „zmiana” musiałby zawsze wymagać określenia, w stosunku do czego ona nastąpiła. Kiedyś mówiło się na to IV RP. Choć ściśle mówiąc byłoby to określenie państwa, a nie jego ustroju. Jeszcze bardziej niefortunne byłoby określenie „kaczyzm”. Wtedy „antykaczyzm” sugerowałby wrogość do samej osoby. Może system polityczny Jarosława Kaczyńskiego po prostu nie zasługuje na własną nazwę, bo jest on tak naprawdę kalką czy też mieszaniną innych systemów autorytarnych. W każdym razie, z braku lepszego określenia, na razie musi zostać „antyPiS”.

Z uwagi na obszerność tematyki, podzieliłem ten esej na dwie części. W części pierwszej opiszę to wszystko, co było przed właściwą muzyką antyPiS-u, czyli jej korzenie w muzyce antysystemowej. Właściwe przeboje tego nurtu wymienię dopiero w drugiej części wpisu.

Gwoli sprawiedliwości, istnieje też coś takiego jak muzyka PiS, chociaż nikt oficjalnie pod tą nazwą się nie podpisuje. Będąc uczciwym przed samym sobą, przyznaję, że zajmuję się muzyką antyPiS-u głównie na skutek własnych przekonań politycznych. Po za tym uważam, że muzyka PiS-u nie jest tak ciekawa jak ta jej przeciwna. W mojej ocenie „Dobra Zmiana” jest kontrrewolucją w stosunku do demokratycznej transformacji ustrojowej z lat 90. Muzyka PiS-u, jako kulturowa emanacja tej kontrrewolucji, stanowi kontrkulturę w stosunku do kultury dominującej. Jako taka jest w stosunku do niej wtórna. To, co wtórne uchodzi za mniej ciekawe. Fakt, że ideologia PiS-u zdobywa sobie pozycję kultury o największym zasięgu, nie zmienia tego, że nadal jest tylko kontrkulturą, nastawioną przeciwko czemuś i nie tworzącą własnych wartości. Żeby zostawić ten wątek za sobą przed przystąpieniem do właściwiej treści eseju, wymienię gwoli uczciwości kilka przykładów tego nurtu. Właściwie nie powinienem tego robić, ale nie planuję już nigdy później wracać do tego tematu, dlatego chcę wykorzystać okazję.

Muzyka PiS-u: ballady, hip-hop i pieśni hymniczne

Ten nazwijmy to podgatunek reprezentują przede wszystkim autorzy ballad, takich trochę w harcerskim stylu. Są to pieśni wybitnie patriotyczne, jednak wplątane są w nie treści ksenofobiczne, homofobiczne, islamofobiczne i tym podobne. Zawsze uważałem, że głos Lecha Makowieckiego jest darem od Boga. Jest silny, ale też ciepły. Już samą swoją barwą dodaje otuchy. Zanim po raz pierwszy zobaczyłem jak on wygląda, wyobrażałem go sobie na podstawie głosu zupełnie inaczej, jako młodego, rycerskiego mężczyznę. A jednak razi mnie to i zabiera przyjemność ze słuchania, gdy obok patriotycznych wezwań i pełnych dumy nawiązań do naszej historii, słyszę takie frazy jak: „Przetrwaliśmy czas rozbiorów i brunatne zło / Komunistów i lewaków, genderowe dno / Od dżihadu ocalimy świat kolejny raz / Tylko panie miej w opiece nas” (fragment utworu „966”, tekst aut. Lecha Makowieckiego). Wyrazem „lewak” określa się każdą osobę o nieprawicowych poglądach. Niesie ona ze sobą negatywne konotacje, dlatego odgórnie dyskryminuje wszystkie osoby o lewicowych poglądach. Dyscyplina naukowa jaką są studia gender mają na celu opisanie i poszerzenie zastanego stanu wiedzy na temat ludzkiej płci kulturowej. Opisanie faktów istniejących od nas niezależnie, po prostu. W tym zdaniu autor tekstu przychyla się do fałszywego twierdzenia, jakoby studia gender miały być jakąś ideologią (płeć kulturowa jest faktem istniejącym niezależnie od przyjętego światopoglądu, my możemy co najwyżej nie akceptować osób o płci kulturowej odmiennej od normalnej), a nawet zrównuje ją z totalitarnymi systemami XX wieku. Wreszcie podnosi się rangę walki z marginalną wśród muzułmanów grupą dżihadystów do czegoś w rodzaju religijnej wojny światów, która po prostu nie ma miejsca. W innym utworze pt. „Zostaję!”, do którego tekst także napisał sam Makowiecki, śpiewa on m. in.: „…Tam sierp dżihadu gardła skroi (…) Krzyż półksiężyca się nie boi.” i „…Gdy Zachód przed Islamem klęka (…) Ja mam swą Wiarę, ja się nie lękam!…” Zrównywanie wszystkich muzułmanów do dżihadystów jest przejawem islamofobii. Sugeruje się w ten sposób, że religia muzułmańska jest zła sama w sobie. Tymczasem wrogie intencje ma jedynie marginalna część wyznawców islamu. Lech Makowiecki wywyższa własną religię kosztem drugiej i w swoich utworach próbuje je ze sobą skonfliktować. Jeszcze inną kwestię stanowią nawiązania do potencjalnego zamachu w Smoleńsku („… Spadają z nieba samoloty (…) Świat musi poznać prawdę o tym…”; fragment utworu „Zostaję”). Osobiście uważam, że nie należy uznaniowo wykluczać żadnej hipotezy. Wszelkie niejasności należy wyjaśniać, choć być może są one umyślnie generowane w celu wywołania podziału. Natomiast sprowadzanie wyjaśnienia przyczyn katastrofy w Smoleńsku do kwestii „wiary” lub „niewiary” w zamach jest absurdem. Z drugiej strony, nie zauważam też jakiegoś szczególnego zaangażowania po stronie PiS-u, by forsować tezę o zamachu na siłę. Niemniej dużo osób „wierzy” w zamach w Smoleńsku. Wiele z nich uważa, że tego oczekują od nich ich autorytety. Myślę, że właśnie takie pobudki kierują panem Lechem Makowieckim, by wplątywać tego typu frazy do swoich tekstów. Czy on sam jest świadomy, że jego muzyka prezentuje treści ideologiczne konkretnej partii politycznej? Kiedyś widziałem jego koncert bodajże przed główną częścią obchodów jakiejś ważnej miesięcznicy katastrofy w Smoleńsku, chyba była to siódma rocznica w 2017 roku. Teraz czytam w internecie, że uświetnił on swoją osobą także kolejne dwie rocznice. Myślę, że artysta występujący podczas obchodów rocznicy tak bardzo zawłaszczonej przez jedno ugrupowanie, opowiada się po jego stronie całkiem świadomie.

Teledysk do utworu „Zostaję!” aut. Lecha Makowieckiego, pochodzącego z płyty zespołu Zayazd „Ja jestem twój dom” z 2015 roku.

Muzyką PiS-u można nazwać też twórczość niektórych raperów, kojarzonych ze środowiskami szowinistycznymi. Oni sami nazywają siebie nacjonalistami, jednak według mnie popełniają nadużycie. Wystarczy zapoznać się z definicjami tych dwóch pojęć by przekonać się, że nacjonalizm nie mieści w sobie wrogości wobec innych narodów. Hasła typu „Śmierć wrogom ojczyzny” są w sposób oczywisty szowinistyczne. Nawiasem mówiąc uważam, że robią krzywdę ideom nacjonalistycznym. Dziennikarze i politycy (zwłaszcza prawicowi, którzy mają w tym interes) skrupulatnie podtrzymują te nieporozumienie, zrównywając nacjonalizm z szowinizmem i tym samym go dewaluując. Wracając do tematu, szowinistyczny hip-hop kojarzony jest głównie jako tło corocznych Marszów Niepodległości (bądź jego bojówkarskiej części) organizowanych przez środowiska związane z Obozem Narodowo-Radykalnym. Był on jednak też wykorzystywany jako tło manifestacji poparcia dla PiS-u w czasach, gdy było jeszcze ono partią opozycją. Opiszę najważniejsze założenia nurtu na przykładzie twórczości rapera Ptaku. Podgatunek ten wyróżnia się treściami m.in. szowinistycznymi, faszystowskimi i judeofobicznymi („Nie lewica, nie prawica – narodowy-radykalizm! / Frustracja lewacka liczona w adolfach! / Towarzyszu Szechter, za zdradę w Magdalence / Nie zamknie mi ust żaden lewak czy Wyborcza!”, fragment utworu „Zdrada w Magdalence”), ale też wymierzonymi wprost w środowiska nieprzychylne prawicy (np. jeden z utworów Ptaku nosi nazwę „Spłoną wozy TVNu”). Są w nim także treści antyglobalistyczne („Niepodległość Kosowa może uznać ONZ, / Unia Europejska i Bóg wie kto jeszcze, / Nic nie zmieni faktów: od zarania dziejów, / Śląsk jest Polski a Kosowo jest Serbskie.”, fragment utworu „Kosowo jest serbskie”). Wiele uwagi poświęca się retoryce antysystemowej („Nic się zmienia, bo nikt się nie zmienił / Niesioł, Tusk, Pawlak i towarzysz Miller / Gronkiewicz, Kaczyński, Kwaśniewski, Wałęsa / Od dwudziestu trzech lat na nasz koszt żyją!”, fragment utworu „Zdrada w Magdalence”). Co prawda [Lech] Kaczyński został nawet uczciwie wymieniony pośród innych uczestników rozmów w Magdalence, jednak antysystemowość tego środowiska wydaje mi się być wybiórcza. Utwór ten został nagrany jednak przed 2015 rokiem i myślę, że gdyby Ptaku przewidział, że PiS zawrze z jego środowiskiem sojusz, to by tego nazwiska drugi raz nie wymówił. Nie jest to z mojej strony opinia o całej Konfederacji. Wiem, że tworzą ją także uczciwie antysystemowe, libertyńskie środowiska. Jednak ta jej część tworzona przez ONR wydaje mi się być zbyt bliska partii PiS, by nie zawrzeć z nią sojuszu. Wreszcie można znaleźć w tym wiele nawiązań do historii, które w pozytywnym świetle ukazują środowiska skrajnej prawicy a potępiają ich wrogów, zarówno tych z przeszłości jak sanacja („Zamach zawsze jest pretekstem, Pieracki musiał zginąć, / Razwiedka wojskowa, dogadana z Sanacją (…)”, fragment utworu „Bereza Kartuska”) jak i obecnych, czyli polskie partie lewicowe („Gwiazdy czerwone Gwardii Ludowej: / Od PPS-u po Ruch Palicioty! / Zamazać ich pamięć! Powiesić na drzewach! / Zarżnąć, zakopać czerwoną hołotę!”, fragment utworu „Zdrada w Magdalence”). Oczywiście, nie jest to muzyka sensu stricto popierająca ideologię PiS-u, ale tak długo jak partia rządząca posługuje się retoryką skrajnej prawicy i realizuje jej postulaty, tak będzie ona działała na jej korzyść.

Utwór „Zdrada w Magdalence” aut. rapera Ptaku z 2014 roku.

Na koniec wątku dodam, że pieśnią, którą ja osobiście kojarzę ze środowiskiem PiS-u jest „Żeby Polska była Polską”, napisana i zaśpiewana przez Jana Pietrzaka. Po części dlatego, że pan Jan Pietrzak z obecną władzą otwarcie sympatyzuje. Przymykam na to oko, traktując to jako naiwność wielkiego poety. Tradycyjnie piosenka była odtwarzana po zakończeniu każdej z miesięcznic smoleńskich w Warszawie. Wyobraźcie sobie bojowe okrzyki dwóch nienawistnych sobie tłumów, zmieszane z odgłosami policyjnych syren, w tle których gra patetyczna muzyka, a jakiś głos cicho śpiewa: „Hen, od Piasta, Kraka, Lecha / Długi łańcuch ludzkich istnień / Połączonych myślą prostą: / Żeby Polska, żeby Polska / Żeby Polska była Polską!”. Wywoływało to na mnie ogromne wrażenie. Tak głęboko smutne, że aż piękne.

Pieśń hymniczna „Żeby Polska była Polską” w wykonaniu jej autora Jana Pietrzaka podczas obchodów 25-lecia powstania NSZZ „Solidarność” w 2005 roku. Utwór został napisany w 1976 roku, a muzykę do niego skomponował Włodzimierz Korcz.

Prolog: Defekt Mózgu – Pisiory na wybory

Pierwszy utwór, który jawnie występuje przeciwko „pisiorom” w polskiej polityce to „Pisiory na wybory” punkowego zespołu Defekt Mózgu. Piosenka przeszłaby bez echa, gdyby nie fakt, że… pojawiła się na osiem lat przed powstaniem partii Prawo i Sprawiedliwość. Pojawiła się po raz pierwszy na albumie pt. „Zjednoczona Europa” z 1993 roku. Pod nagraniem na portalu YouTube można znaleźć świeże komentarze, w których wysuwa się hipotezę, jakoby autor tekstu miał posiadać zdolności jasnowidzenia. Inne wytłumaczenie mówi o tym, że muzycy wykorzystali domniemane załamanie się czasoprzestrzeni i odwiedzili czasy dzisiejsze, po czym wrócili do lat 90. by nagrać o tym piosenkę. Podejrzewam, że dużo osób zwróciło uwagę na ten utwór po śmierci lidera grupy Tomasza Wojnara w 2018 roku. Tak było w moim przypadku. Zgodnie z estetyką punkową, utwór jest mocno wulgarny i pełen buntowniczych haseł. Opowiada o grupie polityków, tak zwanych „pisiorów”, którzy budują swoją władze na kłamstwie („Pisiory do nich staną znów / by w chuja robić nas”). Na ich czele stoi żądny władzy „mały chujek”, który „pragnie znów na Wiejskiej sobie stać”. Dla osiągnięcia celu stosuje liczne manipulacje („Nie wiem czego od nas chce / kutasów partia ta / bo nie obchodzi przecież nas / ich pojebana gra”). Utwór można nazwać protest songiem, gdyż wielokrotnie pojawiają się w niej apele, by nie ufać przedstawicielom tej partii („Kłamstwa płyną z waszych ust / nie nabierzecie nas”), a nawet odsunąć ich od władzy („Kondomy włóżmy na nie już / bo obgryzają głupotami nas”).

Utwór „Pisiory na wybory” punkowej grupy Defekt Mózgu z 1993 roku.

Pozytywista powie, że wszystko to można przecież racjonalnie wytłumaczyć. Przed 2001 rokiem wyraz „pisior” nie mógł kojarzyć się z partią PiS. Jak każda wulgarna nazwa męskiego przyrodzenia był używany jako obelga – tak samo jak wymieniony wyżej „chujek”, ale też „kutas”, „fiut” i inne. W piosence mówi się co prawda o partii w liczbie pojedynczej, nie wskazuje się jednak przy tym żadnej konkretnej. Najprawdopodobniej protest był wymierzony w całą ówczesną klasę polityczną, która nie potrafiła zneutralizować krzywd wyrządzanych ludności w procesie transformacji ustrojowej. Bardziej niepokojąca może wydawać się zwrotka mówiąca o małym „chujku”, który chce ZNÓW wrócić na Wiejską i niepodzielnie rządzić. Według zwolenników teorii spiskowej w sposób jednoznaczny wskazuje to na partię Prawo i Sprawiedliwość, która jako jedyna w historii Polski powróciła do władzy po przerwie od jej sprawowania. Analogicznie do wyrazu „pisior”, „mały chujek” może być obelgą kierowaną w zasadzie do każdego, nie tylko do osób niskiego wzrostu. Piosenka opowiada o konkretnym wydarzeniu jakim są wybory (jeśli wziąć pod uwagę datę wydania płyty, to można przyjąć, że są to wybory parlamentarne z 1993 roku). Dla Defektu Mózgu, takim „chujkiem” jest każdy parlamentarzysta, który zasiadał już w sejmie I kadencji lat 1991-1993. W 1993 roku poziom zniechęcania wobec klasy politycznej był w Polsce bardzo wysoki. Utwór jest apelem, by nie wybierać znowu tych, którzy w ostatnich latach prowadzili niekorzystną dla ludzi politykę gospodarczą. W dużej mierze tak właśnie się stało, bo mówi się, że w wyniku wyborów parlamentarnych z 1993 roku na cztery lata zniknęła z polskiego sejmu prawica – w tym także ówczesna partia Jarosława Kaczyńskiego, Porozumienie Centrum z nim samym na czele. Tyle pozytywiści. Romantycy bowiem i tak wolą wierzyć, że Tomaszowi Wojnarowi i jego ekipie naprawdę udało się dokonać podróży w czasie.

Muzyka antysystemowa

Muzyka antyPiS wywodzi się z szerszego nurtu jakim jest muzyka antysystemowa III RP. Można dyskutować, czy jest ona nadal tylko częścią tego nurtu, czy też stanowi już całkiem nowy podgatunek. Innymi słowy, czy PiS nadal funkcjonuje jako element systemu politycznego III RP, czy też wyszedł z niego i stanowi fundament jakiegoś nowego ustroju, nazwijmy to IV RP. Właściwa muzyka antysystemowa nie powinna odnosić się do żadnych konkretnych rządów, choć może zawierać aluzje do konkretnych wydarzeń. Zwłaszcza takich, które ośmieszają klasę polityczną jako całość. Dlatego utwory antysystemowe nawet sprzed przeszło dwudziestu lat możemy odnosić także do dzisiejszych rządów. Jak pokażę później na kilku przykładach, twórcy tego nurtu aktywni są podczas każdych kolejnych rządów aż do dziś. Ponieważ nie jest to ściśle związane z tematem eseju, pozwolę sobie jedynie pokrótce wymienić kilku moich ulubionych twórców muzyki antysystemowej i ich utwory.

W latach 80. twórczość grupy Kult była absolutnym symbolem sprzeciwu wobec komunizmu, a sama grupa jednym z liderów polskiego rocka. Tylko dla porządku wspomnę kilka najważniejszych protest songów tego okresu: „Po co wolność”, „Hej, czy nie wiecie”, „Polska”, „Arahja”. Nowy ustrój polityczny niósł ze sobą inne problemy. Wydaj się, że lider Kultu, Kazik Staszewski wyczuł, że opisanie ich wymaga nowej formy ekspresji artystycznej. W ten sposób zainteresował się dopiero rodzącym się wówczas w Polsce gatunkiem hip-hop. Szorstka i dynamiczna technika rapowania idealnie nadaje się do opisywania trudów szarej codzienności przeciętnego obywatela. W 1991 utworzył formację hip-hopową o nazwie Kazik, obecnie funkcjonującą pod nazwą Kazik na Żywo. Tak oto symbol polskiego rocka stał się jednym z pionierów polskiego hip-hopu. Twórczość grupy Kazik niesie ze sobą treści antysystemowe, a czasem nawet antyglobalistyczne. Niektóre utwory są bardziej komediowe, takie jak „Cztery pokoje”, „Mars napada” czy chyba najbardziej znane „12 groszy”. Często są to jednak pełne zawodu opisy obnażające niedoskonałą rzeczywistość III RP. Najwierniejszym oddaniem atmosfery pierwszych lat po transformacji ustrojowej jest wg mnie utwór „Jeszcze Polska” z 1991 roku. Już sam teledysk reżyserii Yacha Paszkiewicza jest jakby jej syntezą. Ubrany w brązowy kożuch i czerwoną czapkę Kazik przechadza się w nim po ruchliwym targowisku, a za nim nie odstępuje go na krok policjant, którego odgrywał Paweł Walczak. Obraz kamery uzupełniają dograne efekty 3-D, ponoć modne w ówczesnej w telewizji. Utwór ten wywołał duży sprzeciw ze strony ówczesnej klasy politycznej i reprezentujących ich mediów, przez jakiś czas nie był nawet emitowany w radio. Inne gorzkie utwory Kazika z tego okresu to np. „Na mojej ulicy”, Tata dilera / Hardzone” czy antyglobalistyczne i antywojenne „Nowy konflikt światowy” i „Bagdad”. Lata mijają, a Kazik, jako wierny antysystemowiec uderza w każdą kolejną władzę III RP. W 1992 roku stał się głosem ludu, wypominając Lechowi Wałęsie oszustwo wyborcze w utworze pt. „100 000 000”. Ta piosenka także spotkała się ze sporym odzewem wśród rządzących. W 1995 roku była nielegalnie wykorzystana podczas kampanii wyborczej Samoobrony RP, co zaowocowało kolejnym pastiszem pt. „Pierdolę Pera” z 1999 r. (nawiązanie do lidera ruchu Andrzeja Leppera). W 1998 roku piosenką „Lewy czerwcowy” zilustrował zmieszanie, jakie widzieliśmy na twarzy Waldemara Pawlaka, gdy niespodziewanie sam dla siebie został w nocy z 4 na 5 czerwca 1992 roku wybrany premierem Polski. Na płycie „La Maquinas de la Muerte” z 1999 roku pojawiła się piosenka „Łysy jedzie do Moskwy”, rozliczająca sentymentalną politykę wobec Rosji premiera Józefa Oleksego, reprezentującego już całkiem inny obóz polityczny. Tematy polityczne poruszały także inne projekty muzyczne z udziałem Kazika – Buldog i El Dupa.

Jak dla mnie kultowy teledysk do utworu „Jeszcze Polska” aut. Kazika z 1991 roku. Klip reżyserii Yacha Paszkiewicza nagrany w roku 1992.

O działalności Kazika w dobie rządów PiS-u napiszę w części drugiej. Myślę natomiast, że on sam do obecnej sytuacji w Polsce ustosunkował się już w 2013 roku, czyli jeszcze za czasów Donalda Tuska. Mowa tu o utworze „Prosto”. Z uwagi na konwencję rockową została wydana pod szyldem Kultu, a nie Kazika na Żywo. Już pierwsze wersy piosenki nie zostawiają właściwie żadnych wątpliwości co do poglądów autora: „Wylewam swój gniew na wasze porachunki / Z jednej babki jesteście wnuki / Nienawidzę was z obu stron, psie syny / Za wasze występki, za wasze winny (…)”. Dalej jest już tylko ostrzej. Kazik nie zostawił suchej nitki na rządach Platformy Obywatelskiej („Okradacie ten kraj bez żadnego pojęcia”), a jednocześnie od razu uprzedził, że ewentualne objęcie władzy przez PiS niczego nie zmieni na lepsze („Idę prosto, mam w dupie obie wasze Polski”). Dosłownie refren utworu należy traktować jako deklarację politycznej bezstronności Kazika. Można też ją wykorzystać jako motywator podczas długich spacerów. W moim odczuciu jest też zapisem takiej tępej i prostej mentalności polskiej klasy politycznej („Idę prosto, nie biorę jeńców żadnych / Idę prosto, do póki nie padnę”). Nie jest to nic śmiesznego, dlatego też piosenka nie ma w sobie nic z poczucia humoru. Właśnie taka tępa służalczość jest zarzewiem największych zbrodni, co opisała kiedyś Hanna Arendt pod nazwą „banalności zła”.

Utwór „Prosto” grupy Kult z 2013 roku.

Drugim zespołem, który można uznać za najbardziej płodny w dziedzinie muzyki antysystemowej jest Big Cyc. Muzycy zaczęli swoją karierę jeszcze w ostatnich miesiącach komuny i już wtedy dali się poznać jako wirtuozi happeningu. Cały projekt muzyczny jakim jest zespół Big Cyc od początku miał ma na celu uwypuklanie śmieszności polskiej klasy politycznej. Szczególnie wiele na tym polu osiągnęli w pierwszej połowie lat 90. Być może najbardziej rozpoznawalnym utworem Big Cyc nt. polityki jest „Nie wierzcie elektrykom” z 1991 roku, ja jednak najbardziej cenię sobie „Piosenkę o Solidarności, czyli wszystko gnije”, która zadebiutowała na albumie „Wojna Plemników” z 1993 roku. Jest to dość bezpośrednie podsumowanie postawy byłych liderów NSZZ „Solidarność”, kompletnie wypalonych ze swoich ideałów („Inny lider co niedawno / Światem pracy się przejmował / Teraz jedzie ładną Lancią / W bagażniku kurwę schował / Po pijaku wali prawdę / I przyznaje się otwarcie / Ja ich nigdy nie lubiłem / Za to kocham dobre żarcie”). Po za tym, piosenka pokazuje, że już wtedy, w 1993 roku pozwoliliśmy sobie na zawiązanie się kasty, która uważa się za nieusuwalną z życia politycznego. Sami w to uwierzyliśmy, że oni mają jakieś odgórne prawo do rządzenia, a my musimy je tylko legitymizować w wyborach. Prawie trzydzieści lat później ta kasta nadal istnieje, i choć z mozołem przetacza się przez nią wymiana pokoleniowa, to na jej czele stoją dokładnie ci sami ludzie co w 1993 roku. Dlatego mogę z czystym sercem polecić „Piosenkę o Solidarności” szukającym ujścia dla gniewu wobec tego rządu jak i pewnie jeszcze wielu kolejnych. Wszak cały czas słyszymy z ust polityków słowa brzmiące jak ten wers: „Już przestańcie protestować / Lepiej idźcie się pomodlić / Stulcie ryja i do pracy / Dajcie nam trochę porządzić”.

„Piosenka o Solidarności, czyli wszystko gnije” zespołu Big Cyc z 1993 roku.

Począwszy od przełomu lat 90. i 2000. Big Cyc poświęca więcej uwagi takim zwyczajnie zabawnym piosenkom („Rudy się żeni”, „Dres” itd.). Co jakiś czas powracają jednak ze świeżym komentarzem politycznym, o czym więcej za moment.

Jednym z przebojów muzyki antysystemowej jest dla mnie „Szopka” z 1997 roku autorstwa rapera Bolca. Jest to jeden z tych utworów, które pokazują jak wielki potencjał miał Bolec, zarówno pod kątem flow, rytmiki jak i przesłania. Piosenka ma charakter manifestu, podpartego ostrą krytyką obecnej klasy politycznej (np. „Jedź do świrów co mają kontrolę / choć powinni znajdować się pod specjalnym nadzorem / to bawią się w polityków. / Kariera i kasa zmienia ich w fanatyków kłamliwych idei”; „Ten system nie lubi ludzi / czeka nas prawdziwa świadomość się przebudzi / od paru dominacji, kontroli mediów, władzy / chorego przyrostu zysków, fanatyzmu / ocknij się człowieku / z niewiary, rasizmu / fałszywej cnoty, agresji, szowinizmu / zawiści, zazdrości, braku miłości / najwyższy czas, żeby zrobić jakiś ruch”).

Utwór „Szopka” aut. Bolca z albumu „Żeby był omiło” z 1997 roku. Piosenka pojawiła się w filmie „Poniedziałek” Witolda Adamka z 1998 roku.

Myślę, że w kontekście muzycznej krytyki III RP warto jeszcze wspomnieć twórczość punkrockowej grupy Dezerter. Korzenie tejże również sięgają czasów komuny. Nie zgłębiłem jak dotąd ich twórczości zbyt dokładnie, ale mam w pamięci takie utwory jak „Wschodni front”, który już w 2001 roku alarmował o głębokim podziale i wzajemnej wrogości polskiego społeczeństwa („Płonie Warszawa, Warszawa się wykrwawia / Ucieka w panice skorumpowany rząd / Nikt nie panuje już nad sytuacją / To dzikie miasto, to jest wschodni front”).

O ile się nie mylę, to nieco później do tego grona muzycznych komentatorów życia politycznego dołączył Maciej Maleńczuk. Wielkim hitem był utwór „Wolność zespołu” zespołu Püdelsi, który zadebiutował na albumie o tej samej nazwie z 2003 roku. Piosenka na równo podkreśliła śmieszność bodaj wszystkich ważnych polityków tamtych czasów, z arcybiskupem Sławojem Leszkiem Głódziem włącznie. Zauważcie, że prawie wszyscy oni obecni są w polskiej polityce do dziś. Wyjątki stanowią najczęściej ci, którzy do tego czasu już umarli.

Piosenka „Wolność słowa” zespołu Püdelsi z 2003 roku.

W gronie komentatorów zabrakło tu Pawła Kukiza. Chociaż w PRL-u jako wokalista zespołu Aya RL był kojarzony jako jeden z symboli muzyki oporu, to nie znam jego muzycznych komentarzy do polityki III RP. Aż do roku 2014, od czego zacznę II część niniejszego eseju. Jako wokalista zespołu Piersi stał się liderem raczej muzyki rozrywkowej. Pamiętam piosenki, które wyrażały troskę o społeczeństwo (np. „Bo tutaj jest jak jest”), ale nie kojarzę w nich żadnych nawiązań do polityki. Podobnie określiłbym twórczość grupy T. Love. Są w niej nawiązania do tematów społecznych i światopoglądowych („To wychowanie”; „Nie, nie, nie”, „King”), ale bez wątków politycznych. Ta grupa nie pojawi się już w dalszej części artykułu.

Muzyka antyPiS w czasach rządów Marcinkiewicza i Kaczyńskiego

Mówiąc o muzyce antyPiS trzeba oczywiście wspomnieć o okresie ich pierwszych rządów. Dużo osób już wtedy, w latach 2005-07 alarmowało, że PiS próbuje wykraczać poza ramy ustrojowe narzucone nam przez konstytucję z 1997 roku. Oni sami się z tym nie kryli, nazywając siebie IV RP. Nie mniej wydaje mi się, że dla wielu osób tak zwany „Pierwszy PiS” był jedynie kolejnym rządem w ramach ciągle tej samej III RP. Po za tym trwał on tylko dwa lata. Dlatego muzyka krytyczna wobec rządów Marcinkiewicza i Kaczyńskiego zasadniczo nie wykroczyła poza obszar ogólnej krytyki systemu. Pojawiły się jednak nawiązania do specyfiki rządów PiS.

Absolutnym szlagierem muzyki antyrządowej tych lat były „Moherowe berety” zespołu Big Cyc z 2006 roku. Był to bardzo mocny powrót Big Cyca do tematyki politycznej, po kilku latach śpiewania o banialukach. Nie oni ukuli te określenie ani nawet nie oni je spopularyzowali. Piosenka była jednak trafnym opisem tego, z czym kojarzyły się rządy PiS-u, czyli walczącego katolicyzmu spod znaku ojca Rydzyka („Załóż babciu beret / Moherowy jest twój / Jak w każda niedzielę / Znowu dziś ruszysz w bój”). Zarówno wtedy jak i teraz wyborców PiS kojarzono głównie z osobami starszymi. Mi osobiście te określenie się nie podoba. Pomijając już fakt, że beret jest pięknym nakryciem głowy, to nie religia jest ich motywacją do boju, a zgorzknienie. Wiarę traktują w sposób całkowicie przedmiotowy, wyłącznie jako wzniosłe hasło na sztandarach. Big Cyc nie zajrzał w głąb ich psychiki i powielił istniejące stereotypy. W każdym razie, przebój zdecydowanie był wtedy głosem ludu. W tamtym czasie społeczeństwo bardzo szybko zmęczyło się rządami prawicy, dziś tej tendencji nie ma.

Drugim najbardziej dosadnym utworem politycznym tego okresu jest „V rozbiór Polski” zespołu Buldog z 2006 roku. Bardziej skupia się on jednak na sporach pomiędzy rządzącą wówczas PiS a dopiero co odsuniętym od władzy SLD oraz podnoszącą głowę Platformą Obywatelską („Wobec tego zagrożenia terytorium Polski / Podał rękę bratu prezydenta poseł Niesiołowski / Nad Bałtykiem niczem dawni bojownicy burscy /Pogodzili się ze sobą nawet bracia Kurscy”). Ma on przy tym dużo akcentów antyglobalistycznych („Polskę dzielą między siebie Putin z Dablju Buszem”). Co ciekawe pod tym utworem także pojawiają się komentarze nt. jego domniemanej proroczości, z uwagi na frazę o „kryzysie katyńskim”.

Piosenka „V rozbiór Polski” zespołu Buldog z albumu pt. „Płyta” z 2006 roku.

Mariusz K. Matczak, 26.07.2020 r.