O tym, że amerykański serial o czwórce naukowcach-gikach i ich seksownej przyjaciółce jest zrobiony doskonale, nie muszę nikogo przekonywać. Nie byłoby to też żadnym odkryciem, gdybym napisał, że oferuje dawkę humoru najwyższych lotów. Teoria Wielkiego Podrywu przedstawia bogactwo wątków, które dotąd były poruszane na ekranie rzadko albo wcale. W niniejszej pracy chcę się skupić tylko na jednym z nich. Nie reprezentuje on głównego przesłania dzieła, ale mówi o naturze ludzkiej coś, co dotychczas nie zostało powiedziane. Nie jestem też pewien, czy ten wątek historii został należycie doceniony przez publiczność. A przynajmniej, o ile mi wiadomo, nie za to został doceniony ów serial. Chcę dziś pogawędzić na temat: dlaczego Howardowi nie podobało się w kosmosie, a mimo to chciał tam wrócić?

O samym serialu pozwolę sobie powiedzieć tylko tyle, ile jest to niezbędne dla zrozumienia ogólnego kontekstu treści artykułu. W końcu nie jest to żadna recenzja ani omówienie. Zainteresowanych szczegółami odsyłam wszędzie tam, gdzie znajdują się opisy i ciekawostki z dziedziny kinematografii.
Teoria Wielkiego Podrywu (ang. The Bing Bang Theory) jest to amerykański serial komediowy, wyprodukowany w latach 2007-2019 przez Warner Bros. Television na zlecenie telewizji CBS. W Polsce dystrybuowany jest przez stację Comedy Central. Pomysłodawcami i głównymi twórcami serialu, a także jego scenarzystami są Chuck Lorre i Bill Prady. Ten pierwszy wydaje się być liderem projektu, o czym mogą świadczyć np. tzw. karty próżności emitowane na koniec niektórych odcinków, a podpisywane wyłącznie przez niego. Należy przy tym podkreślić, że nie jest on reżyserem poszczególnych odcinków, tych bowiem najwięcej wyreżyserował Mark Cendrowski. Chuck Lorre był znany już wcześniej za sprawą serialu Dwóch i pół, w którego to przypadku był zarówno producentem, scenarzystą jak i jednym z reżyserów. Głównymi bohaterami Teorii Wielkiego Podrywu jest czwórka naukowców zatrudnionych na Kalifornijskim Instytucie Technologicznym (prestiżowy CalTech). Są to dwaj fizycy: cierpiący na kompleks niższości Leonard Hofstadter (Johnny Galecki) i zdradzający wszelkie symptomy Zespołu Aspergera Sheldon Cooper (Jim Parsons), a także astronom indyjskiego pochodzenia Rajesh Koothrappali (Kumal Nayyar) oraz stłamszony przez nadopiekuńczą matkę inżynier Howard Wolowitz. W zamyśle twórców to Leonard miał być kluczową postacią dla fabuły, jemu też przypisano główny wątek miłosny serialu – wyboistą miłość do pięknej, acz nieco infantylnej sąsiadki Penny (Kaley Cuoco). Serce widzów skradł jednak ekscentryczny Sheldon, stając się przykładem typowego breakout character. To jemu po latach poświęcony zostanie spin-off pt. Młody Sheldon. Źródłem poczucia humoru w serialu są kontrasty. Choć każdy z czwórki przyjaciół ma iloraz inteligencji na poziomie geniuszu, to wyzwania dnia codziennego sprawiają im nie lada trudności. Ujawnia się to zwłaszcza na tle mniej rozgarniętej, acz bardziej zaradnej Penny.
Nauka w serialu Teoria Wielkiego Podrywu jest jedną z głównych bohaterek pozytywnych. Kariera naukowa jest porywającą przygodą. Zdaje się, że twórcy produkcji postawili sobie za cel ukazanie jej bogactwa w całej rozciągłości. Makiaweliczne eksperymenty na szczurach to dopiero początek. Mamy tu roboty, lasery i wszelkie zdobycze najnowszej technologii. Główni bohaterowie pracują na CalTech. Leonard jest absolwentem Princeton, Wolowitz ukończył MiT. Na co dzień obcują, lub choćby polemizują z gwiazdami współczesnej nauki, z profesorem Stephen Hawkingiem na czele. Inwigiluje ich FBI, bo w zakamarkach uniwersytetu realizują ściśle tajny projekt rządowy. Autorzy serialu nie boją się przesady, bo ich bohaterowie są do granic autentyczni. Wspinają się na same szczyty kariery naukowej. Leonard wyrusza na morską wyprawę badawczą na biegun północny, a przy tym świetnie się bawi na pokładowej potańcówce. Sheldon i Amy (Mayim Bialik) rywalizują o Nagrodę Nobla. Wydawałoby się, że lot Howarda w kosmos będzie apogeum tego, jak bardzo nauka może być cool. A jednak – tak się nie stało. Dlaczego więc coś, co dla miliardów wydaje się być szczytem ludzkiego sukcesu, dla Howarda okazało się koszmarem?

Wielu ludzi deklaruje, że chciałoby być astronautami. Myślę, że i Howard nie raz w dzieciństwie o tym marzył, choć wcale nie wierzył, że kiedykolwiek będzie mu to dane. W dorosłym życiu został inżynierem lotnictwa. Był żywotnie zainteresowany tematyką eksplorowania kosmosu. Ponieważ jednak nigdy nie brał na poważnie możliwości, że zostanie astronautą, to nie miał potrzeby uczciwego przeanalizowania wszystkich wad i zalet takiej kariery. Wręcz przeciwnie. Marzenia mają to do siebie, że ich projekcja musi być dla nas przyjemna. W końcu jeśli nie służą nam one do szukania inspiracji dla naszych planów, to ich jedynym celem staje się umilenie nam naszego czasu. Howard Wolowitz, mimo że jego kariera faktycznie umożliwiła mu lot w kosmos, niewiele różnił się pod względem swoich wyobrażeń od nas wszystkich. Pozwolę więc sobie uogólnić tę cześć moich rozważań. Pośród milionów ludzi, którzy deklarują, że „chcieliby polecieć w kosmos”, niewielu jest inżynierami, fizykami czy astronomami. Coś takiego mógłby nam powiedzieć chociażby i wuefista albo licealista z klasy o profilu językowym. Osoby te nie są wcale zainteresowane zbieraniem danych do prowadzenia badań nad kosmosem, czyli istotą pracy astronauty. I wcale nie chodzi o to, że astronomia jest jakąś ich niespełnioną pasją, bo tak naprawdę większość z nich nigdy się tym nie interesowała. Gdyby ktoś dał im możliwość odbycia kursu z astronautyki, to większość z nich by się go nie podjęła. Gdyby ktoś wysłał ich w kosmos na siłę, to ich praca byłaby bezproduktywna. Oczywistym jest, że nie patrzą oni pod kątem tego, jak naprawdę wygląda pracy astronauty. Wydaje się im, że praca ta byłaby dla nich bardzo ciekawa. Tymczasem po przeminięciu pierwszego wrażenia okazałoby się, że jest ona dla nich śmiertelnie nudna. Nawet Wolowitz, który powinien mieć bardziej rzeczywiste wyobrażenie na temat lotów w kosmos, dał się porwać tej fantazji. Dali się jej ponieść wszyscy jego przyjaciele. Obserwowali start rakiety w kosmos jakby to był finałowy pojedynek Robin Hooda z Szeryfem z Nottingham. Tymczasem prawda okazała się nie dostawać do oczekiwań. Ze startem rakiety wiązało się przerażenie. Chyba nie była to dla Howarda żadna rozrywka, skoro ze strachu narobił w pampers. Owszem, stan nieważkości był dla niego frajdą. Tylko że ciężko się tak bawić przez cały czas. Po kilku tygodniach okazuje się, że życie w kosmosie niewiele oferuje poza tym rozrywek. Bardzo szybko pojawia się ból rozłąki. Dopiero w takiej sytuacji pojmujemy, jak bardzo ważni są dla nas nasi bliscy. Zwłaszcza, gdy wokół nie ma nikogo, z kim moglibyśmy się zaprzyjaźnić. Każdy fan pamięta, jak Howard wielokrotnie się skarżył, że astronauci się z niego śmieją. Bycie skazanym na nieustanne towarzystwo tych samych osób okazuje się być większym dyskomfortem, niż jesteśmy to sobie w stanie na lądzie wyobrazić. Z prestiżu też zostało niewiele, gdy uświadomimy sobie, że praca Howarda polegała na montażu kosmicznego kibla. Całe te odkrywanie kosmosu okazuje się być dla niego żmudnym dłubaniem w elektrotechnice.
Dlaczego tylu osobom wydaje się, że praca astronauty byłaby spełnieniem ich marzeń? Z pewnością występuje tu mechanizm, który moja koleżanka Anna nazwałaby „romantyzowaniem”. Można by to określić jako idealizowanie, połączone z poczuciem „zubożenia” naszego życiorysu na skutek niespróbowania swoich sił w danym zawodzie, przy czym obydwa odczucia wzajemnie na siebie oddziałują i się potęgują. Przebywanie w kosmosie wiąże się z oglądaniem widoków niedostępnych ogółowi ludzkości. My, ludzie, kochamy piękne widoki. Kojarzą się nam z przygodą i poczuciem wolności, spełniają drzemiącą w nas ambicję odkrywania. Dobudza w nas to tego astronoma, o którym pisał Antoine de Saint-Exupéry. W taki sam sposób patrzymy na inne zawody związane z podróżowaniem – lotnika, marynarza. Natomiast rzadko kiedy ktoś dostrzega piękno w pracy kierowcy, bo drogi są dostępne tak naprawdę dla każdego. Romantyczne wyobrażenia podsycają podsuwane nam obrazy kulturowe. Żegluga wykształciła całą gałąź literatury, jaką jest literatura marynistyczna. O pięknie latania pisał wspomniany już Saint-Exupéry. Nie zrozumcie mnie źle, francuski lotnik jest jednym z dziesięciu najważniejszych pisarzy mojego życia. Ale mówiąc uczciwie, to on to już kompletnie romantyzował ten zawód. Tak samo i loty w kosmos doczekały się swojego romantycznego miejsca w naszej kulturze. Mamy obsypany Oscarami dramat filmowy Apollo 13. Nie zadajemy sobie pytania, na ile te wyobrażenia o pięknie morza czy nieba są zgodne z rzeczywistością. Może ci poszczególni autorzy patrzyli na świat inaczej niż większość ludzi? A może zwyczajnie kłamali, idealizując coś, co tak naprawdę jest nudne i monotonne? Wyciągali ze swojej pracy piękno, a przemilczali długie godziny szarej rutyny? Nie chcemy tej prawdy przyjąć do wiadomości. Uwierzylibyście mi, gdybym powiedział, że ocean jest brzydki i monotonny? Wielu z was nie, bo tak silnie zakorzenione są w nas te obrazy kultury. Właśnie tę prawdę poznał – kosztem bólu, stresu i rozłąki – Wolowitz w kosmosie. Odkrył, że po kilku dniach nawet najbardziej zapierające dech w piersiach widoki powszednieją, a cała jego praca sprowadza się do egzystowania w ciasnym kadłubie rakiety i dłubaniu przy toalecie. Że jest ona najzwyczajniej w świecie nudna. Tu należy się wielki ukłon w stronę Chucke’a Lorrego i twórców Teorii Wielkiego Podrywu. Po raz kolejny obnażają oni rzeczywistość i pokazują ją taką, jaką jest – bez znieczulenia fałszywymi wyobrażeniami.

Równie ciekawe jest zachowanie Howarda już po powrocie z kosmosu. Po pewnym czasie przestaje wspominać swój lot jako coś traumatycznego. Z dumą prezentuje swoją oficjalną fotografię w skafandrze NASA. Prowadzi pogadanki dla dzieci, udziela się na mitingach. Z chęcią opowie o tym każdemu, kto zechce go wysłuchać – albo nawet jeśli i nie zechce. Zaczyna opowiadać o tym jako o wspaniałej przygodzie. Pomija przy tym to, co okazało się niegodne bohatera. Co więcej, z czasem sam zaczyna w to wierzyć. Wyidealizowany obraz, który podsuwa innym, zaczyna traktować jako rzeczywisty. Postaci przedstawione w Teorii Wielkiego Podrywu są realistyczne pod kątem psychologicznym. Howard nie mógł zachować się inaczej, ponieważ ma niską samoocenę. Wykształciła się ona u niego m. in. na skutek braku uwagi ze strony ojca, ale przede wszystkim przez nadopiekuńczą postawę matki. Miłość pani Wolowitz do jedynego syna była toksyczna. Osaczyła go, ubezwłasnowolniła i pozbawiła jakiejkolwiek samodzielności. W ten sposób nieświadomie zniszczyła jego wiarę we własne możliwości. W dorosłym życiu, Howard kompensował sobie niską samoocenę kompleksem wyższości. Inaczej niż Leonard, który wydawał się przepraszać za to, że w ogóle żyje. Od początku obserwujemy, jak Howard serwuje sobie strzał na poprawę humoru ciągłymi drwinami z Rajesha – jedynej osoby w jego otoczeniu, która jest bardziej nieporadna od niego. Lot w kosmos ujawnia to w postaci skrajnej. Howard zrobi wszystko, by poczuć się docenionym – nawet przez grupę dzieciaków zbierających cukierki w Halloween. W jednym z odcinków wyznaje, że dopiero w kosmosie po raz pierwszy poczuł, że jest kimś. Jak niską trzeba mieć samoocenę, by dopiero lot w kosmos mógł udowodnić nam naszą wartość? A to i tak tylko – na chwilę. Potrzeba udowodnienia własnej wartości pozostaje ciągle niezaspokojona. W kilka lat po swojej pierwszej misji, Howard chce wsiąść w rakietę po raz drugi. Ignoruje wszystkie nieprzyjemności jakie spotkały go, gdy leciał po raz pierwszy. Wszystko po to, by jeszcze raz poczuć się bohaterem. W jego przypadku dochodzi wręcz do zatracenia własnej osobowości. Swoje własne odczucia wyrzuca do kosza, zamiast tego dopasowuje się do wyobrażeń innych. Howard sam nie wyrwałby się z tego błędnego koła, gdyby nie jego urocza żona Bernadette (Melissa Rauch). Ona z troską przypomina mu, jak bardzo źle zniósł swoją pierwszą misję. Docenia jego odwagę, gdy poleciał w kosmos po raz pierwszy. Zauważa jednak, że nie musi niczego udowadniać po raz drugi. Co więcej, dla niej w ogóle nie musi niczego udowadniać. Mówi coś, co Howardowi nie mieściło się do tej pory w głowie – że kocha go takim jakim jest, po prostu. Nie za jego zalety i osiągnięcia. Postawa Bernadette jest piękną apoteozą bezinteresownej miłości.
Tak jak się rzekło, autorzy Teorii Wielkiego Podrywu pod każdym względem szli na całość. Sprawa lotu w kosmos jest wielka, dlatego osobowość astronauty Howarda jest odpowiednio skomplikowana. W rzeczywistości, nie trzeba mieć poważnych zaburzeń, by dać się złapać w tę samą pułapkę co on. Niewielu z nas czuje się na tyle dobrze z samym sobą, że nigdy nie chciało nikomu zaimponować. Staramy się wyjść przed innymi na lepszych niż jesteśmy. Ściślej mówiąc, staramy się dopasować nasz wizerunek do ich wyobrażeń o sukcesie. Robimy to pomimo, że subiektywnie wyobrażenia o sukcesie mogą być różne. Jeśli zastanowimy się nad tym jeszcze głębiej, to dojdziemy do wniosku, że dopasowujemy się do wyobrażeń, które my sami przypisujemy innym. Nie muszą one odzwierciedlać rzeczywistego toku myślenia tych osób. Koniec końców, stosujemy się pod dyktat wyobrażeń, które podsuwa nam nasze ego, łaknące dowartościowania. Najłatwiej jest koloryzować swój życiorys. Mówić o sobie tak, jakby się było bogatszym niż w rzeczywistości. Opowiadać o swojej pracy jak o czymś bardziej prestiżowym niż jest naprawdę. Niektórzy brną dalej i przemieniają słowa w czyn. Biorą kredyt na drogi samochód, wydają ostatnie oszczędności na ekskluzywne wakacje – tylko po to, by zaimponować innym. Nawet jeśli ten samochód wcale nie był ich najpilniejszą potrzebą, a na wakacjach bawili się średnio. Jeszcze innych potrzeba zaimponowania uwikła tak, że wpłynie na całe ich życie. Na przykład gdy weźmiemy kredyt z 30-letnim okresem spłaty, bo wszyscy mówili nam, że głupio by było nie mieć własnego mieszkania. Albo gdy szukamy partnera na siłę, lub co gorsza – decydujemy się na dziecko, tylko po to, by spełnić oczekiwania otoczenia. Historia Howarda jest tylko innym wariantem tej samej reakcji. Jest to przykład kogoś, kto żeby zachować prestiż i wysoką pozycję w społeczeństwie jest gotów wykonywać pracę, której nie lubi, a wręcz nienawidzi. Sam byłbym gotów popłynąć na morze jeszcze raz, tylko po to, żeby zobaczyć jak się zachwycacie marynarzem. Morał tego wątku jest oczywisty. Rób w życiu to, na co masz ochotę, a nie to czego oczekują od ciebie inni.

Nie ujmuję Howardowi jego bohaterstwa. Wierzę, że trzeba mieć wielką odwagę, by wyruszyć na tego typu misję. Owszem, dla niego było to zadanie ponad siłę. Był tym wszystkim przerażony i przybity. A mimo to mu podołał. Myślę, że istotą bohaterstwa jest sama zdolność podjęcia się trudnego tudzież ryzykownego zadania. Odwaga pomaga tylko zredukować strach. Niejeden żołnierz płakał przed bitwą. A mimo to, następnego dnia z brawurą szedł na armię nieprzyjaciela. Niejeden mąż stanu drżał pod ciężarem odpowiedzialności, a jednak nie zaniechał podjęcia trudnej decyzji. Często jest wręcz odwrotnie. Ktoś, kogo cechuje pogarda śmierci, nie zawsze zostaje nowym Kmicicem. Czasem woli spalić swój potencjał na osiedlowych burdach. Myślę, że Teoria Wielkiego Podrywu uczy nas w tym wątku szacunku do bohaterstwa, okupionego lękiem i zwątpieniem. Owszem, pozostali astronauci lecący razem z Howardem byli lepiej predysponowani do tej pracy od niego. Nie imał się ich lęk, jeden z nich miał wręcz nieziemską frajdę ze startu rakiety. Koniec końców, ich dokonania są jednak równe. Bohaterem zostaje ten, kto czegoś dokonał, a nie ten, kto był do tego najlepiej przysposobiony. Czasem zostaje nim ktoś, kto stanął przed tym wyzwaniem z przypadku. Niekiedy do heroizmu pchają nas nasze niezaspokojone ambicje czy zaburzenia. Ostatecznie, życie stawia przed niektórymi takie wyzwania, na które nikt nie odpowie niewzruszony. Lot w kosmos przemienił Howarda Wolowitza z postaci charakterystycznej w bohatera ikonicznego. Z jego ambiwalentną postawą może utożsamiać się niezliczona rzesza ludzi. Przygoda w kosmosie ilustruje coś, co do tej pory było przemilczane. A mianowicie, że bohaterowie też się boją. Nieraz wręcz sikają ze strachu. Prawda ta wcale nie była ukryta gdzieś głęboko. Na przestrzeni dziejów musiały ją poznać miliony, dziesiątki milionów. Mam wrażenie, że geniusz często objawia się w tym, że ktoś mówi głośno to, co innym broni powiedzieć duma i lęk przed okazaniem słabości. Czyli że geniusz to tak naprawdę dystans do siebie i odrobina wulgarności. Jest to trop, na który natrafił już kiedyś Miloš Forman w filmie Amadeusz.
Myślę, że sam autor serialu, Chuck Lorre musiał być świadomy, jak bardzo symboliczna była podróż Howarda w kosmos. Dowodem tego może być fakt, że wątek ten jest upamiętniany już w ramach samego serialu. W pewnym momencie Bernadette przetwarza „autentyczną” historię swojego męża na pouczającą bajkę dla dzieci. W moim odczuciu, motyw ten miał też duże znaczenie dla samego odbioru serialu. Od początku zanosił się on na dobrze zrobiony, bazujący na ciekawym pomyśle sitcom. Ten i kilka innych wątków, tak bardzo odkrywczych i moralizatorskich, podniosły go do rangi arcydzieła. O tym, że Teoria Wielkiego Podrywu stała się czymś więcej niż tylko świetnym serialem, może świadczyć fakt, że Chuck Lorre, a także Jim Parsons i Kaley Cuoco, zostali uhonorowani gwiazdami w Hollywood Walk of Fame. Pracę przy serialu Teoria Wielkiego Podrywu wskazywano przy tym jako ich największe osiągnięcie zawodowe. Uzupełnieniem serialu, wyemitowanym po jego zakończeniu jest program pod tytułem Teoria Wielkiego Podrywu w Praktyce. Pożegnanie (ang. The Unraveling the Mystery: A Bing Bang Farewell). Odtwórcy głównych ról, Johnny Galecki i Kaley Cuoco opowiadają w nich o kulisach powstawania serialu. Dowiadujemy się z niego, że Studio 25 w kompleksie Warner Bros. Studio w Hollywood zostało nazwane imieniem produkcji, która to była tu nagrywana. Jako argumenty o sukcesie sitcomu można wymienić liczne nagrody, którymi był obsypany – między innymi nagroda Emmy i Złoty Glob.

Kto by się spodziewał, że sitcom może nieść ze sobą tyle treści moralizatorskich. A może właśnie jest na odwrót. Chuck Lorre i Bill Prady odkryli, że to sitcom może być szczególnie życiowy i pouczający. Odbywa się to na zupełnie innej zasadzie, niż niegdyś w komediach Moliera. Teoria Wielkiego Podrywu obnaża wady swoich bohaterów w całej rozciągłości, ale wcale nie wystawia ich na pośmiewisko. Serial komediowy nie może nas zasmucać, dlatego wszystko w nim znajduje happy end. Nie jest przy tym ani trochę naiwny czy nierzeczywisty. Lot Howarda w kosmos, tak jak i wiele innych wątków ukazanych w serialu, napełnia nas nadzieją, że życie – pomimo ograniczających nas wad i przeszkód – może być piękne i satysfakcjonujące.
Mariusz K. Matczak, 26.05.2021 r.