Początek. Paweł Kukiz i Zakazane Piosenki
Wybory prezydenckie 2015 roku wspominam jako czas euforii. Jednak pierwsze sondaże dawały urzędującemu Prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu miażdżącą przewagę nad kontrkandydatami. Myślę, że wyzwoliło to w ludziach coś jakby wolę walki. Chcieliśmy sobie udowodnić, że jesteśmy w stanie dokonywać zmian, że nie jesteśmy tylko biernymi produktami polityki. Widać było, że wszyscy wokół chętnie rozmawiają na temat wyborów. Wielu kandydatów organizowało kameralne spotkania z potencjalnymi wyborcami. Panowała na nich atmosfera politycznego zaangażowania kojarząca się z latami 20. ubiegłego wieku. Zdobywały sobie popularność lub powstawały nowe ugrupowania. Partia Razem, nieco później .Nowoczesna. Nawet ten Braun czy Tanajno. Dla mnie był to przede wszystkim czas Ruchu Kukiz ‘15. Odłożę jednak na bok własne wspomnienia, a wrócę do tematu eseju, czyli muzyki.
Paweł Kukiz uzyskał w I turze wyborów prezydenckich 2015 roku wynik 20%, niespotykany dla trzeciego kandydata od 1990 roku. Wysoki rezultat był zasługą także tego, że przygotowywał się do tych wyborów solidnie. A swoje przygotowania zaczął od wydania rok wcześniej albumu pod tytułem „Zakazane Piosenki”. Za swoje zaangażowanie politycznie zapłacił zresztą wysoką cenę, bo współpracująca z nim wytwórnia Sony Music Entertainment Poland zerwała z nim kontrakt pod tymże pretekstem. W tekstach piosenek Paweł Kukiz zawarł najważniejsze postulaty swojego programu politycznego (por. utwór „JOW!”), a także swoją wizję historii III RP i refleksję nt. współczesnych problemów państwa polskiego.
Album otwiera utwór pt. „Dnia czwartego czerwca” (nawiązująca melodią, tekstem i tytułem do jednej z Zakazanych Piosenek z filmu z 1947 roku). Zawiera on tezę według której obecny system polityczny współtworzy niezmieniająca się od lat klasa polityków i dziennikarzy, którzy w latach 80. zawarli kompromis z władzą komunistyczną i przejęła od nich niepodzielną władzę w kraju („Kiszczak i Jaruzelski / Moskiewskie pachołki / ze zdrajcami ludu / podzielili stołki”). W przeciwieństwie do ustroju komunistycznego, w Polsce nie rządzi już jedna, lecz kilka partii politycznych, które w pozornie wolnych wyborach co kilka lat zmieniają się na państwowych stanowiskach. Propagandystyczne media mają utwierdzać Polaków w przekonaniu, że mają oni jakiś wybór, którego de facto nie mają („Mediami sterują / naród ogłupiają / że już od ćwierćwiecza / ludzie wolność mają”). Krąg władzy jest nader ekskluzywny, a poszczególne partie polityczne partycypujące w rządach chronią się wzajemnie, by w sposób bezkarny móc defraudować publiczne pieniądze itd. Paweł Kukiz nazwał ten system partiokracją – władzą partii politycznych, w której lud jest suwerenem tylko z pozoru.
Kolejne utwory rozkładają działanie polskiego państwa na czynniki pierwsze. A te jest determinowane doniosłymi błędami popełnionym w przeszłości. „Kundelek Antka Policmajstra”, utwór nawiązujący do prawdziwej postaci, opowiada o pozornej weryfikacji służb specjalnych z lat 90. („chyba że nie jest taki zły / bo przecież to jest SB-k wasz / weryfikację przeszedł w mig / za niego partia dała twarz”). Dawni aparatczycy, wykorzystując swoją wiedzę zdobytą w toku działań operacyjnych zarówno w czasach PRL-u jak i niezreformowanej III RP, wywierają duży wpływ na życie polityczne kraju („Antek .. siedzi w biurze /na Wiejskiej mąci ustawami”). „KGMO” opowiada nie tyle o działaniu samej policji, co raczej wszechobecnym nepotyzmie III RP („Miejsce roboty dla wujka i cioci / Praca dla kuzyna i tak z ojca na syna”). Jest on tak duży, że na jego potrzeby rozbudowuje się i tak już niesamowicie przerośniętą strukturę biurokratyczną („Kolejny dyrektor, następne wydziały / Więc niedługo będzie (zakupować pały”). Pokłosiem nepotyzmu jest lekka ręka do wydawania publicznych pieniędzy („Podatki do góry, bo trzeba utrzymać / Następnego komendy głównej syna”). Oczywiście jest to też kolejny utwór o pozorowanej weryfikacji służb specjalnych („Scheda po komunie tu koszul się nie brudzi / Tu rządzi polityka daleko są od ludzi / Urzędnicy w mundurach bez wiedzy o ulicy / W służbie sobie samym mentalni bolszewicy”). Jeszcze inny utwór, który wpadł mi w ucho, to „Samokrytyka (dla Michnika)”. Ten z kolei opowiada o medialnej propagandzie („Jestem moherem, oszołomem,/ Nazistą, świnią, homofobem / Zdrajcą, agentem, pomyleńcem, / Wrogiem dla Rosji i Unii Europejskiej”) i jej roli w utrzymywaniu skostniałego systemu (…„Durniem, co szuka dziury w całym /W naszym Systemie / Doskonałym”). W pamięci należy mieć poglądy Kukiza na niezależność mediów, wyłożone przez niego na początku albumu w „Dniu czwartego czerwca”.
Oczywiście „Zakazane Piosenki” to album jeszcze z czasów rządów Donalda Tuska i Ewy Kopacz. A jednocześnie była to muzyka przełomu, która podczas wyborów prezydenckich 2015 roku płynnie przeprowadziła nas z rządów PO-PSL do czasów Zjednoczonej Prawicy. Gdy Andrzej Duda rozpoczynał prezydenturę, nie ucichły jeszcze echa kampanii wyborczej. A pośród nich „Zakazane Piosenki” stały się moją pierwszą muzyką anty-PiS.
Hity rewolucji
Przyjąłem, że utwory kojarzone z ruchem anty-PiS wymienię mniej więcej zgodnie z chronologią ich powstania, względnie zdobywania przez nie popularności. Stosownie do tego, jako pierwsze opiszę utwory które zdobyły sobie popularność na wszelkiego rodzaju antyrządowych manifestacjach. Wydaje się to dziwne, ale jest zgodne z chronologią. Uliczny ruch oporu przeciwko rządom PiS zawiązał się już bodaj pod koniec 2015 roku, czyli na mniej niż trzy miesiące po wygranych przez nich wyborach. Od tych pięciu lat mamy w Polsce wysyp protestów środowisk wszelkiej maści. Od górników po uczniowską rebelię w obronie klimatu. Falami demonstracji, które w moim odczuciu zaangażowały największą część społeczeństwa i wywarły największy wpływ na nasze życie polityczne, były te w obronie sądów oraz marsze w obronie praw kobiet. Nie ujmując innym protestującym, którzy nierzadko przez długi czas potrafili na siebie ściągnąć uwagę całego kraju.
Przez pierwsze dwa lata rządów Zjednoczonej Prawicy ruch w obronie sądów zagospodarował Komitet Obrony Demokracji, zawiązany w listopadzie 2015 roku (rząd Beaty Szydło zaprzysiężono 16 listopada). Był on w tym czasie liderem ulicznej opozycji. Wydaje się, że za siłą tego ruchu stał jego pierwszy lider, Mateusz Kijowski. Po jego odejściu w atmosferze skandalu w 2017 roku, KOD stracił dużą część swojego impetu.
Nie powinienem w tym wpisie zagłębiać się w ocenę tego ruchu. Chcę jednak poczynić kilka spostrzeżeń, by uwypuklić mój stosunek do opisywanej rzeczy. Znam wiele wspaniałych osób, zaangażowanych w prace KOD-u do dziś z czysto altruistycznej troski o przyszłość kraju. Niejednokrotnie miałem jednak wrażenie, że osoby z pokolenia pierwszej „Solidarności”, angażowały się w KOD tylko po to, by przeżyć coś jakby w rodzaju drugiej młodości. Tak jak w każdym ruchu masowym, tak i w tym zdarzały się osoby, które traktowały wyjazdy na demonstrację jako formę wycieczki krajoznawczej. Wreszcie znaleźli się tacy, co do których mam silnie umotywowane podejrzenia, że byli związani z jakąś agenturą. Co stwierdzam np. na podstawie czarnej propagandy, szeptanej przez nich późnymi wieczorami po strajku, pod płaszczykiem bycia wiarygodnym źródłem z okolic rządu. Ale też po skali ich zaangażowania (w dowolnym miejscu kraju, dowolnego dnia i nie raz przez wiele tygodni), która wyklucza posiadanie jakiejkolwiek pracy zawodowej, przy jednoczesnym zgrabnym unikaniu zainteresowania własną osobą i kontaktów z mediami. Ci ludzie z czasem odeszli z KOD-u i rychło zawiązali własne stowarzyszenie pod przewrotną nazwą Obywatele RP. Krótko mówiąc, diagnoza KOD-u była słuszna, a intencje lwiej części obrońców były jak najlepsze. Dlaczego więc to nie wyszło? Myślę, że błąd popełniono przy samej organizacji demonstracji, a w ramach niej – w zbyt instrumentalnym traktowaniu muzyki właśnie. Oczywiście wysiłek włożony w tę organizację jest godny podziwu, warto też uszanować te zaplecze merytoryczne które musiało za tym stać. Jednak im mniej demonstracja jest spontaniczna, tym bardziej przypomina ona spektakl. Być może wystawiany dla jakiegoś konkretnego widza.
Demonstracje KOD-u miały to do siebie, że były zawsze perfekcyjnie przygotowane. Protestujących zwożono do stolicy specjalnie w tym celu wyczarterowanymi autokarami. Uczestnik takiej manifestacji nie musiał dla idei poświęcać swojej wygody i tłoczyć się w zapchanym wagonie kolejowym. Nie musiał też się wysilać, by wymyślić jakiś twórczy, ściągający uwagę transparent. Te rozdawano gotowe po przybyciu na miejscu, razem z ciekawymi, okolicznościowymi gadżetami takimi jak przypinki i flagi. Trasę przemarszu koordynował zespół coś jakby na wzór Pokojowego Patrolu. Niejednokrotnie widziałem, jak podczas okupacji któregoś z budynków czy wyjazdów prowadzili oni negocjacje z ochraniającą ją policją, tak jakby licytowano się na ile mogą sobie pozwolić, by nadal uznawano ich protest za pokojowy. W najbardziej gorących momentach instruowali oni siadających na ziemi protestujących o zasadach obywatelskiego nieposłuszeństwa i prawach obywatela przy zatrzymaniu przez policję. No i muzyka. Na marszach KOD-u nie było śpiewu wyrywającego się samoistnie z piersi protestujących. Organizator rozpieścił ich do tego stopnia, że byli już oni na to zbyt leniwi. Pieśni rozlegały się z obwoźnych, wysokich głośników. Były to utwory głównie z lat 80., które tak jak już mówiłem, kojarzyły się przez analogię z ruchem antyPiS. Gdyby manifestacja miała być widowiskiem, to była by całkiem efektowna. Pamiętam, jak przejął mnie utwór „Hej, czy nie wiecie”, rozlegający się zewsząd, gdy pod gmachem parlamentu wielotysięczny tłum bujał się z tasiemcowo długą biało-czerwoną flagą. Na pewno ważnym elementem KOD-owskiego folkloru była okolicznościowa orkiestra obywatelska, która na donośnych instrumentach takich jak bębny i trójkąty wygrywała zagrzewające do walki marsze, rodem z Wielkiej Armii. Musieli być oni naprawdę zaangażowani w swoją sprawę, skoro stawiali się na każdą demonstrację i grali na nich nieprzerwanie przez wiele, wiele godzin. Bardzo późnym wieczorem, gdy starsi wracali już autokarami do swoich miejscowości, atmosfera protestów bardzo się zmieniła. Dopiero wtedy było widać, jak bardzo wielu ludzi młodych brało w nich udział. Szkoda, że nigdy tego nie pokazywano w mediach, podtrzymując zafałszowaną narrację mediów publicznych, że był to ruch wyłącznie emerycki. Młodzi ludzie rozpraszali się na terenie parlamentu na mniejsze grupy. Siadali w kółko, poznawali się. I czasem także – śpiewali. Kilka razy widziałem, jak przygrywali sobie na gitarach niczym na obozie harcerskim i spontanicznie próbowali sklecić jakąś piosenkę. Nie wiem czy kiedykolwiek powstał z tego jakiś spójny tekst, czy kiedykolwiek coś z tego nagrano i wrzucono na YouTube’a. Dla mnie było to doświadczenie pokrewne sztuce teatralnej, która na ogół dedykowana jest do przeżywania tylko w tym konkretnym miejscu i czasie. Nie przytoczę nawet jednego pełnego wersu którejś z tych ulicznych ballad, ale pamiętam np., jak kiedyś jakaś młoda dziewczyna śpiewała wysokim, jakby pretensjonalnie przeciągłym głosem coś o głupotach wygadywanych w telewizji.
Dużą popularność pod Trybunałem Konstytucyjnym, a następnie pod Sądem Najwyższym i Pałacem Prezydenckim zdobył sobie Maciej Maleńczuk ze swoim panoramicznym utworem „Fajnie” z września 2016 roku. Od tamtej pory krakowski skandalista nagrał kilka takich politycznie zabarwionych piosenek. Po śmierci Wojciecha Młynarskiego przypomniał jego dawne szlagiery tego nurtu, czy też może odświeżył je nadając im poprzez teledyski nowy kontekst (np. utwory „Mam zaśpiewać coś o cyrku”). Warto wspomnieć, że Maleńczuk nigdy nie porzucił treści politycznych w swoich utworach. Po prostu wcześniej sytuacja w Polsce nie niepokoiła go na tyle, by miał się nią zajmować, dużo uwagi poświęcił natomiast konfliktowi rosyjsko-ukraińskiemu (utwory „Vladimir”, „Sługi za szlugi”). Były też jakieś przemyślenia dot. sfery obyczajowej („Tęczowa swasta”). Ale gwoli sprawiedliwości, po powrocie do bieżącej polityki utworem „Fajnie” Maleńczuk nie omieszkał też przysolić rządom Platformy Obywatelskiej („Fajni są ci, co kelnerami pomiatali, / co tak ostro grali, a kelnerzy to nagrali. / Fajnie, że to nagranie tak do serca wzięli, / o kraju zapomnieli, umknęli do Brukseli. / Fajnie, że ludzie znowu wyszli na ulice, / nasze te ulice, ale czyje kamienice?”).
Kulminacją obywatelskiego ruchu oporu przeciwko złym zmianom w sądownictwie były ogólnokrajowe protesty z lipca 2017 roku. Dla mnie osobiście był to jedyny moment, kiedy poczułem, że gospodarzem tego protestu są sami obywatele, a nie jakaś parapolityczna organizacja. I dlatego z sercem się weń zaangażowałem. Swoje wspomnienia z tamtych dni zostawię na kiedy indziej. Trzeba jednak powiedzieć, że wtedy nie było już wesołej muzyczki w tle, nie było miejsca na zwiedzanie Warszawki po spełnionym „obowiązku”. Było natomiast morze ludzie pod Pałacem Prezydenckim i ogromna stanowczość w wykrzykiwanym żądaniu: „Chcemy veta!”. Miałem wrażenie, że powtarza się tu ta sama sytuacja, która miała miejsce w grudniu 1970 roku pod gmachem Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Z tą różnicą, że wtedy żądaniem było „Chcemy chleba!”, no i był to oczywiście Gdańsk. Momentem, w którym uświadomiłem sobie, że nasz protest naprawdę jest żywiołowym wyrazem woli ludu, było spontaniczne przejście tłumu spod Pałacu Prezydenckiego na ulicę Wiejską. W tamtym momencie poczułem, że ma to nie mniej rewolucyjny potencjał niż przemarsz powstańców przed zdobyciem arsenału w 1830 roku. Myślę, że wtedy, podczas tego przemarszu, powinny zostać odśpiewane „Mury” Jacka Kaczmarskiego albo refren „Psalmu stojących w kolejce” Krystyny Prońko. Podnoszono jednak wtedy same okrzyki („Chodźcie z nami”), żadnych pieśni. Jak już doszliśmy pod Sejm, potrwało to z dobrą godzinę, zanim koordynatorzy protestu zdecydowali co dalej zrobić z tą masą i energią. Niektórzy z nich chodzili między nami, zapewniając, że za chwilę zapadnie decyzja o otoczeniu parlamentu żywym łańcuchem. Pamiętam jak wtedy, zagrzewając się do walki przed dalszymi wydarzeniami, grupa młodych ludzi odzianych w biało-czerwone sukna zebrała się w kółku i śpiewała starą, zapomnianą pieśń: „Gdy naród do boju”. Nie tylko ja musiałem mieć wówczas rewolucyjne skojarzenia w głowie.
Zdecydowanie największym hitem rewolucji była piosenka: „Kocham wolność!” zespołu Chłopcy z Placu Broni, napisana przez lidera grupy Bogdana Łyszkiewicza w 1990 roku. Hit rewolucji – dokładnie tak określił ją Skiba w reportażu telewizji TVN24, poświęconym właśnie niezwykłej wówczas popularności tej piosenki. Fakt, że nagrano na ten temat cały reportaż dowodzi, jak wielkie ten utwór miał wtedy dla nas znaczenie. Gdy grupa osób protestujących we Włocławku przeszła spod gmachu Sądu Rejonowego pod biuro poselskie jednej z posłanek PiS, nawoływała do biernej młodzieży o przyłączenie się do demonstracji. Jeden z chłopaków stojących przy swoim aucie wyraził solidarność z naszym ruchem poprzez puszczenie z głośników tej właśnie piosenki. Na pytanie, dlaczego to właśnie „Kocham wolność!” stało się symbolem tego ruchu, Skiba odpowiedział, że nikt tego nie wie – gdyby istniała jakaś receptura na stworzenie przeboju to każdy by z niej korzystał i nagrywałby hity. Skoro więc Skiba tego nie wiedział, to ja też nie będę się nad tym głowił. Może chodziło tu o te proste, a jednocześnie doskonale adekwatne do sytuacji słowa. W końcu ta piosenka jest jakby o lęku przed utratą tej kruchej, dopiero co odzyskanej wolności, też o szacunku wobec tego daru, wcale nie oczywistego. Może miała też na to wpływ jakaś legenda Bogdana Łyszkiewicza. Dość, że właśnie ten utwór stał się najbardziej reprezentatywny dla całego ruchu antyPiS. Dowody tego można znaleźć chociażby w tym, że piosenka ta często stanowiła tło dla późniejszych wystąpień chociażby Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i Rafała Trzaskowskiego w kampanii prezydenckiej 2020 roku.
Według mojej obserwacji, z Czarnymi Protestami z lat 2016-17 nie był kojarzony żaden konkretny utwór. Brałem udział w tego typu manifestacjach w rodzinnym Włocławku oraz dwukrotnie w Warszawie. Marsze te nie były organizowane przez Komitet Obrony Demokracji i nie odznaczały się tak wysokim stopniem organizacji. Może w zamyśle ich organizatorów miały być one właśnie bardziej spontaniczne, ich atmosfera miała być bardziej nerwowa. Nieco innym klimatem odznaczała się manifestacja Czarnych Parasolek z 8 marca 2017 roku w Warszawie, zwołana z okazji Dnia Kobiet. Nie była ona zwołana doraźnie przeciwko żadnemu omawianemu projektowi, lecz jakby ku przestrodze dla rządzących, że każda kolejna taka próba spotka się z równie silnym oporem społecznym co w ubiegłym roku. Nie było w niej tyle oburzenia, pozwolono sobie na większy dystans. Kulminacyjnym punktem manifestacji był koncert piosenkarki Kayah na Placu Konstytucji. Podobnie jak inicjatorka ruchu w Polsce, aktorka Krystyna Janda, Kayah uchodzi za kobietę bardzo silną i niezależną, dlatego w sposób naturalny mogła stać się jednym z symboli tego ruchu. Zaśpiewany tego dnia na Placu Konstytucji „Testosteron” stał się wtedy symbolem ruchu Czarnych Parasolek. Nawiązuje on do kobiecej siły i niezależnej zarówno swoim tekstem, jak i poprzez osobowość jego wykonawczyni.
Była ulica, a co z zagranicą?
Ówczesny styl uprawiania polityki przez opozycję PiS określało mianem „ulica i zagranica”. W ich ustach miało to wydźwięk negatywny, „ulica” oznaczała tu polityczne awanturnictwo, zaś „zagranica” miała oznaczać donosicielstwo, jeśli nie kolaborację z obcym państwem (te określenie konotuje, że jakobyśmy byli pod jakąś okupacją, a PiS był czymś w rodzaju państwa podziemnego). Dużo słów poświęciłem muzyce „ulicy”, ale warto wspomnieć, że i „zagranica” miała swój wkład w rozwój tego nurtu. Na początku 2016 roku w niemieckiej telewizji regionalnej Norddeutscher Rundfunk (NDR) ukazała się krótka piosenka nagrana w konwencji kabaretowej „Ein Lied für Polen” („Piosenka dla Polski”). Opisuje ona ówczesną sytuację polityczną w Polsce, zwłaszcza wokół zmian personalnych w Trybunie Konstytucyjnym i reform sądownictwa. Tekstowi piosenki wtóruje zabawna animacja, na której możemy zobaczyć np. Jarosława Kaczyńskiego tańczącego na stole i wykopującego ze stołków kolejnych sędziów TK. Uproszczony opis odpowiada poziomowi rozumienia tej sytuacji przez przeciętnego Niemca. Zwracam jednak uwagę, że i tak jest on bardzo konkretny. Szczególnie zwraca uwagę to, że w Niemczech i szerzej mówiąc na Zachodzie często porównuje się nas do Węgier. Nam te podobieństwo umyka, lub też celowo się je tuszuje. Może sugerowanie, że bylibyśmy jedynie naśladowcami postawy Victora Orbana godzi w naszą dumę narodową. Wszak my zawsze jesteśmy we wszystkim pierwsi. A może lepiej nie zwracać uwagi na podobieństwo do kogoś, kto „flirtuje” z Władimirem Putinem. Jednocześnie piosenka jest dość krótka, bo Niemcy wcale tak bardzo tą sytuacją w Polsce się nie interesują.
Fakt pojawienia się tej piosenki w niemieckiej telewizji był szeroko omawiany w polskich mediach, zwłaszcza prawicowych. Doszukiwano się w tym obelgi i ingerowania w wewnętrzne sprawy Polski. Sam w pierwszym odruchu tak zareagowałem („Biją mnie Niemcy!”).
Ale jak tak się zastanowić, to właściwie w jaki sposób taki krótki utwór miałby wpłynąć na sytuację w Polsce. A że jest on obraźliwy – każdy ma prawo do wyrażenia swojej negatywnej opinii na temat sytuacji w danym kraju, szczególnie w sposób prześmiewczy, kabaretowy. Taki rodzaj geopolitycznego dowcipu uprawia dziesiątki komików w Polsce i za granicą. Zobaczcie, ile utworów Putinowi czy Angeli Merkel poświęcił Słowak Klemens Slakonja. Ta sama stacja NDR nagrała podobną piosenkę nt. dokonującego na sobie auto-puczu Recep’ie Tayyip Erdoğanie, nie tak dawno temu pokazała w jednym szeregu m.in. Donalda Trumpa, Władimira Putina i Jaira Bolsonaro w piosence pod nazwą „Du bist Populist”. Może więc władza w Polsce boi się kabaretu samego w sobie, a nie tego, że jest on nagrywany poza granicami kraju.
Przeboje drugiego antyPiSu – od „Fajnie” Maleńczuka do „bólu” Kazika
Z czasem w Polsce zaczęły powstawać utwory studyjne, nawiązujące do niecodziennej sytuacji politycznej kraju, w której to jesteśmy zawieszeni już od lat pięciu. Niekiedy można się w tym dopatrywać chęci łatwego zysku, komercjalizacji tematu. Myślę, że wyznacznikiem, na ile utwór jest szczery, jest po prostu jego odkrywczość. Kiedy już któryś-nasty muzyk pisze piosenkę o tym, jak to nasz kraj jest podzielony, robi się to po prostu nudne i odtwórcze. Ale ja nie chcę tu nikogo wytykać palcami. Z drugiej strony, uporczywe pomijanie tego tematu również byłoby nieszczere. Nie da się ukryć, że ta władza bardzo mocno zdominowała nasze życie, regulując zresztą jego niemal każdy aspekt, nawet ten najbardziej intymny. Nie da się całkowicie oderwać twórczości od kontekstu, w jakim żyjemy. Dlatego w różnych utworach wychwytujemy niekiedy subtelne nawiązania do tematu, jak choćby w „Szubienicapestycydybroń” Quebonafide, w którym to mówi on o „małym dziwnym pośle”.
Zdecydowanie prym w tym nurcie wiodą starzy wyjadacze, artyści, którzy są na rynku muzycznym już od ponad dwudziestu, trzydziestu lat. Do tematyki politycznej często wracają ci, których opisałem w I części eseju jako twórców muzyki antysystemowej. Wspomniałem już wyżej Macieja Maleńczuka, którego świeże utwory przeniknęły pod Pałac Prezydencki. Nie będę się powtarzał, ale warto podkreślić, że „Fajnie” było na pewno jednym z pierwszym utworów studyjnych drugiego antyPiSu.
Spośród wielu piosenek nawiązujących swoją tematyką do antyPiSu, moją uwagę przykuł utwór „Ali Baba” zespołu punkrockowego Farben Lehre z albumu pt. „Stacja wolność” z 2018 roku. Teledysk do utwory zadebiutował na kanale YouTube 20 lutego 2019 roku. Piosenka opowiada o czymś, co osobiście postrzegam jako jeden z głównych grzechów Polaków, na którym żeruje PiS. O przeświadczeniu, że nam się coś po prostu należy. Że pieniądze, mieszkania, wakacje itd. biorą się znikąd, a nie z pracy. O tym, jak niszczy to w nas jakąkolwiek ambicję, zarówno na poziomie osobistym jak i szerszym, ogólnonarodowym, musiałbym napisać osobny esej. A najlepiej całe studium psychologiczne. Najlepiej zobrazowało to same TVP Info, relacjonując spotkanie wyborcze prezydenta Andrzeja Dudy w Łowiczu w lutym tego roku. Wiem, że pewnie była to tzw. ustawka, ale nie zmienia to faktu, że siła oddziaływania tego obrazu była ogromna. Do Pana Prezydenta podszedł wówczas pewien mężczyzna i wyznał, że gdyby nie rządowy program 500 plus to jego dzieci nigdy nie mogłyby iść na studia, roniąc przy tym rzewne łzy. Wyuczona bezradność. Gdyby ktoś nie dał mu pieniędzy do ręki, to on sam nie podjąłby żadnych starań, by zapewnić dzieciom możliwość studiowania. A te dzieci, które idąc na studia muszą mieć przecież przynajmniej od 18 do 20 lat, czyli innymi słowy są już dorosłe, także nie są już w stanie zrobić czegokolwiek samodzielnie. Myślę, że będę ten obraz jeszcze nie raz przywoływał, bo mną naprawdę to wstrząsnęło. A Farben Lehre śpiewa o tym tak m.in. tak: „Głupi się do sera śmieje, kogut o poranku pieje / Sezam sam się otwiera, klakier głaszcze Gargamela / Na nic żale i smutki, nalej wreszcie mi wódki / Hipokryci u steru, idą po trupach do celu” i „Hej abrakadabra – srebrników bez liku / Ali Baba i czterdziestu rozbójników / Hej abrakadabra – nie wiem co się dzieje / bo z próżnego i Salomon nie naleje”.
Treści polityczne można odnaleźć w tekstach jak i w teledyskach grupy Coma, znanej dotąd z nieco psychodelicznego rocka (np. „Odwołane” z albumu „Metal Ballads vol. 1”, październik 2017 r.). Nie tak dawno temu piosenkę o podziale polskiego społeczeństwa nagrał Tomasz Organek, dotąd kojarzony raczej jako twórca muzyki rockowej z dowcipem („Pogo”, premiera na YT 16 lipca 2020 roku). Wielkim przebojem muzyki antyPiS był z pewnością „Twój ból jest lepszy niż mój” z maja 2020 roku. Wyszedł on spod ręki mistrza i weterana nurtu, Kazika Staszewskiego. Myślę, że był to utwór przełomowy, nie tylko za sprawą afery jaka później wokół niego narosła w radiowej trójce. Udało mu się bowiem ośmieszyć PiS nawet w oczach tych, którzy dotąd starali się ich tłumaczyć. Niestety pokazał też przy tym, że tą tematyką można nagrać niezwykle popularny przebój. Mówię o tym niestety, bo na pewno postara się to wykorzystać wielu żądnych popularności autorów.
Do antyPiSu przyznaje się też gro muzyków, którzy nie mają przy tym ambicji nagrywania na ten temat piosenek. Pamiętam, jak mówił o tym chociażby Aleksander Klepacz, lider zespołu Formacja Nieżywych Schabuff, podczas koncertu dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy we Włocławku w 2016 roku. Zespół ten od lat nie nagrywa niczego nowego, a jednocześnie pozostaje aktywny w sferze koncertowej.
„Polskie Tango” Hemingwaya, czyli o tym jak ugrzęźliśmy w błocie
Kiedy wpadłem na pomysł napisania tego eseju, Polska żyła jeszcze „Bólem” Kazika. Natomiast kilka miesięcy później stało się coś według mnie o wiele ważniejszego. Wybuch nastąpił ze strony kogoś, kto do tej pory zarzekał się, że nie będzie poruszał tematów politycznych. Kogoś młodego, nieobarczonego żadną legendą z czasów komunizmu czy transformacji. I przede wszystkim był to wybuch złości, a nie komizmu czy ironii. Bo i sytuacja jest taka, że tu już nie ma się co śmiać.
„Polskie Tango” Taco Hemingwaya zadebiutowało na serwisie YouTube 10 lipca 2020 roku, tuż przez nastaniem ciszy przed drugą turą drugich wyborów prezydenckich tego roku. Jak się później okazało, miało to też swój walor promocyjny. Padające w tekście „Jarmark i Europa” okazały się być tytułami dwóch nowych albumów rapera-filozofa. Jest to w zasadzie protest song. Podobnie jak „Fajnie” Maleńczuka, jest to utwór panoramiczny, wymieniający wszystkie grzechy główne rządów PiS. Powiem nawet więcej – są to już nie tyle grzechy samej władzy, co wytworzonego przez nią społeczeństwa. W przeciwieństwie do bodaj wszystkich wymienionych przeze mnie wyżej utwór, Taco w swojej analizie sięga głębiej. I słusznie, bo i popularność PiSu ma swoje korzenie głębiej niż tylko w tym, co działo się w ostatnich latach. Osiem gwiazdek, które wyłaniają się zza kolażu zdjęć nad koniec klipu, są jedynie zwieńczeniem opowieści, która swój początek bierze w latach 90. Przytłaczająca muzyka w tle w połączeniu z ciągnącą się na przestrzeni lat narracją wywołuje we mnie wrażenie powolnego pogrążania się w bagnie. Uciekające w pośpiechu frazy obrazują paranoiczną atmosferę polskiego społeczeństwa. Głos Taco rozbrzmiewa echem, jakby wygłaszał apel stojąc gdzieś pośrodku blokowiska, do ludzi chowających się wiecznie za firankami. Tytuł utworu nawiązuje oczywiście do sławnego „Tanga” Sławomira Mrożka. Swoją drogą to podnoszące na duchu, że w sztafecie pokoleń kolejna generacja chwyciła w dłoń pałeczkę naszej kultury, i nie pobiegła dalej sama, gdyż wtedy uczyniłaby z nas kulturalnych bezpaństwowców.
To jakie są te grzechy główne polskiego społeczeństwa? „Polskie Tango” jest jak jak film „Scarface”. Każde zdanie jakie w nim pada jest gotowym cytatem. Musiałbym przykleić tu tekst utworu w całości, zamiast tego wystarczy go sobie przesłuchać samemu. W mojej ocenie, na ten moment w sztuce nie ma lepszego odzwierciedlenia miejsca, w którym jako Polacy się znaleźliśmy.
Mariusz K. Matczak, 13.09.2020 r.